czwartek, 21 grudnia 2017

35. Jego gwiazda

           
— Scorp, jest już naprawdę późno, jutro wracamy do Hogwartu, a ty mnie zabierasz na to zimnisko? — marudziła Rose, pocierając o siebie zmarznięte ręce. Nie wzięła swojej różdżki, nie spodziewając się, że Ślizgon będzie chciał ją wyciągnąć gdzieś daleko. — Przysięgam, że jeśli się zamienię w sopel lodu, sam będziesz mnie odmrażał.
Scorpius przewrócił tylko oczami i pociągnął ją jeszcze kawałek, na niewielką górkę leżącą całkiem niedaleko domu rodzinnego Albusa. Ciemność oraz padający śnieg utrudniały orientację w terenie, ale za dnia zdążył się przekonać, że wybrane miejsce znajduje się bardzo blisko i nie powinni mieć problemów z dojściem, nawet o drugiej nad ranem i przy minus dziesięciu stopniach Celsjusza.
— Tak właściwie chciałem cię zabrać na Wieżę Astronomiczną, ale skoro już tu jesteśmy i mamy okazję…
Wdrapali się na górę. Scorpius wydawał się w ogóle nie stracić tchu, podczas gdy Rose sapnęła z ulgą, znalazłszy się na miejscu. Natychmiast naciągnęła czapkę jeszcze mocniej na uszy, gdyż na szczycie wiał naprawdę silny wiatr.
— Wyjawisz mi wreszcie cel tej wycieczki? — spytała zniecierpliwiona, potupując nogami i tworząc odbicia swoich butów na śniegu. Wcale jej się to wszystko nie podobało, nieważne, jakie cele przyświecały jej chłopakowi.
— Mmm. Spójrz w górę.
Spojrzała. I na długą chwilę straciła oddech.
Niebo ponad ich głowami było krystalicznie czyste i atramentowoczarne, pozbawione chmur. Dzięki temu widać było lśniące na nim punkciki, gwiazdy, układające się w fantasmagoryjne kształty, drogi i zbiory. Niemal natychmiast Rose wspomniała podobną noc, w Hogsmeade, jeszcze na początku roku, kiedy stała wraz ze swoimi przyjaciółmi za wioską i również podziwiała gwiazdy. Jedna z nich wówczas spadała i za radą Gabrielle Rose wymyśliła życzenie — o ironio, spełniło się niedługo później.
— Wyglądają pięknie! Lepiej niż na Wieży Astronomicznej!
— Pewnie dlatego, że teraz możesz się skupić na tym, jak ładnie wygląda takie rozgwieżdżone niebo. Nie musisz szukać nazw konstelacji, planet i te sprawy… Lubię astronomię, ale te lekcje później skutecznie mnie zniechęcały do obserwacji gwiazd. Patrz, te wszystkie jasne punkciki układają się w konstelacje… Gdy sobie przypominam ich nazwy, zawsze sobie uświadamiam, że pół mojej rodziny ma imiona po gwiazdach albo konstelacjach. Ja też. To trochę zabawne.
W panującym półmroku Rose widziała tylko profil twarzy Scorpiusa. Chłopak beztrosko trzymał ręce w kieszeniach, zadzierając głowę; nawet nie wyglądał, jakby zimno go w jakimkolwiek stopniu dotykało, podczas gdy Ruda się trzęsła.
— Masz swoją własną gwiazdę?
— Owszem. Skorpiona. Widzisz te punkciki po prawej stronie? — Przysunął się bliżej do dziewczyny, wskazując jej palcem, które gwiazdy ma na myśli, ale dla Rose wszystkie wyglądały jednakowo. Zmrużyła jednak oczy, wytężając wzrok. — Układają się w taki haczyk, z którego końca wychodzi pięć promieni… Widzisz?
— Nie. Poza tym co ma haczyk i promienie do skorpiona?
— Promienie podobno wyglądają jak ogon, haczyk jak tułów, ale sam nie widzę w tym większego sensu. Mniejsza. Naprawdę nie widzisz? To dość charakterystyczna konstelacja.
— Nie pomagasz.
— Co robiłaś na astronomii i jakim cudem ją zdałaś?
— To tylko jeden głupi gwiazdozbiór, cicho. Pokazałbyś mi go lepiej zamiast marudzić, że nic nie umiem z astronomii. Nie wszyscy muszą lśnić we wszystkim, więc nie bądź taki zarozumiały!
— Dobrze, już dobrze.
Stanął za nią tak, że się niemalże stykali, i pochwycił jej dłoń. Powiódł nią w górę, wskazując punkciki wypełniające konstelację Skorpiona. Rose zachichotała, nagle rozbawiona, gdy wreszcie udało jej się dostrzec wspomniany przez blondyna kształt.
— Co cię tak śmieszy?
— Nic. Mów dalej o tych gwiazdach.
— Naprawdę nie rozumiem, co robiłaś na astronomii i jak ją zdałaś — westchnął Scorpius. — Miałaś ściągę? Ktoś ci pomógł?
— Nie — mruknęłą nieco rozdrażniona. Nie lubiła, gdy ktoś się naśmiewał z jej wiedzy bądź niewiedzy. — Wykułam wszystko na pamięć, a potem wyrzuciłam z głowy. Wiedza o gwiazdach jest bezużyteczna. Tak samo jak wróżbiarstwo.
— Nieodrodna córka swojej matki, ech?
— Co?
Odwróciła się w jego stronę, nic nie rozumiejąc.
— Al mi kiedyś opowiedział, że twoja matka w spektakularny sposób zrezygnowała z wróżbiarstwa.
— Ach, to. Heh, tak, mam to po mamie. Uważam, że wróżbiarstwo to stek bzdur, a astronomia się do niczego nie przydaje, no może poza wymyślaniem imion. Czy to czyni mnie mniej idealną kujonką?
— Dla mnie jesteś idealna.
— Uwodzenie: robisz to dobrze.
Roześmiał się, rozbawiony.
— A ja biedny sądziłem, że uwiodłem cię już dawno temu.
— Kobiety powinno się uwodzić od nowa codziennie. W przeciwnym razie mogą się poczuć niekochane i odejść.
Rose nie ruszyła się z miejsca, czekając, za to Scorpius podszedł bliżej, w teatralnym geście kładąc sobie rękę na sercu.
— I mówisz mi o tym dopiero teraz?
— Myślałam, że to oczywiste. — Ruda stłumiła śmiech. — Każdy facet powinien o tym wiedzieć.
— W takim razie co mam zrobić, żeby znowu zdobyć twoje serce, łaskawa pani?
— Możesz ze mną zatańczyć. Albo mnie pocałować. Cokolwiek zechcesz.
— Och, czyżby?
— Tak. — Wspięła się na palce, jakby chciała go pocałować, ale zamiast tego tylko wyszeptała mu do ucha: — Ale nie tutaj, bo zaraz będziesz całować sopel lodu. A sople lodu nie potrafią tańczyć.
I rzuciła się biegiem w stronę domu, nawet nie oglądając się za siebie i nie dając hasła do rozpoczęcia wyścigu. Scorpius najpierw westchnął z niedowierzaniem, ale zaraz potem pobiegł za Rose.
Już prawie dotarła do wejścia, kiedy Ślizgon ją dogonił i złapał z takim impetem, że oboje się przewrócili, chichocząc jak małe dzieci. Rose jednak zerwała się jak oparzona, gdy tylko poczuła na twarzy dotyk zimnego śniegu. Pisnęła.
— Brrrrrr, okropieństwo. — Wzdrygnęła się, ignorując spoglądającego na nią Scorpiusa, który wciąż leżał na ziemi, nie przejmując się przemakającą kurtką. — Idę do domu.
Nie czekając na chłopaka, weszła do ciepłego wnętrza. Momentalnie się rozluźniła, czując gorąco rozlewające się po jej ciele i wypędzające zimno. Przysięgła sobie w duchu, że już nigdy więcej nie da się wyciągnąć na tak zwariowaną przechadzkę w tym zimnie.
— Moje zakochane gołąbki wreszcie się pokazały.
Aż podskoczyła na dźwięk głosu Ala. Spojrzała w stronę, z której dochodził; jej kuzyn rozwalił się beztrosko na kanapie w salonie, podjadając popcorn z wielkiej, niebieskiej miski.
— Mów za siebie — odparł Scorpius, zjawiając się obok Rose. Otrzepywał właśnie swoje włosy ze śniegu wciąż tkwiącego w jego włosach. — To ty całymi dniami piszesz listy do Sophie.
— To nie to samo.

— Och, nie? Uświadom nas w takim razie, czym to się różni — rzucił z sarkazmem blondyn, wieszając w przedpokoju kurtkę swoją i Rose. Parę sekund później dołączył do Rudej siadającej na drugiej kanapie, na tej, na której nie rozłożył się Al. — Bo odnoszę wrażenie, że twoje argumenty nie są knuta warte.
— My tylko piszemy, Scorp. — Na twarzy Pottera zakwitł uśmieszek wyższości. — A wy? Nie sądzę, żeby wasze niewinne spotkanka ograniczały się jedynie do rozmawiania.
Scorpius roześmiał się, podczas gdy policzki Rose pokryły się czerwienią.
— Och, w porządku, ale wy też ze sobą flirtujecie, przyznaj. Do tego może nie jesteście ze sobą fizycznie, ale psychicznie przebywacie ze sobą cały czas. Poza tym jestem przekonany, że gdy tylko wrócimy wszyscy do Hogwartu, nadrobicie całe ferie świąteczne.
Teraz nastała kolej Ala, żeby się speszyć.
— No dobra, poddaję się. Ale w zamian macie się ze mną podzielić swoimi planami na na trzeci etap. Zostało wam półtora miesiąca, wiecie o tym? Wymyśliliście już coś?
Rose i Scorpius wymienili spojrzenia. Poruszali ten temat tylko raz, jeszcze przed chorobą Rudej, i jak dotąd jeszcze do niego nie wrócili. Nie mieli nawet żadnego układu, zresztą nie musieli się zbytnio martwić — półtora miesiąca to dużo na przygotowanie czegoś, co powali wszystkich na kolana.
— Właściwie to tak — przyznała Rose. — Ale nie mamy jeszcze planu.
— Co chcecie zatańczyć?
— Tango.
Albus zagwizdał, a potem uśmiechnął się szeroko.
— Doskonale. Myślę, że to idealny taniec dla was. Rezerwuję miejsce w pierwszym rzędzie podczas waszego występu. Wykosicie wszystkich.
— Dzięki, Al. — Rose posłała kuzynowi ciepły uśmiech. — Choć na pierwsze miejsce bym nie liczyła. Bylo dużo lepszych par.
— Tylko dwie, moja droga. Macie duże szanse na podium, spodziewam się jednak, że zagarniecie pierwsze miejsce. Musicie się tylko postarać i dopracować ten taniec do perfekcji. Zresztą nie będę wam mówił, co macie zrobić, bo sami na pewno to wiecie o wiele lepiej niż ja. Po prostu w siebie nie wątpcie i mierzcie wysoko.
— Albus wujek dobra rada — zażartował Scorpius, obejmując Rose ramieniem i przysuwając ją nieco bardziej do siebie, dzięki czemu dziewczyna teraz przylegała do jego boku. — Dzięki, stary, poradzimy sobie jakoś.
— No, mam nadzieję. Tymczasem myślę, że pora na ciepłe kakao i pójście spać. Jutro wracamy do Hogwartu, pamiętacie? Trzeba będzie się znowu zwlec wcześnie z łóżka.
Al skrzywił się, odkładając miskę z popcornem na stół. Zjadł prawie wszystko.
— Daj spokój, dziewiąta rano to nie jest wcześnie. Poza tym gdybyś poszedł wcześniej spać, to byłbyś wyspany, proste.
— Nieeee, to za proste, Rosie. Chcecie coś do picia? Kakao?
— Nie, dzięki.
Rose również odmówiła, więc Al ruszył do kuchni tylko po picie dla siebie. Kiedy wrócił po piętnastu minutach, zastał swoją kuzynkę i najlepszego przyjaciela śpiących, przytulonych do siebie na kanapie. Uśmiechnął się szeroko, okrywając ich kocem, po czym poszedł do swojego pokoju. W końcu należało się przespać przed wstaniem o świcie o dziewiątej.


Ekspres Londyn-Hogwart zatrzymał się z sykiem na stacji w Hogsmeade. Chwilę później wysypali się z niego wszyscy uczniowie, którzy powrócili do domów na święta. Mieli już na sobie szkolne szaty oraz płaszcze i wymieniali uwagi dotyczące ilości prac domowych zadanej na ferie oraz uczty, która miała się odbyć wieczorem. Dzielili się również najświeższymi ploteczkami — kto z kim zerwał, kto z kim się zszedł, kto się z kim pokłócił.
Co jednak ważniejsze, na peronie miały miejsce również powitania, niektóre okraszone solidną porcją łez, tak jak w przypadku spotkania Rose, Elissy i Gabrielle. Płakały wszystkie trzy, ciesząc się, że ostatecznie wszystko dobrze się skończyło i mogą wreszcie się ponownie spotkać. Bez słów wybaczały sobie nawzajem.
A potem cała ekipa z siódmego roku ruszyła do Wielkiej Sali na ucztę urządzoną z okazji zakończenia ferii świątecznych.


Wielka Sala prezentowała się jak zwykle wspaniale, nadal udekorowana choinkami i kolorowymi świecami. Z zaczarowanego sklepienia spadał magiczny śnieg, nieodosięgający jednak głów uczniów — zanikał w połowie drogi. Pomiędzy stołami latał Irytek, śpiewający wymyślone przez siebie piosenki świąteczne, które jednak z feriami miały niewiele wspólnego.
Rose naprawdę się cieszyła, mogąc tutaj powrócić i poczuć na nowo magię panującą w zamku, magię, która była tak wszechobecna, że wszyscy zapominali o jej obecności, choć mieli z nią do czynienia na co dzień. Dobrze też było usiąść przy jednym stole razem z przyjaciółmi i poczuć przynależność do czarodziejskiej społeczności. Już niedługo, za sześć miesięcy, mieli zdać ostatnie egzaminy, zacząć szkolenia oraz samodzielną pracę. Wtedy skończą się balangi w pokojach wspólnych Gryffindoru i Slytherinu, wspólne śniadania, nocne przechadzki po zamku, zajęcia z nauczycielami, tony prac domowych i walki o Puchar Domów, bo pierwszego września już nie powrócą na kolejny rok szkolny, no chyba że ktoś z nich załapie się na etat nauczyciela. Rose nie lubiła o tym myśleć, bo świadomość opuszczenia szkolnych murów brzmiała naprawdę ponuro, a ona, prawdę mówiąc, jeszcze nie do końca wiedziała, co chce robić po zdaniu egzaminów. Myślała nad tym już od długiego czasu i w dalszym ciągu nie potrafiła się zdecydować, więc podziwiała Ala oraz Scorpiusa, który mieli już plany. Oboje chcieli po wakacjach rozpocząć trening na aurorów i potem pracować w Ministerstwie Magii jako aurorzy. A ona? Cóż, nie była na tyle odważna, żeby się pchać w niebezpieczne sytuacje. Gdyby musiała ratować bliskich, to tak, walczyłaby bez wahania, tak jak bez wahania poszła z Elissą do Zakazanego Lasu, ale ratować innych ludzi? Nie potrafiłaby.
O wiele bardziej pociągało ją studiowanie prawa czarodziejów albo magomedycyny. Mogłaby pracować w Ministerstwie Magii albo w szpitalu; obie opcje interesowały ją w równym stopniu, więc nie potrafiła wybrać. Mówiła o swoich wątpliwościach przyjaciółom, ale oni nie potrafili jej doradzić, twierdząc, że sama powinna się zdecydować. Zresztą nie ona jedna była w kropce; Elissa także nie wiedziała, co robić po skończeniu szkoły.
Wybieranie drogi życia w tak młodym wieku było dość trudne.
Z rozmyślań wyrwał ją głos profesor McGonagall, więc podniosła głowę. Rozgorączkowane szeptu dotychczas rozbrzmiewające w Wielkiej Sali ucichły.
— Moi drodzy uczniowie z wszystkich trzech szkół! Witam was ponownie w Hogwarcie i cieszę się, że wróciliście wszyscy cali i zdrowi. Wiem, że jeszcze nie zdążyliście się nagadać z przyjaciółmi, ale mam dla was parę komunikatów i proszę, żebyście mnie uważnie posłuchali. — Przerwała na moment, upewniając się, że wszyscy obecni na sali słuchają jej słów. — Po pierwsze: trzeci i ostatni etap turnieju tanecznego odbędzie się szesnastego lutego. Jutro na zebraniu reprezentantów podam bardziej szczegółowe informacje. Zapraszam na dziesiątą rano do Wielkiej Sali.
Rose i Scorpius wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Ruda bezgłośnie wyszeptała: "Dziś wieczorem", przypominając o ich spotkaniu w sali tanecznej. Mieli się zabrać za omawianie taktyki na ostatni etap oraz wstępne przygotowanie choreografii. Jeśli chcieli stanąć na podium, musieli się brać do roboty.
— Druga ważna informacja dotyczy siódmorocznych z Hogwartu. W tym miesiącu odbędą się konsultacje z opiekunami domów dotyczące egzaminów i pracy po skończeniu edukacji szkolnej. Szczegółowy harmonogram spotkań zostanie wywieszony na tablicach w pokojach wspólnych.
Tym razem odpowiedział jej zbiorowy jęk siódmoklasistów, którym znowu przypominano o egzaminach kończących ich naukę w Hogwarcie.
— Proszę o ciszę. Trzecia informacja dotyczy wszystkich uczniów obecnych w zamku. Przypominam, że wstęp do Zakazanego Lasu bez obecności nauczyciela jest surowo wzbroniony.
Rose miała wrażenie, że spojrzenie dyrektorki nieprzypadkowo powędrowało w stronę stołu Krukonów. Ona i Elissa miały jeszcze tego samego dnia stawić się w gabinecie profesor McGonagall. Ruda wiedziała, że z całą pewnością mogą się spodziewać szlabanu i utraty punktów; nie sądziła jednak, żeby, zgodnie z plotkami okrążąjącymi Hogwart, groziło im wydalenie ze szkoły. W końcu znała regulamin na wyrywki i wiedziała, jakie kary grożą za złamanie poszczególnych punktów. Aż dziwne, że sama w ciągu tego roku szkolnego złamała co najmniej z pięć — ale o tym nikt nie musiał wiedzieć.
— Nie lubię, kiedy ona tak na nas patrzy — szepnęła do niej Elissa, korzystając z przerwy w wypowiedzi dyrektorki oraz wrzawy, która zapadła. — Zawsze mam ciary.
— Wiem — westchnęła Rose w odpowiedzi. — Tym razem jednak zasłużyłyśmy.
— Co jej powiemy, gdy spyta o powód naszej wyprawy?
Ruda zasępiła się nieco. Myślała nad tym już wcześniej, ale nie wymyśliła niczego sensownego. Nie chciała kłamać, ale nie mogła też powiedzieć prawdy.
— Nie wiem, ale na pewno nie możemy powiedzieć jej prawdy, bo wtedy nas na pewno wyrzucą. Potem o tym porozmawiamy, dobra? Nie tutaj.
Elissa skinęła głową na znak zgody i uśmiechnęła się do zaniepokojonej Gabrielle. Przynajmniej ona się nie wpakowała w tarapty, choć teraz usiłowała to nadrobić i za wszelką cenę pomóc przyjaciółkom.
— No dobrze, kochani, myślę, że możemy zacząć ucztę.
Dyrektorka machnęła ręką i na stołach pojawiła się kolacja — pieczone kurczęta, sałatki, pieczywo, jajka, kiełbaski, miski z puddingiem — co tylko dusza zapragnie.
— Człowiek od samego patrzenia na jedzenie robi się głodny — skomentowała Gabrielle, nakładając sobie pokaźną porcję sałatki ziemniaczano-warzywnej. — Niby przez całe święta mnie w domu tuczyli, ale zawsze po powrocie do Hogwartu czuję się tak głodna, jakbym nie jadła od miesiąca.
— To pewnie dlatego, że nic nie przebije tutejszego jedzenia.
— Albo po prostu każdy posiłek został tak zaczarowany, byśmy jedli niezależnie od apetytu. Ja w tej chwili wciągnęłabym nawet deser.
— Ellie, ty zawsze jesz deser.
— Kłamstwo i pomówienia, Rose. Moja waga nie ma nic wspólnego z deserami.
— Tak, oczywiście. — Ruda zamaskowała uśmiech serwetką i wzięła się za pochłanianie mlecznej bułki. — Napisałyście ten esej dla Shearwood? Jakoś nie mogłam się zabrać za dokończenie go...
— Rose, jeszcze mamy wolne, więc zamknij się i przestań gadać o zadaniach domowych. Przynajmniej dzisiaj nie chcę o tym myśleć. Ani o żadnych szlabanach.
— McGonagall w takim razie sama cię sprowadzi na ziemię.
Obie się roześmiały, choć to raczej nie był dobry powód do żartów, ale przecież nie można iść na ścięcie w ponurym humorze!

           
Punktualnie o dwudziestej zapukały do drzwi dyrektorki. Otrzymały już wcześniej hasło, więc bez problemu przeprawiły się przez przejście strzeżone przez gargulce. Kręcone, magiczne schody wzniosły je w górę zdecydowanie za szybko, bo już po paru sekundach dziewczyny znalazły się u celu.
— Wejść!
Niepewnie wkroczyły do środka, choć żadna z nich nie wchodziła tutaj po raz pierwszy, jednkaże tym razem spodziewały się wykładu oraz kary za złamanie szkolnego regulaminu. W takiej sytuacji człowiek zawsze traci rezon.
Ku swojemu zdziwieniu obok profesor McGonagall zobaczyły również opiekunkę swojego domu, która się do nich lekko uśmiechnęła na powitanie. Rose uznała, że to chyba dobry znak.
— Usiądźcie, proszę.
McGonagall wskazała im gestem krzesła przed swoim biurkiem i sama również usiadła, podobnie jak madame Rosebourgh. Krukonki naprawdę się spodziewały, że dyrektorka wyjmie ciasteczka i je poczęstuje, ale zamiast tego kobieta splotła dłonie, przybierając surowy wyraz twarzy.
— Skoro udało wam się tutaj dotrzeć całym i zdrowym, możecie mi wreszcie zdradzić powód, dla którego wybrałyście się przed świętami na nocną przechadzkę po Zakazanym Lesie?
— Niestety nie możemy pani o wszystkim powiedzieć — odpadła z wahaniem Rose, wymieniając spojrzenia z Elissą. Spotkały się nieco wcześniej, jeszcze przed umówioną godziną, i próbowały wymyślić skuteczne usprawiedliwienie dla swojej wyprawy. Żadna nie wymyśliła niczego sensownego, więc pozostało im jedynie wymigać się od odpowiedzi.
— Z jakiego powodu?
— Gdy podamy powód, będzie wiadomo, o co chodzi, czyż nie? — mruknęła Elissa, zanim Rose zdążyła otworzyć usta. Obie ryzykowały niepowodzeniem swojego planu, gdyby wszystko się wydało. — Zresztą powód i tak nie jest zbyt istotny.
— Jeżeli jest to coś sprzecznego z regulaminem...
— Nie — weszła jej w słowo Rose. — To nic sprzecznego z regulaminem, pani profesor.
Kobieta wyraźnie odetchnęła. Już nie miała tego srogiego wyrazu twarzy.
— Mam nadzieję, że to prawda, panno Weasley. W takim razie proponuję przejść do meritum. Nie zostaniecie wydalone z tej szkoły, ale dostaniecie szlaban. Na trzy tygodnie. Jutro o dziewiętnastej zgłoście się do profesor Abott, potrzebuje waszej pomocy w Zakazanym Lesie. Będziecie odbywać szlaban pod jej opieką. Chyba nie muszę też dodawać, że Ravenclaw traci punkty z waszego powodu?
— Jak dużo? — spytała zrezygnowana Rose.
— Sześćdziesiąt. Po trzydzieści na każdą z was. — Dyrektorka umilkła na chwilę. — Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę z tego, że wasze zachowanie było skrajnie nieodpowiedzialne i wasza wyprawa mogła się skończyć o wiele gorzej niż tylko chorobą panny Weasley?
— Tak, pani profesor.
— Wierzę, że już nigdy więcej nie zrobicie niczego równie głupiego. Zwłaszcza pani, panno Weasley. Jest pani prefektem i jako prefekt powinna pani dawać przykład, zamiast łamać szkolny regulamin. Liczę na to, że będzie się pani zachowywać stosownie do powierzonej funkcji. Jeszcze jeden taki wyskok i straci pani plakietkę prefekta, bez względu na całą pani dotychczasową pracę. Czy to zrozumiałe?
— Oczywiście, pani profesor.
Elissa spojrzała z przestrachem na przyjaciółkę. Doskonale wiedziała, jak bardzo Rose lubiła swoją pracę prefekta naczelnego i jak bardzo bolałaby ją utrata posady, zwłaszcza na sześć miesięcy przed końcem roku szkolnego. Rose jednak siedziała spokojnie, prosto jak struna, nie okazując żadnych emocji. To było tym dziwniejsze, że zwykle nie panowała nad swoim wybuchowym temperamentem i gdy miała okazję, dawała upust swojej złości. Tym razem jednak starała się nad sobą panować — dla dobra ich planu. Albo w ciągu ostatnich dni dorosła.
— Myślę, że to wszystko na dziś, możecie uciekać, tylko pamiętajcie o ciszy nocnej.
Podniosły się cicho ze swoich miejsc i wyszły, pożegnawszy się z obiema nauczycielkami. Gdy tylko znalazły się na korytarzu i odeszły spory kawałek od gabinetu dyrektorki, zaczęły się śmiać z powodu ulgi oraz opadającej z nich adrenaliny.
— Merlinie, sądziłam, że zejdę na zawał, kiedy spytała, czy nasz powód jest sprzeczny z regulaminem — skwitowała po chwili Elissa. — Rosie, jeżeli nas przyłapią...
— Wiem. Dlatego musimy zrobić wszystko, żeby nas nie przyłapali. To już ostatni etap, niedługo będzie można wypróbować eliksir. — Rose przejechała dłonią po twarzy, nagle zmęczona. — Bardziej mnie jednak martwi, co się stanie, gdy nie zadziała. Będziemy odpowiadać za Grega i jego matkę, jeśli im się coś stanie. Starałyśmy się wszystko zrobić według wskazówek w książce, ale co się stanie, jeśli coś poszło nie tak? Jeśli przez nieuwagę się pomyliliśmy? To będzie o wiele gorsze niż utrata plakietki perfekta, Ellie.
— Ja... Wiem o tym. Też nad tym długo myślałam, ale z drugiej strony, Rosie, oni nie mają żadnej nadziei. Umierają. Umrą. A jeśli eliksir może im pomóc stanąć na nogi... Musimy spróbować, musimy zaryzykować.
— Merlinie, to wszystko brzmi tak makabrycznie, że nie chcę o tym myśleć — wyznała Rose.
— Jeśli chcesz odpuścić, to w porządku. Eliksir nie wymaga już żadnej pracy, więc mogę to wziąć na siebie. Jeśli mnie przyłapią, to tylko mnie. I tylko ja będę miała na sumieniu ewentualne konsekwencje.
Rose zaczęła chodzić w tę i z powrotem, przygryzając wargi i intensywnie myśląc.
— Na pewno chcesz to zrobić? Jesteś pewna, że udźwigniesz ten ciężar?
— Nie wiem, Rosie, ale jeśli jest nadzieja, muszę to zrobić. Jest duża szansa, że on z tego wyjdzie, rozumiesz? Po prostu muszę zaryzykować.
— Ale jeśli coś pójdzie nie tak...
— Nie pójdzie. Zrobiłyśmy wszystko jak należy. Nie martwmy się na zapas.
— Nie byłabym taka pewna — mruknęła cicho Ruda. — Całkiem sporo rzeczy mogło pójść nie tak. Na przykład tej nocy, kiedy Al urządził imprezę, a ja się upiłam. Dodawałyście wtedy same kolejny składnik. Mogłyśmy też mieszać zbyt długo w którymś momencie, dodać któryś składnik w niewłaściwy sposób, mogłyśmy go nie przygotować dobrze, bo autor przepisu o tym nie wspomniał, gdyż dla niego było to oczywiste... Naprawdę nie byłabym taka pewna, że zrobiłyśmy wszystko tak, jak powinniśmy.
— Wiem, Rosie, wiem, ale już naprawdę nie mamy wyboru. Matka Grega jest już bardzo słąba i nie rusza się z łóżka, on sam z każdym dniem wygląda coraz gorzej. Nie chcę go stracić, Rosie. Dlatego jestem gotowa zaryzykować, nawet i na własnej skórze.
— Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. — Rose przystanęła, przerywając chodzenie w tę i z powrotem po korytarzu, i odgarnęła swoje długie włosy na lewe ramię. Jej oczy błyszczały w półmroku; przypominały nieco ślepia kota. — I myślę, że już wiem, co możemy zrobić, żeby zyskać pewność, że niczego nie zepsułyśmy.
— Co takiego?
— Powiem ci, jak to sprawdzę. Potrzebuję do tego jednej szczególnej książki z biblioteki, ale dzisiaj jest zamknięta. Możemy tam pójść jutro po zajęciach.
Elissa ograniczyła się do skinięcia głową, nagle przepełniona nadzieją większą niż kiedykolwiek wcześniej.

           
Po tym spotkaniu brunetka ruszyła w stronę wieży Ravenclawu, stwierdziwszy, że musi odpocząć, a Rose pobiegła do sali tanecznej. Była już spóźniona na spotkanie ze Scorpiusem.
— Długo czekałeś? — spytała zdyszana, gdy tylko znalazła się w środku.
Scorpius siedział spokojnie na podłodze, czytając jakąś książkę. Zamknął ją, widząc Rose, i wstał. Miał na sobie luźne mugolskie rzeczy: białą koszulkę z jakimś nadrukiem i czarne spodenki, podczass gdy Rose pozostała w swojej szkolnej szacie. Nie miała tyle czasu na przebranie się, zaraz po uczcie musiała iść do McGonagall.
Ślizgon wyciągnął do niej ręce i przytulił do siebie, widząc, że jakaś sprawa dręczy umysł Rose. Po tylu latach potrafił w niej czytać jak w otwartej księdze, ale nie zamierzał jej wypytywać. Wiedział, że gdy będzie chciała porozmawiać, to sama to zrobi.
— Jak było u McGonagall? — spytał w zamian, gdy oboje usiedli na wyczarowanych naprędce poduszkach.
— Mam szlaban. Trzy tygodnie. Nie wiem, jak damy radę się przygotować do turnieju.
Rose westchnęła zniechęcona.
— Damy radę, nie martw się. Coś wymyślimy.
— Szkoda, że już nie można używać zmieniaczy czasu.
— Nie przejmuj się tym, naprawdę damy radę. Zawsze przecież możemy spotykać się rano. Zresztą twój szlaban nie będzie trwał w nieskończoność i po jego zakończeniu będziemy mogli normalnie trenować.
— No dobra, chyba mnie przekonałeś. — Przez chwilę jeszcze zmarszczki na jej twarzy się utrzymywały, ale zniknęły, kiedy Rose zmieniła temat. — W takim razie jaki jest plan? Tango, hm?
— Taaak... Mam już pewien pomysł, jak to rozegrać.
— Okej, to możemy teraz ustalić jakiś schemat i go potem uzupełniać... Masz coś do pisania? Dziękuję. Tylko pamiętaj, że choreografia nie powinna być zanadto skomplikowana, bo tu chodzi raczej o przekazanie uczuć...
Scorpius przewrócił oczami.
— Nie ucz hipogryfa, jak ma latać. Wiem o tym równie dobrze jak ty.
— Tylko przypominałam. W porządku... Pokażesz mi swój plan?

Wesołych Świąt! ^-^

Czarodzieje