czwartek, 14 września 2017

33. Róża i skorpion


Rose szybko dochodziła do siebie dzięki gorzkim wywarom mającym przywrócić jej pełnię sił. Eliksiry, które teraz brała, były dużo słodsze i powstrzymywały ból głowy przed nasileniem się. Czasami jeszcze musiała się podeprzeć ściany, gdy dopadały ją zawroty głowy, ale czuła się już dużo lepiej. Żyła. Po ukąszeniu przez jadowitego węża ten wyczyn był niebywały. Nawet nie chciała myśleć o tym, co by było, gdyby spędziły z Elissą więcej czasu w Zakazanym Lesie, gdyby nie udało się powstrzymać działania trucizny, gdyby, gdyby… Nocami dręczyły ją jeszcze koszmary, w których ścigały ją stada węży. Budziła się z nich z krzykiem, zlana potem, za każdym razem przyjmując z ulgą fakt, że znajduje się w domu, swoim bezpiecznym łóżku, i nic jej nie grozi. Podejrzewała, że od tego dnia będzie miała urazę do węży.
O, jaka ironia. Skończyła niemalże tak samo jak Eurydyka z greckich mitów. Jeszcze tylko brakowało jej śmierci, piekła i Scorpiusa zstępującego do Hadesa po jej duszę.
Niemalże czuła się winna, gdy przypominała sobie jego bladą twarz. Pochylał się wówczas nad jej łóżkiem i dodawał otuchy, zapewne wystraszony na śmierć. Merlinie, sama by chyba zeszła na zawał, gdyby coś takiego przytrafiło się jemu. Musiała mu to solidnie wynagrodzić i spędzić z nim czas, gdy tylko będzie mogła. Napisała co prawda do niego już całkiem sporo listów, ale to jednak nie to samo. Brakowało go jej. W Hogwarcie przebywali ze sobą przez większość czasu i teraz nagła, długa rozłąka powodowała ból i ogromną tęsknotę.
Podobnie zresztą tęskniła za Albusem, ale z nim przynajmniej miała się spotkać podczas świąt. On jeden się nad nią nie trząsł jak nad jajkiem i traktował ją normalnie. Nie martwił się obsesyjnie o jej zdrowie, tylko napisał jej, co straciła podczas swojej nieobecności oraz obiecywał, że porozmawiają, gdy tylko się zobaczą.
Gdy tylko nabrała sił, wysłała listy również do Elissy i Gabrielle, zapewniając je, że zupełnie nic jej nie jest i może się spotkają podczas przerwy. Wiedziała, że Elissa musiała być równie przerażona i bezradna jak Scorpius, a z kolei Gabrielle dręczyły wyrzuty sumienia. Niewiele mogła zrobić, żeby je zatrzymać. Żadne słowa by tego nie zrobiły, choć usiłowała uspokoić blondynkę, jak tylko mogła.
Na jakiś czas musiała jednak skończyć z pesymistycznymi myślami, jako że zaczynały się święta. Ojciec po powrocie z pracy przyniósł ogromną choinkę, której czubek sięgał sufitu w salonie. Matka znikała na całe dnie w kuchni, przygotowując mugolsko-czarodziejskie specjały. Rose pomagała jej, jak mogła, a niedługo później do przygotowań włączył się również Hugo, roznosząc dom swoją radosną energią.
Kolejnego dnia wieczorem zaczęli zjawiać się goście i dość szybko zapełnili cały dom. Hermiona musiała go powiększyć za pomocą magii, żeby wszyscy się bez problemu pomieścili, tym bardziej, że teraz nie było możliwości skorzystania z uroków ogrodu. Rodzina się całkiem rozrosła przez te lata i nie mieściła się swobodnie nawet w ogromnej Muszelce.
Rose najbardziej wyczekiwała spotkania z Albusem, nie spodziewała się jednak, że jej kuzyn nie przybędzie sam. Schodziła właśnie na dół w swojej ulubionej zielonej sukience, którą dostała od ciotki Ginny i która zresztą znakomicie podkreślała kolor jej oczu oraz włosów. Poprawiała jeszcze swoją fryzurę — nigdy nie mogła zapanować nad niesfornymi kosmykami — i słuchała odgłosów dobiegających z salonu. Najwyraźniej nie była jedyną spóźnioną.
— Jesteś, pomożesz mi z podawaniem do stołu? Zupełnie sobie ze wszystkim nie radzimy…
Hermiona stanowiła dzisiaj uosobienie chaosu, gdy usiłowała opanować sytuację w kuchni oraz w salonie. Pomagały jej Molly i Fleur, dzięki czemu talerze przemieszczały się w zwartym szyku w kierunku stołu, ale i tak pani domu potrzebowała więcej rąk oraz różdżek.
W głowie Rose zupełnie się nie mieściło, dlaczego mężczyźni też nie mogli trochę pomóc, ale tajemnica się szybko wyjaśniła — Hermiona zabroniła im wstępu do kuchni po tym, jak Ron potłukł parę talerzy i zapomniał o mięsie, którego miał pilnować.
W czwórkę uwinęły się już znacznie sprawniej i po chwili stół był zastawiony. W kuchni pozostały już tylko desery oraz dania na kolejny dzień. Tak czy siak — zapowiadała się boska uczta.
— Siadajcie do stołu! — krzyknęła Hermiona, lecz jej głos częściowo zagłuszył dźwięk dzwonka. — Och, to nasi spóźnieni…
Rose pobiegła pierwsza do drzwi, nie mogąc się doczekać spotkania ze swoim ulubionym kuzynem. Jego rodziców oraz rodzeństwo też lubiła, jednakże właśnie w osobie Ala odnalazła bratnią duszę i kompana do rozmów.
Kiedy jednak na progu obok Ala ujrzała Scorpiusa, na parę długich sekund zamarła w miejscu. Zupełnie się go tutaj nie spodziewała, tym bardziej że, jak wiedziała, miał spędzić święta z rodzicami, w Malfoy Manor.
Wyglądał całkiem zwyczajnie, jakby wcale się właśnie nie teleportował pod dom Rose. Jego jasne włosy sterczały we wszystkie strony, nieco już przyprószone padającym wciąż śniegiem, do tego uśmiechał się szeroko do stojącej na progu Rudej.
— Co ty tu robisz?! — krzyknęła i, nie przejmując się widownią, rzuciła mu się na szyję.
— Al mnie zaprosił do siebie na święta i jako że wybierali się dzisiaj do was, stwierdziłem, że też się zabiorę. Rodzice raz przeżyją święta beze mnie.
Objął ją tylko na krótki moment, bo za jej plecami widział już Hermionę. Podejrzewał, że akurat ona nie będzie miała nic przeciwko jego związkowi z Rose, wolał jednak nie przeciągać tej chwili.
— Twoja matka — szepnął szybko do ucha Rudej. Odsunęła się i przytuliła również stojącego obok Ala, nieco speszona nagłym wylewem uczuć.
— Cześć, Rosie.
Al wyszczerzył się szeroko, odwzajemniając przywitanie kuzynki. Gdy przechodził obok niej, w głąb ciepłego korytarza, puścił jej oczko. Prawdopodobnie miało to oznaczać: „Wszystko widziałem i wszystko wiem”, ewentualnie: „Porozmawiamy później”. Rose westchnęła w odpowiedzi.
Zamknęła drzwi, po czym przywitała się z Ginny i Harrym. Ciotka jak zwykle dała jej całusa w policzek, a wuj przytulił.
— Przybyliście w samą porę, czas na kolację — oznajmiła Hermiona, kończąc witanie się z przybyszami. — Chodźcie do salonu, pozostali już są. Ciebie też dobrze widzieć, Scorpius.
— Dziękuję, pani Weasley.
— Och, proszę, mów mi Hermiono — odparła, odwracając się na chwilę do Ślizgona. Tylko dlatego zobaczył błysk w jej oku, który sprawił, że zaczął się zastanawiać, ile właściwie matka Rose wiedziała.
Już wcześniej miał okazję pojawić się na zjeździe całego klanu Potterów-Weasleyów, więc teraz czuł się swobodnie, siedząc przy stole i włączając w dyskusje, choć nie starczyło mu śmiałości, żeby porozmawiać z niektórymi członkami rodziny. Ojciec Rose wciąż budził u niego instynktowny lęk, tak samo jak nieco milczący Charlie Weasley czy jego brat, Bill, wyglądający nieco strasznie z bliznami zdobiącymi jego twarz.
Gorąco zrobiło mu się jednak dopiero wtedy, gdy rozmowa przy stole zeszła na Hogwart i, co nieuniknione, turniej. Wszyscy słyszeli jakieś wieści o wynikach i przebiegu konkursu, ale teraz mieli okazję zapytać o to jego uczestników — i zresztą zasypali ich gradem pytań.
Rose nie przejmowała się żadnym z pytań. Odpowiadała na nie swobodnie, wciąż wyjadając z talerza przysmaki przygotowane przez matkę.
Nie wszyscy w rodzinie wiedzieli o jej talencie do tańca, gdyż Ruda się nim nigdy nie chwaliła, dlatego większość klanu była zaskoczona na wieść o jej udziale w konkursie i osiągnięciu tak wysokiego miejsca podczas drugiego etapu. Jedynie siedząca niedaleko córki Hermiona jaśniała dumą; Ron miał nieco skwaszoną minę i uważnie obserwował tanecznego partnera Rose.
— Rosie, pochwal nam się w takim razie, z kim tańczysz — poprosił Artur, zajmujący miejsce naprzeciw Rudej. On również był dumny z wnuczki, choć okazywał to jedynie uśmiechem. Cieszył się, że jego mała Rosie potrafiła zajść daleko. — Z tym, jak mu tam… Brenem? 
Dziewczyna dotychczas zręcznie unikała tematu jej partnera i roszady po dyskwalifikacji rodzeństwa Grimmerów. Obawiała się reakcji rodziny, choć jej większość już i tak zaakceptowała Scorpiusa. Teoretycznie więc Rose nie miała się czego obawiać, bała się jednak, że stare, gryfońskie uprzedzenia wezmą górę.
— Z Brianem. Tak, tańczyłam z nim… — stwierdziła z wahaniem, posyłając Scorpiusowi bezradne spojrzenie. Ślizgon jedynie przytaknął, dodając jej otuchy. Wolał, żeby to ona mówiła. — Ale tylko w pierwszym etapie. Potem nastąpiła zmiana.
— No właśnie, Rose, opowiedz o tym, bo cały Hogwart już plotkuje, jakim cudem daliście radę przekonać komisję.
Rose przymknęła na chwilę oczy, gotowa gołymi rękami zamordować Lily. Po wzięciu głębokiego oddechu zdecydowała się na odpowiedź i wyjaśnienie sytuacji nieświadomej części rodziny.
— Brian, z którym tańczyłam podczas pierwszego etapu, został zdyskwalifikowany za spożywanie niedozwolonych eliksirów — stwierdziła z westchnieniem, odchylając się na krześle. — Tak się złożyło, że z gry wypadła również jego siostra, która tańczyła ze Scorpiusem. Oboje wypili jakiś wzmacniający eliksir. Dlatego poszliśmy ze Scorpiusem porozmawiać z komisją, czy nie pozwoliliby nam tańczyć razem… Zgodzili się, regulamin nie zabraniał takiej zmiany, nie było tam też nic o dyskwalifikacji całej pary. No i potem zdobyliśmy trzecie miejsce i przeszliśmy do ostatniego etapu. Właściwie tyle.
— Ten taniec był prze-ge-nial-ny. Dawno czegoś takiego nie widziałam — uznała Lily, tym razem przychodząc kuzynce w sukurs. — Nie sądziłam, że potrafisz tak tańczyć, Rosie. Scorpius też był świetny.
— Dzięki, Lils.
Prawdę mówiąc, Rose odczuła naprawdę dużą ulgę. Teraz już powiedzenie rodzicom o ich związku (o ile to faktycznie można było nazwać związkiem) powinno być łatwiejsze.
— Rosie, to… Wspaniale! Naprawdę gratuluję! Zmieciecie ich wszystkich na trzecim etapie, jestem tego pewien — ogłosił dziadek Artur, potrząsając najpierw dłonią Rose, a potem Scorpiusa. — Oby tak dalej.
Jak się szybko okazało, pozostali członkowie rodziny również wyrazili swoje poparcie i pogratulowali sukcesu. Sztywna atmosfera zniknęła całkowicie, Rose i Scorpius całkowicie się rozluźnili, wymieniając kolejne uwagi o tańcu oraz przygotowaniach do niego. Tylko Ron wciąż siedział nieco naburmuszony, niechętnie patrząc na chłopaka, z którym tańczyła jego córka.

— Nie chciałabyś się stąd wyrwać?
— Teraz? Scorp, czy ty wiesz, która jest godzina?! 
Rose odłożyła na stół kubek ciepłego kakao i spojrzała z niedowierzaniem na blondyna leżącego w poprzek kanapy. Miał przymknięte oczy, przez co wyglądał, jakby spał. Jego eleganckie ubranie nieco się pogniotło podczas wieczornego świętowania. Ona sama już dawno przebrała się w luźniejsze i wygodniejsze ubrania, stwierdzając, że w sukience powoli zrobiło jej się za zimno.
— Wiem. To nie znaczy, że nie możemy gdzieś pójść. Nikt nawet nie zauważy, że nas nie ma, wszyscy się już rozeszli.
— A gdzie jest Albus? — spytała z wahaniem Ruda.
— Poszedł pisać list do Sophie.
— Przecież on nie zna francuskiego! Jak oni się dogadują listownie?
— Nie no, Sophie coś tam po angielsku potrafi wybąkać. Może i brakuje jej słownictwa, ale daje radę coś powiedzieć. Poza tym nie zdziwiłbym się, gdyby rzucili zaklęcie języków również na papier.
Rose roześmiała się cicho, ale zaraz spoważniała, zastanawiając się nad ofertą Scorpiusa.
— Dokąd chcesz pójść? Bo wnioskuję, że masz już jakiś plan?
— Owszem. Chciałem ci pokazać pewne miejsce w mugolskiej części Londynu. Nie bój się, nie wpadniemy w żadne tarapaty. Myślę, że ci się spodoba.
— Dokąd…
— Ciiiii, dowiesz się na miejscu.
— Merlinie, Scorp, czasem naprawdę potrafisz być uparty…
— Uznam to za komplement. — Uśmiechnął się szeroko, wstając z kanapy i wyciągając dłoń do Rose. — No chodź. Zobaczysz, będzie fajnie.
— Mam nadzieję, że nie będę tego żałować — wymamrotała Ruda w odpowiedzi.

— To chyba gdzieś tu.
Skręcili w kolejną boczną uliczkę, na której nie było ani jednej żywej duszy poza nimi. Całe szczęście, że władze miasta postawiły na chodniku kilka latarni, przynajmniej ich blade rozświetlało ciemności, padając na popękane płytki i kładąc się cieniem na ścianach domów.
— Byłeś tu wcześniej?
Rose przysunęła się nieco bardziej do ramienia Scorpiusa. Ta okolica budziła w niej nieokreślony niepokój; cisza i pustka nigdy nie zwiastowały niczego dobrego.
— Nie, ale Al był. Okej, to pewnie będą te drzwi…
— Co Al robił w mugolskim Londynie?
— Pewnie to samo co my. — Blondyn uśmiechnął się z wyższością, pukając do drzwi za pomocą trzonka różdżki. Zdobiły je dumna tabliczka z napisem „Studio tatuażu” i wymalowane poniżej motylki. — Jeśli chcesz to wiedzieć, powinnaś spytać go osobiście.
— Nie mów, że Al ma tatuaż!
— Nic nie powiedziałem. Dzień dobry…?
Drzwi otworzyły się na całą szerokość z ogłuszającym skrzypieniem, wpuszczając ich do jasnego i, o dziwo, przytulnego pomieszczenia. Sprawiało ono pewnie takie wrażenie za sprawą trzech ścian w brzoskwiniowym kolorze (jedna była w całości zasłonięta wycinkami z gazet, zdjęciami i kartkami z rysunkami), półki z książkami i paru dziwnie wyglądających okazów botanicznych. Pośrodku pokoju stał również duży, niski stół, prawie w całości zastawiony papierami, oraz parę krzeseł.
— Bardzo rzadko widuję tu czarodziejów, zwłaszcza w święta.
Obejrzeli się w stronę, z której dochodził głos. Jak się okazało, przegapili wejście do wąskiego korytarzyka, w którym stała teraz właścicielka lokalu.
Gdyby Rose zobaczyła ją na ulicy, pomyślałaby, że ma przed sobą mugolkę. Pasowałaby do jednego z gangów ulicznych rządzących w tej części miasta. Krzyżowała ręce na piersi — świadomie lub nie, gestem tym podkreślała swój biust — i lustrowała przybyłą dwójkę nieustępliwym spojrzeniem. Jej włosy, związane w kucyka na czubku głowy, były tak intensywnie czarne, że aż wydawały się niebieskie. Miała na sobie nieco workowate spodnie oraz prostą, ciemną koszulkę na ramiączkach, odsłaniającą tatuaże zdobiące jej dłonie oraz ramiona. Jeden tatuaż zawędrował też na policzek kobiety. Na lewym nadgarstku spoczywała biała bandana. Ruda już się spodziewała, że zobaczy w jednej z jej rąk naładowany pistolet, ale ku swojej uldze zobaczyła tylko średniej długości patyk. Różdżka.
— Cóż, mieliśmy nadzieję, że o tej porze nie natkniemy się na tabuny klientów — stwierdził swobodnie Scorpius.
Kobieta roześmiała się. O dziwo, dźwięk ten był przyjemny dla ucha.
— Prawdę mówiąc, niewielu mam w tych latach klientów. Zwykle przychodzą stali klienci, którzy znają mnie i moją klitkę… Czasami zdarzy się też paru mugoli, którzy przypadkiem tu trafiają, widząc napis „Studio tatuażu”. Interes idzie coraz gorzej… A to jedyne w całej Anglii studio z magicznymi tatuażami! — jęknęła prawdziwie zrozpaczona kobieta, zaraz przywołując się do porządku. — No ale dobrze, nie przyszliście raczej po to, żeby wysłuchiwać moich narzekań i jęków. Zdejmijcie kurtki. Jestem Anaya.
— Scorpius, a to jest…
— Rose.
Ruda szybko dokończyła prezentacji, nie chcąc wyjść na strachliwą myszkę.
— Hogwart, huh? — Kobieta uścisnęła im dłonie, po czym podeszła do stołu i zaczęła układać papiery w kupkę. Różdżkę zatknęła za ucho. — Hogwartczyków można poznać na odległość.
— Jak…? — spytała Rose, wymieniwszy ze Scorpiusem porozumiewawcze spojrzenie.
— Całkiem prosto. Macie w sobie dumę. Uczniowie pozostałych szkół zazwyczaj nie emanują taką dumą, a spotkałam ich już naprawdę wielu. Żaden z nich nie miał tego czegoś w sobie. Po paru latach pracy ona zwykle zanika, gdy przestajecie już być uczniami tej szkoły, a dwa… tłumi ją odpowiedzialność. Nie wiem, z czego to wynika, czy to magia Hogwartu i jego tajemnice tak na was działają… Zawsze mnie to intrygowało. — Uśmiechnęła się lekko, wracając do przeglądania papierów. — Merlinie, jestem taką okropną gadułą. Powinni wymyślić zaklęcie na takich jak ja. Ale dobrze, wróćmy do sedna: macie jakąś wizję tatuaży? Mogę, oczywiście, wam pomóc w wymyśleniu czegoś, ale byłoby łatwiej, gdybyście mieli już jakiś pomysł.
— Tak z grubsza… — mruknął Scorpius.
— Czym właściwie czarodziejskie tatuaże różnią się od mugolskich?
— Ruszają się. Kojarzycie nasze obrazy i fotografie? Na pewno je wiele razy widzieliście. To ta sama technika, więc moje tatuaże są całkowicie bezbolesne.
— Och — westchnęła Rose, rozumiejąc już, o co chodzi. — Mugolom też je robisz?
— Tym, którzy żyją z czarodziejami, tak. — Anaya wzruszyła ramionami. — Pozostałym robię mugolskie tatuaże, chyba że zjawi się jakiś nawiedzony mugol chcący ruszający się tatuaż. Tłumaczę takim wtedy, że to zaawansowana mugolska technologia 3D i modyfikuję im odrobinę pamięć. — Nagle zmieniła temat. — Jeśli chcecie, możecie przejrzeć moje szkice, może to pomoże w doprecyzowaniu, czego chcecie.
— Chyba nie ma takiej potrzeby… — Scorpius spojrzał na Rose, jakby potrzebując jej przyzwolenia do dalszego mówienia. Dziewczyna skinęła głową. — Chcielibyśmy pasujące tatuaże. Ja różę, ona skorpiona.
Anaya zaklaskała w dłonie.
— Sprytne! Fantastyczny pomysł!
— Zrobiłabyś takie?
— Jasne, nie ma problemu. Gdzie chcecie te tatuaże?
Kobieta sięgnęła po czystą kartkę papieru oraz po swoją różdżkę, po czym spojrzała na nich pytająco.
— Chcielibyśmy przede wszystkim coś małego, widocznego, ale nierzucającego się w oczy. Na pewno nie na plecach ani nic takiego… Myślałam o nadgarstku.
— W porządku.
Chwilę później pod dłonią Anayi powstał wstępny projekt.
— Ślicznie rysujesz.
— Dziękuję, Rose. Więc tak… Róża by się znajdowała stale na nadgarstku, ale można za to pokazać jej kwitnięcie i przekwitanie… W sensie powstają pąki, rosną, rosną, rosną, potem z pąków powstają kwiaty, kwiaty przekwitają i cykl powtarza się od nowa. Hm, jak myślicie? Mówcie, jeśli macie jakieś uwagi. Później będzie trudno cokolwiek poprawić, gdy rysunek już się znajdzie na skórze.
— Żadnych — zapewniła ją Rose. — Jest idealnie.
Scorpius tylko przytaknął, popierając Rudą.
— W porządku. Myślę, że damy tutaj czerwień do kwiatów, a łodyżki ciemnozielone… Pąki tak samo. Fantastycznie. Wygląda dobrze. Teraz jeśli chodzi o skorpiona… Namalowałabym go na twoim nadgarstku i wówczas mógłby spacerować w górę i w dół. Co o tym myślisz, Rose? Jeśli chcesz, mogę mu dać mniejszy zakres ruchów.
Dziewczyna spojrzała najpierw na swój nadgarstek, szacując wygląd zwierzęcia, a potem na szkic.
— Mogłabyś go zmniejszyć? Tak do dwóch cali? Myślę, że wtedy będzie dobrze, jeśli będzie się przemieszczać. Nie zejdzie na plecy?
— Nie. Będzie się poruszał tylko tam, gdzie będzie mógł, na wyznaczonym obszarze.
Anaya zmniejszyła nieco rysunek.
— Jak…?
— To trochę tak jak z wywoływaniem zdjęć. Mówiłam, że to ta sama technika. Po narysowaniu obrazka trzeba go ożywić za pomocą eliksiru. Jego użycie na skórze wyznacza granicę ruchomości tatuażu. To nic skomplikowanego. Podobają ci się rysunki, Scorpius?
Rose ze zdziwieniem odwróciła się w stronę blondyna. Nawet nie wiedziała, kiedy odszedł w stronę oklejonej ściany.
— Właściwie to bardziej mnie zainteresowały zdjęcia. Ale rysunki też są niczego sobie, muszę przyznać.
— Och. Robiłam sobie zdjęcia z niektórymi klientami w zeszłym roku, kiedy pomyślałam, że ta ściana wygląda strasznie pusto. A co, zobaczyłeś kogoś znajomego?
— Właściwie to tak. Chodź, Rose, zobacz.
Rose zaciekawiona podeszła Scorpiusa i spojrzała na zdjęcie, które wskazywał chłopak.
— Czy to… Al? — spytała zdumiona.
— Tak. Ale tej dziewczyny nie znam.
Fotografia przedstawiała kuzyna Rudej oraz jakąś dziewczynę, machających do obiektywu. Oboje się śmiali i wyglądali na bardzo ze sobą zżytych. Rose zupełnie nie kojarzyła towarzyszki Albusa. Na pewno nie była z Hogwartu i na pewno Potter też o niej nigdy nie wspominał; jej uroda była dość charakterystyczna, więc Rose na pewno by ją sobie przypomniała.
— Znasz tę dziewczynę? — spytał Scorpius Anayę.
Kobieta spojrzała krytycznie na zdjęcie, a potem się uśmiechnęła.
— Owszem. To dosyć ciekawy przypadek. Była mugolką, ale wiedziała o świecie czarodziejów. Zjawiła się u mnie parę razy.
— Przecież to…
— …niedozwolone, wiem. — Anaya wzruszyła ramionami. — Ale nie znam jej historii i nie jestem typem, który kabluje. Jesteście gotowi? Powinniśmy się już wziąć do roboty, jeśli mamy to kiedykolwiek skończyć.
— Tak, tak — zreflektowała się Rose. — Mogę być pierwsza?
— Proszę bardzo. Usiądź na stole. Zdejmij sweter. Spokojnie, to nie będzie bolało, poczujesz tylko muśnięcia na skórze, jak piórkiem. Gotowa?
— Mhm…
Anaya miała rację — nie bolało. Parę precyzyjnych ruchów różdżką wystarczyło, żeby na nadgarstku Rose pojawił się miniaturowy skorpion, dokładnie taki, jak na wcześniejszym rysunku.
— Nie ruszaj się jeszcze przez chwilę.
Kobieta poszła na zaplecze i wróciła stamtąd z niewielką szmatką nasączoną jakimś eliksirem. Ostrożnie przetarła nią ramię Rose, uważając, żeby ani jedna kropla nie spadła poza wyznaczony obszar.
Po kilkunastu sekundach Anaya pozwoliła dziewczynie wstać i zaprosiła gestem Scorpiusa. Powtórzyła z nim tę samą operację, co wcześniej w przypadku Rose. Już po chwili na ramieniu blondyna pojawiła się prześliczna róża, która w ciągu paru sekund przechodziła cały cykl życia i śmierci: rosła, kwitła oraz przekwitała.
— Nie jest chyba zbyt męska — skomentowała z uśmiechem tatuażystka, podziwiając swoje dzieło — ale przynajmniej wyszła mi całkiem zgrabnie.
Scorpius wzruszył ramionami w odpowiedzi.
— Nie żebym się tym przejmował. To symbol. Ile jesteśmy ci winni?
— Dziesięć galeonów. Świąteczna zniżka. To prawdziwy cud, że w tym czasie ktokolwiek mnie odwiedził.
— Naprawdę powinnaś się przenieść na Pokątną. Odwalasz kawał dobrej roboty i powinnaś solidnie na tym zarabiać, zamiast żyć w zapomnieniu w mugolskiej dzielnicy. Zaręczam, że czarodzieje będą do ciebie walić drzwiami i oknami, tylko musisz się im pokazać — stwierdziła Rose, zakładając kurtkę, podczas gdy Scorpius wręczał Anayi stosowną zapłatę. — Szkoda twojego talentu, bo masz ogromny.
— Dzięki za komplement, Ruda. Przemyślę to. Zmiatajcie z powrotem do domu.
Pożegnała ich machnięciem ręki i zniknęła w drugim pomieszczeniu, a Rose i Scorpius ruszyli w drogę powrotną.


Przyszła nad ranem do jego pokoju z potarganymi włosami, śladami poduszki odciśniętymi na policzku, cieniami pod oczami i niepokojem w oczach. Wyciągnął do niej ręce, bez słów mówiąc, że może się schronić w jego ramionach. Nawet nie zapytał, co się stało; domyślał się. Nie zawahała się ani przez chwilę. Objęła go mocno za szyję, prawie dusząc. Uspokajająco zaczął wodzić palcami po jej plecach, drugą ręką przyciskając ją do siebie jeszcze mocniej.
— Miałam koszmar — wyszeptała.
— Chcesz mi o tym opowiedzieć? — spytał równie cicho, odchylając się nieco, tylko na tyle, żeby mógł spojrzeć w oczy dziewczyny. Unikała jego wzroku. Opuściła ręce na klatkę piersiową chłopaka, zwinąwszy je w pięści.
— Śniło mi się, że odszedłeś. Obudziłam się, a ciebie nie było obok, zniknąłeś bez słowa…
— Och.
Instynktownie i niemalże zaborczo przytulił ją ponownie. Chciał, żeby wiedziała, że on znajduje się obok i nie ma wcale zamiaru odchodzić. Wyczuwał, że jej drobne ciało zaczęło drżeć, kiedy dziewczyna się rozpłakała.
— Nie opuszczę cię, Rosie. Nigdy. Prędzej piekło zamarznie. Nigdy w życiu nie mógłbym cię zostawić. To był tylko sen. Nie bój się… 
— Wiem, po prostu… Nie zniosłabym myśli, że kiedyś mogłoby cię zabraknąć obok. Po prostu… Nie umiałabym tak żyć.
— Wiesz przecież, że donikąd nie odejdę. Nie masz o co się bać, nie musisz uciekać. Nie skrzywdzę cię, nigdy. Będę wszędzie tam, gdzie chcesz, żebym był. Wiem, że nie zawsze zachowywałem się wobec ciebie w porządku, szczególnie w poprzednich latach i na początku roku, gdy wróciliśmy do Hogwartu… Ale naprawdę zrobiłbym dla ciebie wszystko.
Uśmiechnęła się lekko przez łzy i wtuliła jeszcze mocniej w chłopaka. Cisza okryła ich obu i Scorpius poruszył się niespokojnie, gorączkowo zastanawiając się, czy jego słowa w jakikolwiek sposób uspokoiły Rose. Gdy się nie odezwała przez dłuższy czas, uznał, że zasnęła. Jednak, ku jego zaskoczeniu, Krukonka wyszeptała wreszcie trzy słowa:
— Kocham cię, Scorp.
Scorpius Malfoy poczuł się w tej chwili najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Scena w studio powstała przed spin-offem o Alu  ukłon w stronę tych, którzy czytali. ;) Nowy rozdział będzie 28.09. // I niedyskretny spam: ktoś jest zainteresowany pairingiem Charmione?

Czarodzieje