czwartek, 22 czerwca 2017

27. Rozmowy nocą

— Co robisz?
— Ach, nic specjalnego.
Albus spojrzał na Sophie, która właśnie przysiadała na kanapie obok niego. Uśmiechała się lekko, jakby sam jego widok sprawił jej przyjemność. Miała na sobie rzeczy, które przy odrobinie dobrej woli mogłyby być nazwane dresem do chodzenia po domu (czy też po zamku, jak w tym przypadku). Jej mysie włosy były nieco poczochrane.
— Cześć.
— Cześć.
On też się uśmiechnął, słysząc to nieśmiałe przywitanie, choć padło dopiero teraz.
— Naprawdę nie robisz nic specjalnego?
— Nic, co by cię zainteresowało.
Przysunęła się bliżej, przez co ich ramiona się zetknęły. Z wyraźną ciekawością spojrzała na papiery, którymi był usłany stolik; wszystkie zostały gęsto zapisane, a większość z nich była ozdobiona czerwonymi serduszkami. Sophie uniosła brwi, po czym spytała:
— Jakiś miłosny interes?
— Nieeee. — Zawstydzony Al sięgnął po różdżkę i machnął nią, dzięki czemu kartki posłusznie zebrały się na jedną kupkę. — To naprawdę nic takiego.
— No dalej, nie wstydź się! Czy to listy od fanek?
— Coś w tym rodzaju.
Sophie zagwizdała.
— Nie sądziłam, że masz aż tak duży fanklub.
— Daj spokój, to tylko prośby o… pomoc. Powiedzmy. — Dziewczyna spojrzała na niego wymownie, nie akceptując tej wypowiedzi, więc westchnął, pokonany. — Jakiś czas temu zacząłem redagować własną gazetkę dla zagubionych hogwartczyków. Powiedzmy. Nie żebym był jakimś ekspertem w sprawach miłosnych, ale… moja kuzynka się ze mnie śmiała, że jestem swatką. Lubię swatać ludzi.
Merlinie, naprawdę zaczynał brzmieć jak zagubiony dzieciak.
— Och, to brzmi ciekawie. I to są listy, które od nich dostajesz?
— No.
— Mogę ci pomóc?
Spojrzał na nią zaskoczony, zupełnie się nie spodziewając, że ktokolwiek chciałby mu pomóc z takimi głupotami. Przecież normalni i poważni siedemnastoletni czarodzieje nie zajmują się poradami miłosnymi!
— Nie musisz. To naprawdę nic, czym warto się zajm…
— Ale chcę ci pomóc. Naprawdę jesteś tak uparty, że nie chcesz przyjąć pomocy, kiedy ci ją oferują?
— Po prostu uważam, że szkoda, żebyś marnowała na to czas, Sophie.
Coś w sposobie, w jaki wymówił jej imię, poruszyło dziewczynę. Spojrzała na niego i delikatnie dotknęła jego ramienia, niepewna, czy może to zrobić. Kiedy nie strącił jej ręki, nabrała większej pewności.
— Wiesz, pomoc tobie nie będzie marnowaniem czasu. Myślę, że będę się przy tym całkiem nieźle bawić. Poza tym i tak nie mam niczego lepszego do roboty, przecież nie biorę udziału w turnieju ani nic. Mam naprawdę dużo czasu, więc nic się nie stanie, jeśli spędzę chwilę na odpowiadaniu na listy.
— Dlaczego właściwie nie tańczysz?
Albus podzielił stertę papierów na dwa osobne stosy i podał jeden z nich Sophie. Przez chwilę na nią spoglądał pytająco, czekając, aż odpowie.
— Wierz mi lub nie, ale nie mam do tego talentu — roześmiała się. — Naprawdę, nie mam słuchu muzycznego i nie potrafię tańczyć do rytmu. To moja siostra jest tutaj ekspertem. Przyjechałam, żeby jej kibicować.
— Przeszła do trzeciego etapu?
— Tak, ale nie sądzę, żeby miała szansę na wygraną. — Dziewczyna potrząsnęła głową. — Jest dobra, ale nie najlepsza, szczerze mówiąc. Byłam na drugim etapie, od początku do końca. Widziałam wszystkie tańczące pary. Było sporo lepszych osób, nie wiem, tańczących z większą pasją? Kocham ją i uważam, że zasługuje na to, co najlepsze, ale nie mam złudzeń. Choć nie miałabym nic przeciwko temu, żeby się zdarzył cud. Twoja kuzynka też tańczy, prawda? Ta… ruda? Bo chyba masz więcej kuzynek, jeśli dobrze pamiętam?
— Tak, przeszła dalej.
— Świetnie tańczyła. Serio. Nie mogłam od niej oderwać oczu. Wyglądała, jakby się całkowicie zatraciła. Miała w sobie ogień. Jej partner też. To było niesamowite.
— Taaa, są dobraną parą.
Potter uśmiechał się, mają świadomość tego, że on też się przyczynił do sukcesu Scorpiusa i Rose. Gdyby nie on, nigdy nie zatańczyliby razem na turnieju. Gdyby nie jego szatański plan, oboje by żałowali do końca życia. A tak może wreszcie się przyznają do siebie nawzajem.
Był naprawdę dobrą swatką.
— Słyszałam, że było wokół nich dużo zamieszania…
No tak, tego też mógł się spodziewać.
— Owszem. — Przytaknął. — Nie wiem, ile słyszałaś…
— Niezbyt wiele, siostra nie była w tej kwestii rozmowna, bo pewnie sama zbyt wiele nie wiedziała. Wiem, że ktoś został zdyskwalifikowany i że to miało związek właśnie z nimi, ale nic więcej.
Wzruszyła ramionami.
— Ich partnerzy byli rodzeństwem. Oboje sięgnęli po niedozwolony eliksir wspomagający, dlatego zostali zdyskwalifikowani. Czytałaś regulamin? Stosowanie środków dopingujących, takich, które mogłyby pomóc komuś uzyskać przewagę nad innymi, jest zabronione. No ale Scorpius i Rose nie zostali zdyskwalifikowani, tylko bez partnerów, więc spytali komisję, czy mogą zatańczyć razem. Komisja się zgodziła. Ot i cała historia.
— Ta część brzmi podejrzanie. Po prostu… nie wygląda mi to na przypadek. W to, że rodzeństwo wypiło ten eliksir, jestem w stanie uwierzyć, ale to, że akurat oni zostali bez pary i tańczyli razem… Jakie jest prawdopodobieństwo takiego zdarzenia?
— Nie powiem, żebym nie miał w tym swojego udziału.
Chłopak uśmiechnął się szeroko, nie dostrzegając dezaprobaty na twarzy Sophie.
— Albus!
— No co? Po prostu trochę pomogłem przeznaczeniu! Nie zrobiłem nic złego!
— Jak mogłeś… Może powinnam to komuś zgłosić, co?! Że oszukiwaliście…
Już wstawała, kiedy Al chwycił ją za nadgarstek i posadził z powrotem na kanapie.
— Siadaj — mruknął. Przejechał wolną dłonią po twarzy. — Kiedy już kogoś o coś oskarżasz, powinnaś wysłuchać tej osoby do końca, zamiast kierować się uprzedzeniami. Wiesz, co mam na myśli, prawda? Mówiłem ci, że nie zrobiłem nic złego, Rose i Scorpius też nie. Obróciliśmy tylko sytuację na naszą korzyść.
Sophie niepewnie usiadła, tym razem zachowując dystans. Jej duże, ciemnoniebieskie oczy wpatrzyły się w Ala, rejestrując każdy jego gest.
— Co więc…
— Podrzuciliśmy rodzeństwu informację o tym, że istnieje taki eliksir. Mieliśmy nadzieję, że to wykorzystają i użyją tego eliksiru, przyznaję. Nie musieli jednak tego robić. Podjęli decyzję samodzielnie. Nasz plan opierał się tylko na tym. No dobra, może trochę przyspieszyliśmy ich wykrycie…
— Nie powinniście byli tego robić.
— Przecież nie kazaliśmy im brać tego eliksiru! Wypili na własne ryzyko, podjęli własną decyzję!
— Ugh, nie rozumiesz, tu chodzi o sprawiedliwość!
— Jednostronną? — roześmiał się gorzko Albus. — Powiedz mi, w którym momencie zachowałem się niesprawiedliwie? Przecież im nie kazałem tego robić, nie powiedziałem też: hej, tu macie eliksir, możecie go wypić! Podsunąłem im tylko taką możliwość, a że ulegli pokusie, to już nie moja wina. Naprawdę masz o to do mnie pretensje?
— Ja tylko…
— No wiem, to było niecne i okrutne, że chcieliśmy kogoś wykluczyć z turnieju, prawda?
— No…
— Masz rację, jestem złym człowiekiem.
Wziął obie sterty listów i wstał. Powinien czuć gotującą się w nim złość, ale zamiast tego czuł tylko smutek.
— Albus!
Nawet nie dał po sobie poznać, że cokolwiek usłyszał. Nie odwrócił się, zamiast tego ruszył w kierunku wyjścia z pokoju wspólnego Slytherinu. Potrzebował samotności, i to natychmiast. Ściskane w dłoniach papiery parzyły skórę.

— Moja droga, jest już późno, nie powinnaś się położyć.
Rose odwróciła się, słysząc głos profesor McGonagall. Wzruszyła ją troska dyrektorki; w gruncie rzeczy faktycznie było już późno, dobre trzy godziny po ciszy nocnej.
— Zostało mi to ostatnie piętro do przejścia, pani profesor. Zaraz skończę patrol i pójdę spać. Dziękuję.
— Jakieś problemy dzisiejszej nocy?
— Nie. Przyłapałam tylko dwie osoby na wymykaniu się po ciszy nocnej. Dostali szlaban. Poza tym nic szczególnego się nie działo, od innych prefektów też nie słyszałam żadnych uwag. Nawet obcokrajowcy się chyba dostosowali.
— Fantastycznie. Najbardziej się właśnie tego obawiałam, że będą z nimi jakieś problemy. W ich szkołach panują zupełnie inne zwyczaje.
— Na razie nic się nie działo, pani profesor, proszę się nie martwić.
Dyrektorka skinęła głową, po czym wskazała dłonią drzwi do swojego gabinetu, pod którymi przystanęły.
— Zajdziesz do mnie na filiżankę herbaty, panno Weasley? Dostałam ostatnio całkiem nową paczkę od madame Rosmerty, czarny bez, zdaje się. Jeszcze jej nie próbowałam.
— Och! Z chęcią.
Gabinet dyrektorki się zbyt wiele nie zmienił od czasu, kiedy Rose była w nim ostatni raz, choć wydawało jej się, że miało to miejsce przed wiekami. Niepewnie usiadła na krześle przed biurkiem zasłanym dokumentami i książkami. Miała wrażenie, że postacie na obrazach wiszących na ścianach uważnie ją obserwują; przeszył ją dreszcz, choć każdą z tych namalowanych osób znała.
(W końcu czytała „Historię Hogwartu”).
— Z cukrem?
— Huh? Nie, dziękuję.
Z wdzięcznością przyjęła ciepły kubek od dyrektorki, która usiadła na swoim własnym miejscu, również trzymając naczynie pełne parującej herbaty. Jej zazwyczaj ciasno związany kok nieco się rozluźnił i parę siwych włosów opadało swobodnie wokół poznaczonej zmarszczkami twarzy.
— Gratuluję udanego występu podczas turnieju, panno Weasley.
Uśmiechnęła się, zupełnie jakby doskonale wiedziała o wszystkich wyczynach Rose, Scorpiusa i Albusa. Może nie była tak wszechwiedząca jak sławny Albus Dumbledore, ale jednak należała do najmądrzejszych osób w całym Hogwarcie i z pewnością miała swoje sposoby na dowiedzenie się o wszystkim, co się działo w zamku.
— Dziękuję.
Rose zarumieniła się i utkwiła wzrok w herbacie.
— Ale też nie powiem, żebym się tego nie spodziewała. Ciasteczko?
Podsunęła dziewczynie talerzyk wypełniony po brzegi ciastkami kokosowymi, lecz Rose podziękowała. Nie miała ochoty na nic słodkiego.
— Spodziewała się pani tego…? — powtórzyła za to ze zdumieniem.
— Tak. Podejrzewałam, że prędzej czy później któryś z uczestników sięgnie po niedozwolone eliksiry, choć miałam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Nie mogę powiedzieć, żebym to pochwalała, ale… Cóż, panno Weasley, w duecie z panem Malfoyem jesteście znakomici i uważam, że Hogwart ma szanse na wygraną w tym turnieju, chociaż podejrzewam, że oboje maczaliście w tym palce.
Jej oczy rozbłysły, kiedy sięgała po ciasteczko, natomiast Rose poczuła się dziwnie, słysząc pochwałę z ust dyrektorki, zwłaszcza dotyczącą tańca — naprawdę nie lubiła się afiszować ze swoim talentem, ale teraz, przy okazji konkursu, mogła w pełni rozwinąć skrzydła, zwłaszcza w parze ze Scorpiusem — choć uczucie euforii i ulgę, że pozbyła się towarzystwa Briana, przytłumił strach o własny tyłek w Hogwarcie.
— Więc nie żałuje pani, że tak się stało…? Hogwart stracił dwóch reprezentantów…
(Co w dużej mierze wynikało z szatańskiego planu Albusa).
— Nie, bo myślę, że ta zmiana wyjdzie naszej szkole na dobre. Proszę się nie martwić, panno Weasley, wystarczy, że dacie teraz z siebie wszystko.
Rose skinęła głową, choć nie mogła się pozbyć wrażenia, że słowa McGonagall zawierały ukryte przesłanie: „Nie wyrzucę was ze szkoły, bo dobrze się spisaliście, ale miejcie się na baczności, bo wiem o waszych występkach”. Pomyślała, że być może dyrektorka nie ma oczywistego dowodu winy, ale na pewno wiedziała więcej, niż to okazywała.
Obie milczały przez dłuższą chwilę, pijąc herbatę, która rzeczywiście była doskonała.
Myśli Rudej początkowo błądziły wokół turnieju oraz ostatnich wydarzeń. Jeszcze nie miała czasu, żeby porządnie odsapnąć po tamtym wysiłku, wyspać się, dać sobie parę dni wolnego od tańca. Nadal nie mogła uwierzyć w to, czego dokonali razem ze Scorpiusem. Musiała dopiero przyzwyczaić się do tej myśli.
Przypomniała sobie nagle o rzeczy, o którą już dawno chciała zapytać dyrektorkę, ale nigdy nie miała czasu, żeby to zrobić ani żeby nawet zajrzeć do biblioteki; w najnowszym wydaniu „Historii Hogwartu” pewnie by znalazła odpowiedź na swoje pytanie.
— Pani dyrektor?
— Tak?
— Co się stało w Wieży Gwiazdy i Północnej, że nauczyciele przestali tam mieszkać? Słyszałam od profesora Springveila, że zostały wybudowane po wojnie i faktycznie początkowo nauczyciele tam mieszkali, ale potem się przenieśli… Dlaczego? Co się stało?
— Och — westchnęła dyrektorka. — To dość smutna historia, ale jednocześnie intrygująca zagadka. Nikt jej do końca nie rozwikłał. Cóż… Działo się to mniej więcej dwadzieścia lat temu. Architekt, który zaprojektował zniszczoną po wojnie część Hogwartu, zginął wtedy w tajemniczych okolicznościach. Do dzisiaj nikt nie wie dokładnie, gdzie i jak to się stało. Wtedy zaczęły się w tych wieżach dziać dziwne rzeczy… — Kobieta urwała na chwilę, żeby wypić parę łyków herbaty i zebrać myśli. — Nauczyciele mówili, że książki zmieniają swoje miejsce, że czasem słychać takie dźwięki, jakby ktoś intensywnie rysował po papierze. Czasami też zdarzało się, że widzieli w głównym pokoju ogień, który pojawiał się na kilka minut i znikał, zostawiając wszystko nietknięte, niespalone. Działo się to w obu wieżach jednocześnie.
— Duch? Poltergeist?
McGonagall pokręciła głową.
— Sprawdziliśmy to. Żadne zaklęcia nie potwierdziły naszej tezy, duchy Hogwartu też nic nie wiedziały o dodatkowym lokatorze, ale obiecały, że będą miały oko na obie wieże. Parę tygodni później wszystko nagle ustało, ale nauczyciele i tak się wynieśli do starszej wieży.
— Te wieże są teraz bezpieczne?
— Sprawdziliśmy je na wszystkie możliwe sposoby, więc nic się nie powinno dziać. Zresztą to było dwadzieścia lat temu… — Dyrektorka wzruszyła ramionami. — Nie wiem, o co wtedy chodziło. Naprawdę, przeszukaliśmy wieże bardzo dokładnie i nie znaleźliśmy niczego podejrzanego, niczego, co mogłoby mieć związek z tymi wydarzeniami.
— Myśli pani, że to przez śmierć tego architekta?
— Nie mam pewności, ale tak podejrzewam. To się zaczęło wieczorem, tego samego dnia, w którym on zmarł. W świecie magicznym dość trudno o przypadek… Ale jedyną rzeczą, która łączy to wszystko, jest to, że właśnie on zaprojektował obie wieże. Przyznam, że nie rozumiem, o co mogło chodzić. W wieżach naprawdę nie ma żadnych tajemnic poza tą jedną, żadnych tajemnych pokoi, korytarzy czy innych rzeczy.
— Nie zachowały się żadne plany wież stworzone przez tego architekta?
— Niestety nie. Prawdopodobnie zaginęły.
— Och…
— Cóż, prawdopodobnie ta zagadka zostanie nierozwiązana, podobnie jak wiele innych w Hogwarcie. Te mury są tak stare, że chyba tylko sam Merlin wie o nich wszystko… Nie podejrzewam, żeby nawet znali wszystkie tajemnice szkoły, zwłaszcza że w miarę upływających lat zamek się rozbudowywał, każdy kolejny dyrektor Hogwartu dokładał kolejną cegiełkę do zagadek tego budynku.
— Nie chciałaby pani odkryć wszystkich tajemnic Hogwartu?
— Nie, nie sądzę. Hogwart straciłby wówczas cały urok, nie sądzisz?
Rose uśmiechnęła się.
— Z drugiej strony strach spać, gdy sobie człowiek zda sprawę z tego, ilu rzeczy o Hogwarcie nie wie i co może wyskoczyć z nieużywanej klasy.
— Och, to prawda. Czasami przypominam sobie o Komnacie Tajemnic i przechodzą mnie dreszcze… Wolałabym chyba nie wiedzieć, że coś takiego istnieje w Hogwarcie. Czasami naprawdę lepiej nie wiedzieć.
— Była tam pani? W środku?
— Nie. Wystarczyła mi opowieść twojego ojca i wuja, żeby zrobiło mi się słabo. Nie przepadam za wężami. To ma pewnie dużo wspólnego z tym, że spędziłam swoje szkolne lata w Gryffindorze… Cóż, nadal mam w sobie dużo z Gryfonki.
— Pani profesor, pani chyba żartuje!
— Nie — zaśmiała się cicho kobieta. — Przecież nawet tacy starzy ludzie jak ja mogą mieć swoje słabości, prawda? Wiem, że trudno to sobie wyobrazić!
Herbata była już zimna, więc Rose odłożyła kubek na biurko.
— Wracając do tematu… Myśli pani, że cokolwiek jeszcze się w tych wieżach wydarzy?
— Trudno powiedzieć. Być może. Mam nadzieję, że nie. Nie chciałabym żadnych problemów, póki mamy gości z zagranicy. Musielibyśmy wtedy chyba specjalnie dla nich dobudować kolejne wieże.
— Być może wszystko się już dawno uspokoiło — zgodziła się w zamyśleniu Rose. Ledwo skończyła mówić, rozległo się bicie ozdobnego zegara stojącego w rogu; wskazywał drugą. — Jejku, już tak późno! Powinnam już iść. Dziękuję bardzo za herbatę!
Wybiegła z gabinetu, czując na plecach przeszywające spojrzenie profesor McGonagall.

Tej nocy jednak nie zasnęła zbyt szybko. Przez dłuższy czas leżała w łóżku, ściskając w dłoni figurkę jaskółki i gładząc ją kciukiem.
Zastanawiała się, jaką tajemnicę skrywa ta statuetka. Być może wiązała się w jakiś sposób z opowieścią dyrektorki, być może nie, ale samo jej pojawienie się było równie tajemnicze, jak dziwne zdarzenia w obu wieżach.
Odłożyła figurkę na szafkę i przekręciła się na drugi bok, przykrywając kołdrą aż po uszy. Właściwie oczy wcale jeszcze jej się nie kleiły; ostatnio miała problemy ze spaniem.
Usłyszała stukanie w okno, więc wstała z łóżka i wpuściła do środka przemokniętą brązową sowę, której zupełnie nie kojarzyła, nie miała więc pojęcia, kto mógłby pisać o tej porze. Pogłaskała ją po mokrych piórach i odwiązała od nóżki ptaka list, napisany bardzo znajomym pismem.
„Nie śpisz?”.
Chwyciła szybko pióro i wyskrobała odpowiedź, po czym przywiązała ją do nóżki sowy.
„Nie. A ty? Nie jesteś zmęczony? Jest trzecia nad ranem! Poza tym skąd wiedziałeś?”.
— Leć do nadawcy, sówko — szepnęła, wypuszczając ptaka w noc.
Powrócił chwilę później.
„O to samo mógłbym zapytać ciebie. W ogóle o siebie nie dbasz, Rosie. Po prostu tak sobie pomyślałem, że nie będziesz jeszcze spać, mówiłaś mi rano, że masz ostatnio problemy z zaśnięciem. Chcesz do mnie dołączyć?”.
Och, a więc naprawdę słuchał, co do niego mówiła przy śniadaniu!
„Gdzie jesteś?”.
„Sowiarnia”.

Już po niecałych dwudziestu minutach znalazła się w sowiarni, dołączając do Scorpiusa. Stał przy oknie, patrząc w niebo, ale odwrócił się na dźwięk jej kroków. Uśmiech, który jej posłał, sprawił, że zmiękły jej nogi. Dlatego też nie zaprotestowała, kiedy chłopak podszedł bliżej i ją przytulił. Objęła go w pasie, ciesząc się tą chwilą bliskości. Niemalże czuła, jak ciepło promieniujące z jego ciała przechodzi na nią.
— Co robisz w sowiarni o trzeciej nad ranem? — wyszeptała, odchylając się nieco, tylko na tyle, by móc spojrzeć na twarz Scorpiusa. Jej oczy spotkały się z jego własnymi; pomimo mroku panującego w pomieszczeniu dostrzegła w nich miłość i zadrżała.
— O to samo mógłbym zapytać ciebie — odparł miękko.
— Pytałam jako pierwsza! Nie wymiguj się, tylko odpowiedz.
— Po prostu nie mogłem spać. Przecież wiesz, jak to jest.
— Wiem.
Zamilkła, po czym podeszła do okna. Ciepło, które dawał jej Scorpius, zniknęło, ale wciąż czuła za sobą jego obecność. Sowy śpiące we wnękach pohukiwały cicho, lecz nie zwróciła na nie uwagi. Zamiast tego podeszła do jednego z okien i oparła się o parapet. Padało. Na pochmurnym niebie nie było widać ani jednej gwiazdy, całe otoczenie wyglądało jak spowite mrokiem. Rose poczuła na nosie kilka kropel deszczu i odruchowo się odsunęła; zapomniała, że okna nie miały szyb ani niczego, co by chroniło przed brzydką pogodą.
— Lubię to miejsce.
— Ja też, ale z Wieży Astronomicznej jest ładniejszy widok — stwierdziła swobodnie, oglądając się przez ramię na blondyna. — Lubię tam obserwować gwiazdy. Te wszystkie konstelacje na niebie… Kiedy byłam mała, uwielbiałam wodzić ręką w górze i łączyć te wszystkie punkciki ze sobą. Za każdym razem powstawały zupełnie inne wzory. A potem poznałam nazwy gwiazdozbiorów i mapę nieba… Nie przestało mnie to fascynować.
— Wiem. To jest tak, że najpierw patrzysz na niebo i widzisz tylko zbiór wszystkich gwiazd, a potem dostrzegasz, że one wszystkie się ze sobą w jakiś sposób łączą, że tworzą gromady, rodziny, że żadna nie lśni samotnie.
Stanął obok niej i również zapatrzył się na atramentowo-czarny firmament.
— Trochę ci zazdroszczę, że masz imię po konstelacji.
Roześmiał się, lecz szybko spoważniał.
— Nie zaprzeczę, że gwiazdozbiór Skorpiona jest bardzo ładny. Zresztą w mojej rodzinie jest taka tradycja, dużo osób ma imiona po gwiazdach. Nie wiem, skąd się wzięło to zamiłowanie do nieba, ale to brzmi dość paradoksalnie, gdy ma się znajomość historii mojej rodziny — stwierdził w zamyśleniu. — Widziałem kiedyś największe drzewo genealogiczne czystokrwistych rodzin, jakie w magicznym świecie istnieje. Sam fakt pokrewieństwa z tyloma rodzinami jest oszałamiający, ale te imiona… Draco, Andromeda, Bellatrix, Orion, Syriusz, Regulus, Kasjopeja…
— Te imiona brzmią dumnie, jak na arystokratyczne rody przystało. — Rose uśmiechnęła się lekko. — I pomyśleć, że w mojej rodzinie imiona są takie… zwyczajne!
— Twoje akurat jest piękne.
Zarumieniła się, ale dzięki panującym ciemnościom Scorpius nie mógł tego dojrzeć.
— Wiesz, fajniej jest mieć imię po gwieździe niż po kolczastym kwiatku.
— To zależy, jak na to spojrzysz. — Przechylił głowę, spoglądając na Rose. — Jak się zastanowić, to w nich jest jakaś metafora. Wiesz, kolce róży służą do obrony i mogą skaleczyć nieostrożnego, zupełnie jak ty. Ale jeśli się wie, w jaki sposób dotknąć różę... — zaśmiał się cicho. — Cóż, wtedy jest szansa, że się nie wyląduje w szpitalu po okropnym upiorogacku.
— Malfoy!
Wymierzyła mu kuksańca, czując, że jej rumieniec się pogłębił.
— No i już nawet nie muszę wspominać o tym, że róże są niesamowicie piękne. Dlatego uważam, że mimo wszystko twoje imię było trafione, Rosie.
Prychnęła, ale chyba ostatecznie pogodziła się z jego analogią.
— A co w takim razie z twoim imieniem? Czy oznacza gwiazdę lśniącą daleko, taką nie do dosięgnięcia przez osobę o moim wzroście?
Teraz ona go prowokowała, co niezmiernie ucieszyło Scorpiusa. Uwielbiał ich słowne pojedynki.
— Być może — odparł radośnie. — Ale bardziej chodziło mi o to, że gdy ktoś się zbliży do gwiazdy, gwiazda da mu ciepło. Ale gdy się podejdzie zbyt blisko…
— …wtedy gwiazda przemieni człowieka w popiół — dokończyła kwaśno Rose, zakładając ramiona na piersi. — Nie chcę zostać spopielona. To dosyć okrutne.
Scorpius odwrócił się tak, żeby móc dotknąć jej ramion.
— Nie mogę ci tego obiecać — szepnął do jej ucha. — Działanie gwiazdy nie zależy od niej samej.
— Jeszcze zacznę się ciebie bać…
Stłumił śmiech. Jego dłonie przewędrowały z ramion dziewczyny na jej szyję, a potem zanurzyły się w miękkie włosy. Nadal utrzymywali kontakt wzrokowy i Scorpius poczuł dreszcz przebiegający przez jego ciało.
— Na to już chyba za późno, Rosie.
— Może i masz rację.
Sekundę później ich usta się zetknęły; przypominało to wybuch tysiąca fajerwerków na raz. Rose przysunęła się do Scorpiusa jeszcze bardziej, obejmując go za szyję, żeby nie stracić równowagi. Pomógł jej, obejmując w talii i przyciągając do siebie tak mocno, jak to było tylko możliwe. Drugą dłoń trzymał na policzku dziewczyny. To wcale nie był ich pierwszy pocałunek, a jednak smakował najlepiej z nich wszystkich.
— Hej, Scorp — wydyszała Ruda po chwili, kiedy na chwilę przerwali, łapiąc oddech. — Mogę cię o coś spytać?
— Hm?
Spojrzał na nią pytająco, zalewany przez falę czułości na widok przymglonych i jednocześnie wypełnionych czułością oczu Rose i jej rozgrzanych policzków. Zaczął malować dłonią delikatne kółka na jej plecach.
— Twoi rodzice wiedzą o mnie? Wiedzą, że my…
— Wiedzą. Boisz się, że cię nie zaakceptują?
Uniósł brew.
— Wiesz, nasze rodziny przez ładnych kilkanaście lat byli skłóceni — mruknęła, spuszczając wzrok. — To trochę jak współcześni Romeo i Julia. Zresztą mój ojciec nadal nie przepada za twoim…
— Cóż, moi rodzice nie mają w tej kwestii nic do powiedzenia, to raz — zaśmiał się. — A dwa… Przyjaźnię się z dzieciakiem Potterów od siedmiu lat. Naprawdę sądzisz, że cokolwiek ich teraz zdziwi? Przecież złamaliśmy niepisaną zasadę! Przyjaźń Pottera i Malfoya! A jednak musieli przełknąć tę swoją dumę i się pogodzić z moim wyborem, bo i tak by go nie zmienili. Byłem dość upartym dzieckiem.
— W sumie masz rację… — Skinęła głową. — Bardziej się boję reakcji mojej rodziny. Są bardziej uprzedzeni niż twoi rodz…
— Przecież wiedzą o mojej przyjaźni z Albusem!
— To co innego. Wujek Harry jest wyrozumiały i pierwszy wyciągnie rękę do zgody, zresztą powiedział Albusowi, że nawet jeśli wyląduje w Slytherinie, nie przestanie go kochać. I co? Al został przydzielony do Slytherinu, w rodzinie wielki hałas, bo jak to, nie Gryffindor! A potem się zaprzyjaźnił z tobą… Wszyscy się do tego przyzwyczaili. A ja i ty… Nas nikt nie widywał razem na rodzinnych obiadkach. Wszyscy widzieli przecież, że się lubimy jak pies z kotem… Ile razy się przecież kłóciliśmy na ich oczach!
— Ale jeśli zaakceptowali mnie…
— Nie znasz mojego ojca — przerwała mu. — Przynajmniej nie tak dobrze jak ja. Jest w gorącej wodzie kąpany. Nienawidzi twojego ojca i nie znosi konkurencji między nami. Chce, żebym była od ciebie lepsza. We wszystkim.
— Twoi rodzice wiedzą o ostatnim etapie turnieju?
Pokręciła głową.
— Jeszcze nie. Wiedzą, że przeszłam dalej, napisałam im o tym, ale pominęłam szczegóły. Myślę jednak, że jeśli jeszcze nie wiedzą, to się wkrótce dowiedzą. Albus jest paplą, a ja mam połowę rodziny w Hogwarcie… — westchnęła ciężko. — Choćby Hugo, Lily… Tyle wystarczy, żeby się rozniosło po całym klanie.
— Rosie, wiesz, że konfrontacja i tak jest nieunikniona. Nie chciałaś chyba chować się po kątach do końca życia?
— Nie, coś ty! Po prostu… To się dzieje za szybko i nie wiem, czy jestem na to wszystko gotowa — przyznała wreszcie. — Nawet nie wiem, na czym my stoimy. Skąd mam wiedzieć, czy to poważny związek i czy… czy mnie nie zostawisz, i co ja sama czuję!
Wyglądał jednocześnie na zdumionego i zranionego, ale nie marnował ani sekundy, żeby się wytłumaczyć.
— Rose, nigdy bym cię nie zostawił! Mówiłem ci to wiele razy i powtórzę teraz, nigdy cię nie opuszczę! Obiecałem przecież, że zawsze będę obok… Przecież o tym wiesz!
— Skąd mam mieć pewność?! Teraz tak się deklarujesz, ale nie wiesz, czy w przyszłości nie polecisz na inną dziewczynę, bo okaże się ładniejsza, inteligentniejsza i bardziej atrakcyjna! Nie jesteś w stanie tego przewidzieć, więc nie składaj pustych obietnic!
— Naprawdę nie wiem, co cię teraz napadło. — Pokręcił głową z niedowierzaniem. — Dlaczego we mnie wątpisz? Rose, kocham cię. W życiu nie mógłbym się od ciebie odsunąć, bo chyba by mi serce pękło..
Nie mówiła nic, tylko patrzyła na niego, ignorując łzy spływające po twarzy.
Scorpius nigdy nie powiedział na głos, że ją kocha. Wyrażał to przez gesty, owszem, widziała też w nim czułość oraz troskę, ale nigdy tego nie usłyszała. Dlatego, gdy ta chwila w końcu nadeszła, mogła tylko stać jak oniemiała.
— Powiedz coś — poprosił poruszony przedłużającą się ciszą i płaczem dziewczyny. — Proszę, Rosie…
— Przepraszam.
Rzuciła mu się na szyję, a on ją objął, mocno, jakby trzymał w ramionach swój największy skarb.
Bo też i tak było.

Nie do końca mi się podoba ten rozdział i chyba nawet wiem, z jakiego powodu. Obiecuję jednak, że kolejny rozdział wszystko nadrobi, w końcu to będzie rozwinięcie mojego ulubionego wątku z Tańca. Tak więc zapraszam na kolejny odcinek 6.07. I życzę Wam miłych wakacji! (A tym, co jeszcze mają przed sobą jakieś egzaminy: powodzenia!).

Czarodzieje