czwartek, 17 sierpnia 2017

31. Geometria przypadku

Idąc w stronę sowiarni, żeby wysłać list do Rose, spotkał w okolicy wyjścia Jane. Mgliście kojarzył, że też była prefektem i pojawiła się razem z nimi pod Zakazanym Lasem, żeby przywitać pozostałe reprezentacje.
Nie przypominała Conrada, więc faktycznie musieli być dość dalekimi kuzynami. Podczas gdy on był dobrze zbudowany (zapewne po ojcu), dość wysoki, ona rozmiarami nie grzeszyła. Ledwo sięgała Scorpiusowi do ramienia, do tego miała drobną figurę. Kroczyła jednak pewnie, więc najwyraźniej wzrost jej nie przeszkadzał.
— Cześć, Scorpius — przywitała go. Nie wiedział, że go zapamiętała, a co dopiero mówić o imieniu!
— Cześć. Wychodzisz?
— Nie, ja właśnie wróciłam. Byłam w sowiarni, chciałam wysłać list do rodziców.
Uśmiechnęła się do niego figlarnie, błyskając zębami. W innej sytuacji pomyślałby, że chce z nim flirtować; teraz tylko uniósł brew.
— Tak się składa, że ja właśnie też tam idę.
Machnął przed oczami dziewczyny kopertą ze schludnie na niej imieniem i nazwiskiem Rose. Jane najwyraźniej zauważyła dane adresata, bo zaczęła się śmiać.
To nie wróżyło niczego dobrego.
— To dość zabawne — stwierdziła, gdy się już uspokoiła. Wskazała kciukiem drzwi. — Bo mój kochany kuzyn też właśnie wysłał do niej list.
Scorpius próbował powstrzymać rosnącą w piersiach zazdrość.
Przecież wysyłanie listów to nie zbrodnia.
— Tak?
— No, ale on zawsze miał do niej słabość. Wysyłał do niej przecież te wszystkie listy przed śniadaniem… Czasem mu pomagałam, bo nie mógł się niestety rozdwoić. Żałował tego. — Jane nagle urwała, przykładając dłoń do ust. — Ech, cholera, miałam tego nikomu nie mówić… Nie przekażesz tego dalej? Nie mów Rose, błagam cię… To znaczy, wiem, że jej tu teraz nie ma, ale…
Scorpius nie był w stanie odpowiedzieć. Szumiało mu w uszach. Wszystkie kawałki układanki teraz złożyły się w logiczną całość.
To Conrad był tajemniczym adoratorem Rose. To on jej od początku roku wysyłał te liściki. To on śledził ją z ukrycia, to on posyłał jej te wszystkie tęskne spojrzenia.
Jak mógł być tak ślepy i nie zauważyć tego od początku?
Dziwiło go tylko to, że Conrad jeszcze się nie zdecydował na wyznanie uczuć Rose. Dostałby kosza, Scorpius miał stuprocentową pewność, ale i tak… Nie lubił chowania się po kątach. To zakrawało na tchórzostwo.
Ale przecież Rose już od dłuższego czasu nie dostawała od niego liścików… Mówiła mu, że zbiegło się to w czasie z ich zejściem.
Czyżby już wtedy się poddał, wiedząc, że z nim nie wygra?
Uśmiechnął się pogardliwie, pałając żądzą walki.
W gruncie rzeczy Conrad nie zrobił niczego złego, ale już to, że próbował się dobrać do jego Rose… Cóż, skreślało go to na starcie.
— Dzięki, Jane.
Wyminął ją bez większych skrupułów i otworzył drzwi prowadzące na błonia.
— Nie zrób mu krzywdy! Scorpius, daj mu spokój! — krzyknęła za nim zrozpaczona dziewczyna. — To dobry chłopak, po prostu trochę zagubiony i pechowo się zakochał w Rose…
— Nie zamierzam go zabijać, chcę z nim tylko porozmawiać.
Wyraz jego twarzy najwyraźniej nie przekonał Jane, bo pobiegła za nim, w pośpiechu wyciągając różdżkę. Przygotowywała się na walkę. Dwaj nabuzowani hormonami faceci walczący o tę samą dziewczynę — to się aż prosiło o kłopoty.
Scorpius nie wiedział, co dokładnie powiedzieć Conradowi, ale zdawał sobie sprawę z tego, że to raczej nie będzie najprzyjemniejsza rozmowa pod słońcem.
Pewnym krokiem wkroczył do sowiarni, chowając do kieszeni swój list. Jane miała rację; jej daleki kuzyn stał przy jednym z okien, głaszcząc brązową sowę. Przy jej nóżce tkwił list w żółtej kopercie. Ptak nadstawiał łeb do pieszczoty, ale gdy usłyszał nadchodzących intruzów, wyrwał się i wyleciał przez okno.
— Co, do Mer…
Scorpius musiał mocno zaciskać pięści, żeby nie uderzyć Conrada; bardzo go świerzbiły palce, żeby to zrobić. 
— Słyszałem, że masz chrapkę na moją dziewczynę — stwierdził wreszcie niebezpiecznie niskim głosem.
— Co… Skąd… — Conrad przerwał, widząc za plecami Scorpiusa swoją krewną. Z rezygnacją przejechał dłonią po twarzy. — Jane. No tak. Wygadałaś się.
— Ja…
— Cóż, spodziewałem się tego. Nie tłumacz się. Odejdź stąd, Jane. Nie będziesz tego słuchać. Nie jesteś tu potrzebna.
Gdy Jane zniknęła, włożył ręce do kieszeni i spojrzał nieustępliwie na Scorpiusa. Może wyglądał w tej chwili mniej imponująco, ale był gotów walczyć. Jego różdżka na razie bezpiecznie tkwiła w kieszeni, ale mógł w każdej chwili ją wyciągnąć.
— Wood, nie spodziewałem się, że jesteś takim tchórzem.
— Kiedy zaczynałem pisać do niej listy, jeszcze nie była twoją dziewczyną i nawet nie rozważała możliwości zostania twoją dziewczyną. Już wtedy traktowała mnie jak kumpla, więc nie możesz mieć do mnie pretensji, że ci ją odbijam. To absurdalne. To ja powinienem się wściekać, że odebrałeś mi Rose.
— Czemu jej nigdy nie powiedziałeś, co do niej czujesz?
— Bo wiedziałem, że nie mam szans. — Wzruszył ramionami. — Zawsze byłem dla niej tylko kumplem, więc spróbowałem zostać tajemniczym adoratorem. Myślałem, że wtedy się we mnie zadurzy, a ja będę gotów się ujawnić. Cóż, nie wypaliło, bo potem ty się pojawiłeś na scenie i skradłeś całe przedstawienie. Dlatego zrezygnowałem z tego pomysłu. Ale wiesz, jest jeszcze szansa… W tym liście, który właśnie sowa poniosła w siną dal, jest całe moje wyznanie miłości do niej. Cała historia… zapisana na papierze popryskanym eliksirem miłosnym. Jest więc szansa, że cię zostawi…
Teraz Scorpius naprawdę nie wytrzymał i w całkowicie nieczarodziejski sposób uderzył Conrada w twarz. Rozbolała go nieco ręka od ciosu, ale to było nic w porównaniu z czerwonym policzkiem przeciwnika.
— Jak nisko trzeba upaść, żeby się uciekać do takich metod? — wysyczał, trzymając go wciąż za poły kurtki. Wyglądał jak wcielenie anioła furii. — Jak głupim trzeba być, żeby ze mną zadzierać? Gdy z tobą skończę, nie pozostanie z ciebie sucha niteczka, Wood. Jesteś miernotą. Może i byłeś dobrym kumplem dla Rose, ale mężczyzną jesteś słabym. A byłem święcie przekonany, że Gryfoni to jednak mają honor. Myliłem się. To przykre.
Pchnął Conrada na ziemię, na siano zapaskudzone przez sowy.
— Scorpius!
Parę rzeczy wydarzyło się jednocześnie.
Scorpius odwrócił się na parę sekund, chcąc sprawdzić, kto go wołał. Conrad nie zmarnował tej szansy i sięgnął po swoją różdżkę. Wywrzeszczał zaklęcie, ale chybił dosłownie o cal; niebieski strumień światła musnął ucho Scorpiusa. Ślizgon nie pozostał mu dłużny; uchylił się, wyciągnął różdżkę i krzyknął:
— Drętwota! Expelliarmus!
Różdżka Conrada momentalnie znalazła się w jego dłoni. Ciężko dysząc, spojrzał na osoby, które do nich właśnie dołączyły: Jane i Albusa. Właściwie nie powinien się dziwić; mógł się spodziewać, że wygoniona dziewczyna pobiegnie po pomoc.
— Musiałam kogoś zawołać, bo byście się tu pozabijali — usprawiedliwiła się nieśmiało, napotykając obojętny wzrok Scorpiusa. — Znalazłam go w Wielkiej Sali.
— Co tu się właściwie dzieje?
— Nic wielkiego. Ot, Wood próbuje mi odbić dziewczynę.
Albus uniósł brwi, wchodząc do sowiarni i przykucając przy unieruchomionym Brianie, na którego twarzy malował się strach.
— Mam nadzieję, że jej nie skrzywdziłeś… — wymruczał równie nisko, jak wcześniej Scorpius.
— Jeszcze nie, ale musimy się pospieszyć. Masz pióro?
— Mam.
Potter bez wahania sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej nieco zmaltretowane pióro. Nosił je zawsze ze sobą, więc nosiło ślady częstego użytkowania. Podał je Scorpiusowi, który na kopercie zawierającej jego własny list wyskrobał dużymi literami parę zdań: „Nie otwieraj żółtej koperty. Pod żadnym pozorem jej nie otwieraj! Potem Ci wszystko wytłumaczę. S”.
Przywiązał list do nóżki jednego z wolnych ptaków.
— Leć, tylko szybko — szepnął do sowy, która patrzyła na niego mądrymi ślepiami. — Prześcignij tamtą. Doleć pierwsza.
Z gracją wyleciała przez okno.
— Dobra, czy teraz ktoś mi łaskawie powie, o co chodzi? Poza tym… Czy ty naprawdę go pobiłeś?
— Zasłużył. Ten list, który wysłał… Rozpryskał na nim eliksir miłosny.
Teraz Albus w pełni rozumiał wściekłość przyjaciela.
— Żałosne — skomentował.
— Mam tylko nadzieję, że tę sowę diabli porwą w locie albo zadziobią ją kruki. Oby tamtej udało się ją doścignąć, bo naprawdę nie wiem, jak odkręcimy całą sytuację, jeśli Rose otworzy jego list przed moim. — Znowu zacisnął dłonie w pięści. — Przysięgam, że go wtedy zabiję.
— Pomogę ci ukryć ciało.
— Fantastycznie.
— Co z nim teraz zrobimy?
— Zostawimy tutaj. Czar i tak zaraz przestanie działać. Nic się nie stanie, jak jeszcze chwilę poleży.
Wyszli z sowiarni na ścieżkę prowadzącą do zamku.
Jane obdarzyła kuzyna współczującym spojrzeniem i gdy obaj Ślizgni zniknęli z zasięgu wzroku, rzuciła na niego zaklęcie odwracające drętwotę. Podniósł się z jękiem z miejsca, pocierając obolałe policzki i krzywiąc się, kiedy policzek znowu go zapiekł.
— Nie powiem, żebym pochwalała przemoc — dziewczyna przechyliła głowę — ale, kuzynie, myślę, że ci się należało. Naprawdę nie sądziłam, że się do tego posuniesz.
— No dzięki — burknął.
— Sam przyznaj, że stosowanie eliksiru miłosnego jest ciosem poniżej pasa, zwłaszcza gdy ofiara się zupełnie tego nie spodziewa. Poza tym… Miłość jest lepiej zdobywać innymi sposobami niż za pomocą podstępnych sztuczek.
— Nie rób mi wykładu. Gdyby nie ty, nikt by się o niczym nie dowiedział.
Wstał.
— Scorpius i tak by się dowiedział, gdyby zauważył, że jego dziewczyna się klei do ciebie, a nie do niego. Wtedy dopiero by cię sprał. Wyglądałbyś potem jak kwaśne jabłko i szybko byś pożałował całej akcji.
— Daj spo…
— Honoru to ty nie masz — zacmokała.
— Czemu się tak na mnie uwzięłaś?!
— Ratuję twoją czarną duszę przed piekłem.
— Dzięki, poradzę sobie sam — odgryzł się. — Idź już, Jane. Denerwujesz mnie. Naprawdę nie chcesz ode mnie oberwać.
— Oho, teraz się chcesz na mnie odgrywać za łomot, który dostałeś? — Zwinnie, jak kocica, podniosła się z podłogi. — W porządku, radź sobie sam, ale potem nie przychodź do mnie z płaczem.
Zniknęła.

Wieczorem Scorpius dostał długi list od Rose — i uśmiechnął się, gdy przeczytał, że spaliła żółtą kopertę, wyczuwszy zapach eliksiru miłosnego. Zaufała mu bezwarunkowo, choć teraz domagała się wyjaśnień.
Nie chciał jej teraz dawać zbyt wielu szczegółów, obiecując sobie, że wszystkiego się dowie, gdy się spotkają.
Raczej by się nie ucieszyła na wieść, że pobił Wooda.
Napisał jej tylko, że wpadł na Conrada i dowiedział się od niego, że użył eliksiru miłosnego w liście, który do niej wysłał. Nie wspomniał, że to Wood był jej tajemniczym wielbicielem, ale i tak pewnie się sama miała się tego domyślić.
Z westchnieniem odłożył pióro, po czym przetarł oczy. Dochodziła już północ, a on dopiero skończył pisać odpowiedź. Było za późno na kolejną wyprawę do sowiarni, więc padł na łóżko i zasnął. Tym razem nie śniły mu się koszmary.

— Gabrielle…
— Czego chcesz?
Nie podniosła wzroku znad swojego obiadu. Pracowicie mieszała zupę łyżką, byle tylko nie spojrzeć w oczy Jona. Naprawdę nie miała ochoty na rozmowę z nim.
— Chciałem z tobą porozmawiać. Masz chwilę?
— Znowu? Nie masz wstydu, Jon.
Usiadł naprzeciwko niej, więc musiała na niego popatrzeć. Nie wyglądał już na tak pewnego siebie jak poprzednio. Podrapał się nerwowo po szyi, a kolejne słowa ledwo przeszły mu przez gardło.
— Wiem, że zachowałem się okropnie. Przepraszam za to. Ja… — urwał. — Przyszedłem cię poprosić o drugą szansę. Wiem, że… Że nie zasłużyłem, ale… Naprawdę chciałbym wszystko naprawić. Zdaję sobie sprawę z tego, co zniszczyłem. Przepraszam, Gabrielle.
Coś w głosie Jona sprawiło, że jej serce miękło. Może nie hipnotyzował jej tak bardzo jak głos Malcolma, ale wystarczył, żeby poruszyć czułe struny i przypomnieć o tym, co do niego jeszcze niedawno czuła.
— W jaki sposób chcesz to naprawić? — Uniosła brwi. — Wiesz, niektórych rzeczy nie da się naprawić.
— Wierzę, że naszą relację się da — stwierdził z przekonaniem, sięgając przez stół i chwytając jej dłoń. Odruchowo się wyrwała; próbował ukryć rozczarowanie, ale zdradziły go pełne bólu oczu. — Proszę, daj mi szansę, daj mi chociaż spróbować!
— Wiesz, że jeżeli po raz kolejny mnie skrzywdzisz, Malcolm cię znajdzie i zabije.
— Czy to znaczy, że się zgadzasz? — Uśmiechnął się radośnie, znowu przypominając Krukonce zadowolonego szczeniaka. — Poza tym nie boję się Malcolma. Już raz go pokonałem, mogę to zrobić i drugi.
— Sam dał się pokonać — przypomniała mu ze złością. — Nie wiesz, do czego jest zdolny, gdy nikomu nie daje forów. Jest piekielnie dobry z zaklęć i obrony przed czarną magią. A gdyby się na ciebie porządnie wkurzył… Myślę, że naprawdę mógłbyś tego nie przeżyć.
Jon westchnął.
— Gabrielle, przestań mi grozić. Naprawdę musisz się zasłaniać Malcolmem? Nie chcę ci zrobić krzywdy. Chcę naprawić to, co zrobiłem. Czy to naprawdę takie złe?
— Nie chcę drugi raz skończyć poraniona, Jon. Myślę, że najlepiej będzie, jak odejdziesz.
— Gabrielle, proszę. Obiecuję ci, że nie pożałujesz. Zrobię wszystko, co w mojej mocy… Naprawdę wszystko. Daj mi tylko szansę. Jeżeli to spieprzę, już nigdy nie będę cię dręczyć swoją obecnością.
— Nie licz na wiele, Jon.
— Wiem. Malcolm… — mruknął, przeczesując włosy. Utkwił wzrok w stole, po czym dodał cicho: — Chcę tylko odbudować naszą przyjaźń. Może kiedyś…
Chciał powiedzieć: może kiedyś znowu zaufasz mi bardziej niż Malcolmowi, ale urwał, uznając, że to nie byłoby zbyt rozsądne. Naprawianie przyjaźni czasami przypominało grę w szachy; każdy nieprzemyślany ruch mógł doprowadzić do zagłady, a do tego między nimi stał jeszcze jeden przeciwnik, gotów zagrozić mu w każdej chwili.
— Naprawdę nie wiem, czy powinnam się na to zgadzać.
— Kochasz Malcolma, co?
— Słucham? — Aż podskoczyła w miejscu, zaskoczona pytaniem Jona. Na jej policzki powoli wpłynął rumieniec, więc czym prędzej spuściła głowę. Kurtyna jasnych włosów nieco zakryła jej zawstydzenie. — Myślę, że nie powinieneś mnie o to pytać. A nawet jeśli… Myślisz, że bym ci odpowiedziała?
— Chciałem sprawdzić, jakie mam szanse.
— Jon, będę szczera. Powiedziałam ci już, że nie masz co liczyć na zbyt wiele. Mogę się zgodzić na próbę odbudowania naszej przyjaźni, ale na nic więcej. Nie jestem jak pierwsza lepsza, nie rzucę się przy pierwszej okazji z powrotem w twoje ramiona. Zawaliłeś sprawę, przykro mi, i nie będziesz w stanie tego odbudować, choćbyś nie wiem jak próbował. Może uda ci się odzyskać moje zaufanie, ale jeżeli chcesz mnie mieć tylko jako trofeum w swojej kolekcji, to odpuść sobie od razu. Nie mam zamiaru tracić na to czasu.
— Jeżeli ci na kimś zależy, to nie odpuścisz tak łatwo — stwierdził z rosnącym gniewem, który usiłował zagłuszyć poczucie winy. — Myślisz, że to takie proste?
— Nie odpuścisz tak łatwo czego? — Gabrielle uniosła brew. — Nie odpuścisz, dopóki nie będziesz mieć mnie w swojej kolekcji? Powiedz szczerze, Jon. Powiedz, co o mnie sądziłeś przez cały ten czas.
Z frustracją uderzył pięścią w stół.
— Jesteś dla mnie ważna. Nie chcę cię stracić. Zawsze byłaś bardzo inteligentna… Pasjonujesz się zwierzętami, wiem, jak dużo one dla ciebie znaczą. Podziwiam twoją pasję. Zawsze chciałem być taki jak ty.
— To wszystko? — Utkwiła w nim spojrzenie, krzyżując ręce na piersi. Wiedziała, że zachowuje się nieco okrutnie, ale naprawdę nie mogła się powstrzymać. Gdy nie odpowiedział od razu, dodała: — Cóż, wygląda na to, że nie wiesz o mnie nic więcej i nie znasz mojej duszy. Serio, Jon? Sądziłam, że stać cię na więcej.
— Gabrielle…
— Dam ci szansę, Jon, ale pod kilkoma warunkami. Jeżeli którykolwiek złamiesz, wypadasz z mojego życia i już do niego nie wracasz.
Skinął głową, uznając, że i tak na nic lepszego nie mógłby liczyć, a z Gabrielle znajdującą się w takim stanie lepiej nie dyskutować.
— Jakie to warunki?
— Po pierwsze, będziemy tylko przyjaciółmi. Oznacza to, że będziesz trzymać rączki przy sobie. Po drugie, przestaniesz mnie uważać za część swojej kolekcji. Nie jestem przedmiotem, nigdy nie byłam i nie będę. Po trzecie, nie wspomnisz ani słowa o Malcolmie. Nie będziesz go obrażał ani krytykował. Rozumiemy się?
— Tak, Gabrielle. Obiecuję ci, że dotrzymam słowa i nie zmarnuję tej szansy. — Uśmiechnął się szczerze, wyciągając do dziewczyny rękę. Uścisnęła ją niepewnie. — To co, zgoda?
— Zgoda.
— W takim razie chciałbym cię zaprosić do siebie do domu na świąteczny obiad. — Widząc sceptyczny wyraz twarzy dziewczyny, dorzucił szybko: — Nie musisz przychodzić, jeśli nie chcesz. Pomyślałem po prostu, że może będziesz chciała tak po prostu wpaść… Chciałem ci przedstawić moją mamę. Może pamiętasz, opowiadałem ci o niej kiedyś. Uczy chemii w mugolskiej szkole.
Gabrielle uśmiechnęła się lekko.
— Pamiętam. W porządku, przyjdę na ten obiad.

Niektórzy uczestnicy turnieju wracali do domu na święta. Niektórzy woleli je spędzić w Hogwarcie, jako że i tak by nie opuszczali szkoły podczas przerwy bożonarodzeniowej. Dla tych jednak, którzy zdecydowali się na powrót, zorganizowano świstokliki na dziesiątą rano, zaś o jedenastej na stacji w Hogsmeade na uczniów Hogwartu miał czekać czerwony ekspres.
Na prośbę McGonagall Scorpius poszedł na błonia razem z madame Shearwood oraz obcokrajowcami, żeby bezpiecznie ich odprowadzić do miejsca, w którym czekał na nich transport.
Przez chwilę martwił się, że nie zdążą — dochodziła dziesiąta — ale szczęśliwie znaleźli się na miejscu na czas.
— Do zobaczenia niedługo! — krzyknął do niego jeden z Amerykanów na parę sekund przed ich zniknięciem.
Potem dołączył do swoich przyjaciół zmierzających na stację. Wszyscy czuli już świąteczną atmosferę, tym bardziej, że samo miasteczko zostało przystrojone w bożonarodzeniowe ozdoby — magiczne gwiazdki, bombki, ostrokrzew… Scorpius czuł się już niemalże jak w domu.
— Szkoda, że Rose tego nie widzi — stwierdził cicho Albus, stając obok niego na peronie. Zapatrzyli się razem na mrugające światła domostw Hogsmeade.
Tak. On też żałował.
— Wynagrodzimy jej to potem. Chodźmy, bo zajmą wszystkie najlepsze miejsca i nie zostanie żaden wolny przedział.
Mylił się, nie musieli się zbytnio spieszyć. Na święta zawsze wracało mniej uczniów niż na przerwę wakacyjną, więc znalezienie wolnego przedziału nie nastręczało żadnych trudności.
Z westchnieniem opadli na miękkie siedzenia i w milczeniu wyjrzeli przez okno, spoglądając na żegnające się postacie. Do odjazdu pociągu pozostało jeszcze dziesięć minut, więc nikt się nie spieszył.
— Twoja siostra też wraca, Al?
— Tak, gdzieś tam pewnie już siedzi z przyjaciółkami. Trochę marudziła, bo w tym roku chciała zostać, ale wiesz, jacy są rodzice. Święta to święta. Mama by jej nie wybaczyła.
Scorpius przytaknął, doskonale rozumiejąc, o czym przyjaciel mówił.
— Czasem żałuję, że nie mam rodzeństwa.
— Nie masz czego żałować, wierz mi — roześmiał się Albus. — Zresztą poznałeś Lily i Jamesa. To diabły wcielone. Czasem myślę, że ktoś mnie podmienił.
— No jasne, jasne, bo ty jesteś takim aniołkiem…
— No dobra — poddał się, ale w jego oku pozostał błysk. — Tylko pamiętaj, że mi obiecałeś, że wpadniesz. W tym roku święta dla całego klanu organizują rodzice Rose, ale nie martw się tym, moi w razie czego z nimi pogadają. Zawsze będziesz mile widziany.
— Obiad...
Albus wyszczerzył się.
— Walić obiadki rodzinne, u nas jest fajniej. No i zobaczysz się z Rose… Nie chcesz tego? Chcesz przez całą przerwę świąteczną tylko pisać do niej liściki?
Scorpius posłał mu morderczy wzrok.
— Może.
— Jak wolisz. W każdym razie drzwi domu Weasleyów stoją otworem.
— Błagam, nie poruszajmy znowu tego tematu…
— Nie wiem, czy o tym pamiętasz, ale ostatnio ci powiedziałem, że i tak kiedyś będziesz się musiał z tym zmierzyć.
— Wiem — westchnął blondyn. — Ale błagam, są święta. Nie chcę o tym na razie myśleć.
— To cię dopadnie w najgorszym możliwym momencie i ugryzie w tyłek.
— Będę przygotowany.
— Och, nie sądzę. Dopadnie cię znienacka.
— Tak, tak, gadaj zdrów.
Wyciągnął się w poprzek rzędu siedzeń i udał, że śpi. Albus nie dał się nabrać, ale machnął tylko ręką, stwierdzając, że nie ma już na niego siły. Zamiast tego ponownie wyjrzał przez okno i dostrzegł na peronie znajome, przytulone do siebie sylwetki — Malcolma i Gabrielle.

— Naprawdę nie możesz zostać na święta w Hogwarcie? — wymruczał do jej ucha, zacieśniając jeszcze bardziej uścisk na jej talii. Wciągnął w nozdrza jej niepowtarzalny zapach — wyczuwał fiołki, leśne owoce, świeżo skoszoną trawę — jakby chciał go zapamiętać na całe życie.
— Naprawdę nie mogę. Obiecałam rodzicom, że wrócę. Tęsknią za mną.
— A teraz ja będę za tobą tęsknił. To okrutne.
— Przecież nie odchodzę na zawsze — stwierdziła z powagą. Odsunęła się nieco od niego, na tyle tylko, żeby móc spojrzeć w jego przepełnione ciepłem oczy. — To tylko półtora tygodnia, Malcolm. Potem zobaczymy się ponownie.
— Okropnie długo. 
— Musisz być dużym chłopcem i wytrzymać. Będę do ciebie pisać.
Nie odpowiedział, tylko pocałował ją w usta. W jednej chwili jej myśli się rozpierzchły, zasłonięte czerwoną mgiełką pożądania. Rozchyliła wargi, pozwalając ich językom zatańczyć w walce o dominację. Poddała się dość szybko.
Zupełnie się nie przejmowali tym, że ktoś może ich zobaczyć. Świadomość rozłąki zupełnie przyćmiła im zdolność do logicznego myślenia. Zresztą na peronie i tak nie pojawił się żaden nauczyciel.
Gwizd pociągu uświadomił im, że powinni przerwać. Gabrielle uścisnęła go jeszcze raz i pobiegła do otwartych drzwi, a Malcolm podał jej kufer, obdarzając na pożegnanie ostatnim całusem. Zaraz potem drzwi się za nią zatrzasnęły i ekspres ruszył z sykiem ze stacji.

Znowu sporo dialogów, ale mam nadzieję, że początek Was usatysfakcjonował. :D Kolejny rozdział zgodnie z rozpiską miał być 31.08, ale będzie wcześniej, bo mam urodziny, a to trzeba należycie uczcić! Tak więc zapraszam cieplutko i serdecznie 28.08 na świąteczny rozdział. XD (Trochę przypał, święta w lecie...) // PS Czy ktoś z was korzysta może z Wattpada? Zastanawiam się nad przeniesieniem tam swoich opowiadań, ale jeszcze nie jestem całkiem przekonana do tego pomysłu. Mimo wszystko mam duży sentyment do blogów... Jeśli jednak dla Was byłoby to lepsze rozwiązanie, to mogłabym publikować i tu, i tu. Co o tym sądzicie?

Czarodzieje