czwartek, 9 czerwca 2016

2. Wygram z nim

Kolejny dzień Rose przywitała obfitym śniadaniem w wielkiej sali. Zajadała ze smakiem owsiankę, kiedy podeszła do niej z uśmiechem profesor Ginevere Rosebourgh, nauczycielka transmutacji i jednocześnie opiekunka Ravenclawu. Ruda bardzo ją lubiła; kobieta należała do osób konkretnych, rzeczowych, obdarzonych żywą inteligencją, a przy tym sympatycznych.
— Dzień dobry, Rose — przywitała ją nauczycielka, wręczając kartkę z rozrysowaną tabelką. — Proszę, twój nowy plan zajęć. Mam nadzieję, że ci się spodoba! Do zobaczenia, moja droga.
Rose zmarszczyła brwi, studiując uważnie otrzymaną kartkę. Plan nie zapowiadał się wcale tak źle. Zaraz po śniadaniu czekały ją dwie godziny eliksirów, a później transmutacja oraz zaklęcia. Później Rose pewnie jak zwykle będzie mogła pójść do biblioteki i poczytać, ewentualnie wyjść z książką na błonia. Rosło tam drzewo, pod którym zawsze siadała, gdy robiło się cieplej, a teraz pogoda wprost do tego zachęcała.
Najpierw jednak musiała przetrwać pierwszy dzień zajęć, więc pobiegła do swojego dormitorium po książki, a później ruszyła w kierunku lochów, gdzie rezydowała nauczycielka eliksirów, Earie Shearwood.
Rose doskonale wiedziała, że kobieta w niczym poza sarkazmem i ciętym językiem nie przypominała niesławnego profesora eliksirów, Severusa Snape’a — nie nosiła czarnych ubrań, nie miała tłustych włosów i była dosyć niska, o miłej aparycji. Wielu chłopców do niej wzdychało, szczególnie ci z młodszych roczników, gdyż uroda kobiety przyciągała oko. Miała jednak niesamowitą wiedzę na temat eliksirów.
— Dzień dobry, moi drodzy — przywitała ich, gdy tylko Krukoni i Ślizgoni usiedli na swoich zwyczajowych miejscach. Stała obok swojego biurka, założywszy ręce na piersi. — Witam w kolejnym roku szkolnym. Jak świetnie wiecie, w tym roku czekają was egzaminy, więc oczekuję, że naprawdę się przyłożycie do tego przedmiotu, skoro go wybraliście do zdawania. Nie będzie żadnej taryfy ulgowej. Czy to jest jasne?
Szybko pokiwali głowami, zgadzając się z nauczycielką. Nikt się zresztą nie spodziewał, że będzie łatwo, ale też i w końcu przyszli tutaj po to, żeby się czegoś nauczyć.
— Fantastycznie. W takim razie od razu bierzemy się do roboty, nie ma co marnować czasu. Czy wszyscy mają podręczniki? Dobrze, nie widzę nikogo, kto by nie miał, wobec czego otwórzcie książki na stronie szóstej. Dzisiaj uwarzymy coś łatwego, tak na rozgrzewkę. Zobaczymy, co w waszych mózgach jeszcze zostało. Eliksir uśmierzający ból. Kto się z nim uwinie szybciej, tradycyjnie może wyjść wcześniej, oczywiście po zostawieniu na moim biurku fiolki z przygotowanym wywarem. Powodzenia!
Rose z zaciekłością siekała właśnie korzonki asfodelusa, kiedy usłyszała nieco głośniejszą niż zwykle wymianę zdań. Profesor Shearwood nie lubiła, gdy w jej klasie robił się hałas, lecz jak na razie zdawała się tego nie zauważać, zajęta sprawdzaniem zawartości kociołka jednego ze Ślizgonów.
Obejrzała się do tyłu i szybko zlokalizowała źródło zamieszania — dwóch chłopaków się o coś kłóciło — nie słyszała zbyt dobrze — jeden z nich był z jej domu, znała go z widzenia, a drugi ze Slytherinu. Normalnie Rose wzruszyłaby ramionami i wróciła do swojego eliksiru, tym razem jednak zmrużyła oczy, obserwując, co się stanie. Przepychanka słowna zamieniała się powoli w bójkę, obaj przeciwnicy wyciągnęli już różdżki, a pomiędzy nimi na blacie stołu stał kociołek, z którego wypływała miodowa piana.
Zanim nauczycielka eliksirów zdążyła do nich dotrzeć, naczynie wybuchło, potraktowane przypadkiem zaklęciem przez jednego z chłopaków. Stało się to zbyt szybko, żeby można było to zatrzymać, Rose i paru innych uczniów obserwujących rozwój sytuacji zdążyło jednak wskoczyć pod ławki, pozostali znajdujący się w pobliżu źródła katastrofy oberwali ciemnożółtym wywarem powodującym oparzenia. Klasę spowiła chmura złotego dymu.
Opary szybko się rozwiały pod wpływem zaklęcia madame Shearwood, natomiast poszkodowanym osobom ruda oraz dwie inne dziewczyny z Ravenclawu wyleczyły oparzenia. Na szczęście nic groźniejszego się nie stało, eksplodujący kociołek nie wyrządził nikomu krzywdy, nawet winowajcom.
— Panowie, czy możecie mi to wytłumaczyć?
Rose nigdy jeszcze nie widziała profesor Shearwood w takim stanie — wyglądała na niepokojąco opanowaną, założyła ręce na piersi i chłodnym wzrokiem wpatrywała się w dwójkę chłopców, którzy spowodowali zamieszanie.
— My… Przepraszamy, pani profesor — zaczął Krukon, drapiąc się po głowie. Wyraźnie nie wiedział, co powiedzieć. — To nie było celowe…
— Nie pytam, czy to było celowe, czy nie — syknęła kobieta. — Pytam, czy możecie mi to wytłumaczyć! Powinniście doskonale wiedzieć, czym grożą bójki w tej sali! Czym grozi rzucanie jakichkolwiek zaklęć! Mam wrażenie, że wraz z upływem lat niektórzy tracą mózgi! JESTEŚCIE NIEODPOWIEDZIALNI! RAVENCLAW I SLYTHERIN TRACĄ PO DWADZIEŚCIA PUNKTÓW, MACIE SIĘ STAWIĆ NA SZLABAN DZISIAJ U MNIE W GABINECIE I NIE CHCĘ WAS JUŻ WIDZIEĆ ROZRABIAJĄCYCH W TEJ SALI! Czy to zrozumiałe?
Ostatnie zdanie zabrzmiało dosyć dziwnie po całym tym krzyku. Uczniowie zamarli w miejscach; madame Shearwood nigdy nie krzyczała. Zresztą też i nikt nie pamiętał takiej katastrofy na lekcjach eliksirów, nawet w pierwszej klasie, kiedy ryzyko wybuchania kociołków było znacznie większe.
Rose pokręciła głową, napotykając spojrzenie Scorpiusa Malfoya. Uśmiechał się łobuzersko, wpatrzony w nią. Całe to zamieszanie zdawało się go nie ruszać, siedział po prostu w samym kącie klasy, opierając podbródek na ręce. Ruda poczuła dreszcz przechodzący po kręgosłupie i czym prędzej odwróciła wzrok. Nie chciała być obiektem zainteresowania Ślizgona.

— Rose! — przywitała ją Elissa, kiedy ruda przyłączyła się do niej i Gabrielle podczas kolacji. Obie miały jeszcze po zaklęciach wróżbiarstwo, na które Weasleyówna nie chodziła, w zamian za to spędzając czas w bibliotece. Już po pierwszym dniu miała całkiem sporo wypracowań do napisania. — Zgadnij co!
— Fusy po raz setny przewidziały twoją śmierć w wieku dwudziestu pięciu lat? — mruknęła rozbawiona Krukonka, nakładając sobie na talerz sałatkę.
— Otóż to!
— Rose, zgłosisz się do turnieju? — spytała Gabrielle, obserwując, jak Elissa atakuje pudding. Ona sama zdążyła już zjeść swoją kolację, która, jak Rose podejrzewała, jak zwykle składała się z ciemnego pieczywa, pomidora i sałatki. — Dzisiaj w nocy zaczynają się zapisy!
— Przecież mówiłam, że nie mam zamiaru tego robić.
Ruda wywróciła oczami. Słyszała już po raz kolejny od przyjaciółek, żeby się zgodziła. Próbowały ją namówić na wszelkie sposoby, jednak twardo odmawiała, uparcie trwając przy swoim zdaniu. Nie zgłosi się i koniec.
— Jesteś pewna, że tego chcesz, Rose? — usłyszała od Gabrielle zamiast spodziewanego „Ale Rooooseeee, proszę cię!”. Zdziwiona uniosła głowę, napotykając badawczy wzrok przyjaciółki.
— Tak. — Skinęła głową. — Nie zamierzam tańczyć.
— Bo pewnie i nie umiesz, co, Weasley? Mówiłem ci, że nie powinnaś w ogóle się ruszać z domu, bo masz kiepską koordynację ruchową.
Rose zerwała się z ławki i zanim przyjaciółki zdążyły ją powstrzymać, uderzyła Scorpiusa Malfoya w twarz, zupełnie tracąc nad sobą panowanie.
— Nie tobie to oceniać, Malfoy — wycedziła, gotowa do zadania kolejnego ciosu.
Blondyn z zaskoczeniem przyłożył dłoń do pulsującego miejsca na policzku, w które oberwał. Spodziewał się ataku Rose, ale nie tego, że go uderzy. Poniekąd go to bawiło, choć przecenił jej zdolności.
— Oj, Weasley, chyba musisz się trochę bardziej postarać. Masz za mało siły w tych rączkach, żeby w ogóle zabolało — zakpił, obserwując, jak ruda napina mięśnie i mierzy go rozwścieczonym spojrzeniem.
— Rose, wystarczy, zostaw tego dupka. — Elissa powstrzymała ją przed kolejnym ruchem, Gabrielle szybko jej pomogła, gdyż Weasleyówna już miała się rzucić na Malfoya po raz drugi. — Nie jest tego wart. Malfoy, zjeżdżaj stąd. Przeszkadzasz.
— Oho, widzę, że potrzebujesz obrońców, Weasley. Ale skoro tak ładnie prosicie, to odejdę.
Ukłonił się teatralnie i ruszył w kierunku stołu Ślizgonów, gwiżdżących na widok rozgrywającej się sceny.
— Zawsze miałam reakcję alergiczną na tego idiotę, ale teraz to mnie zaczął irytować bardziej niż zwykle — wysyczała Rose, obdarowując plecy Malfoya nienawistnym spojrzeniem. — Dziewczyny, puśćcie mnie, nic mu nie zrobię.
— Rose… — zaczęła z troską Gabrielle, jednak ruda weszła jej w słowo:
— Zgłoszę się do tego turnieju. — Zacisnęła dłonie w pięści. — Jeszcze mu udowodnię, że potrafię tańczyć. Wygram to.

Kiedy Rose zeszła kolejnego dnia do pokoju wspólnego, zobaczyła tłum Krukonów zebrany pod tablicą korkową. W nocy praktycznie w ogóle się nie wyspała, gdyż tak jak kilka innych osób koczowała wraz z przyjaciółkami na powieszenie listy zgłoszeniowej, a później, gdy już znalazła się w łóżku i udało jej się zasnąć, co chwilę się budziła z powodu koszmarów.
Przeczesała palcami rudą szopę, usiłując jakoś doprowadzić ją do porządku. Ziewnęła szeroko, po czym podeszła wreszcie do tablicy korkowej. Przestudiowała szybko wiszącą na niej listę. Jej własne nazwisko znajdowało się na piątej pozycji; miała szczęście, gdyż i tak nie było specjalnie wielu chętnych do zapisania się. Nawet teraz zostały dwa wolne miejsca.
Uśmiechnęła się, wyczuwając poruszenie zgromadzonych Krukonów; chyba któraś z dziewczyn z szóstego roku się wahała, czy się zgłosić, a stojący obok niej przyjaciele usiłowali ją do tego namówić. Rose jej nie znała zbyt dobrze, ale skinęła do niej głową, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Jakby napełniona otuchą, dziewczyna wreszcie chwyciła oferowane jej pióro i wpisała na listę swoje nazwisko.
Tłum wiwatował, a Rose skwitowała to uniesieniem kącika ust i ruszyła na śniadanie, gotowa pochłonąć owsiankę w bardzo dużych ilościach.
Zamek o tej porze jeszcze nie tętnił energią, jak zwykle w godzinach przedpołudniowych. Ruda napotykała na swojej drodze głównie ziewających lub żywo o czymś rozprawiających uczniów, będących już po śniadaniu. Poranne lekcje miały się zacząć dopiero za godzinę, więc nikomu się jeszcze nie spieszyło. Za to dzień zapowiadał się cudny, tak jak wczoraj — przez szerokie okna wpadało na korytarze dużo słonecznego światła, a niebo było błękitne, bez żadnych chmur.
Idealna pogoda na grę w quidditcha, pomyślała Rose. Sama nie grała zbyt dobrze, miała lęk wysokości, przez co trudno jej było dosiadać miotły, jednak sporo osób z jej rodziny występowało w drużynach swoich domów. Kolejna charakterystyczna rzecz dla klanu Potterów-Weasleyów.
Rose była jedynie ciekawa, czy mecze będą się odbywać normalnie w związku z turniejem. Niby nic nie stało na przeszkodzie, ale jednak mieli przybyć reprezentanci innych szkół magii, więc na pewno można się spodziewać dużego zamieszania.
Kolejny raz zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, wpisując się na listę. Podjęła decyzję pod wpływem chwili, chcąc udowodnić Malfoyowi, że się nie podda i że naprawdę potrafi tańczyć — teraz sama nie wiedziała, czy nie lepiej było się po prostu wycofać. Nie mogła już tego zrobić, bo raz wpisanych nazwisk nie dało się już usunąć, o co zadbała dyrektorka, jednak Rose straciła całą pewność siebie, którą dało jej uderzenie Ślizgona. Czy podoła zadaniu?
Jej znajomość ze Scorpiusem Malfoyem już od pierwszej klasy była oparta na rywalizacji i wzajemnym sobie dogryzaniu, czasem mniej, czasem bardziej, powinna więc już być do tego przyzwyczajona. Powiedzieć, że ich rodziny za sobą nie przepadały, to eufemizm, a Rose w swojej nieprzyjaźni z księciem Slytherinu zdawała się kontynuować szkolną tradycję. Tylko Albusowi zupełnie nic nie przeszkadzało w nawiązywaniu z nim znajomości, co nieodmiennie frustrowało Rose.
Teraz jednak uszczypliwości zdawały się przybierać na sile i ruda nie wiedziała, co mogło być tego powodem. Skoro jednak Malfoy się do niej przyczepił, nie da mu wygrać tej batalii. Pokaże, na co ją stać, tym bardziej, że ten rok był ich ostatnim. Uznałaby to za swoją osobistą klęskę, gdyby ją pokonał. A na to nie mogła pozwolić.
Krótko po jej wejściu do wielkiej sali na śniadanie nadleciała sowia poczta. Rose rozpoznała sowę należącą do rodziców; przyniosła list od matki do niej i do Hugona. Ruda przebiegła szybko po nim wzrokiem, decydując, że później odpisze i da znać, że tak, wszystko u niej w porządku. Za to musiała porozmawiać ze swoim bratem; nie widziała się z nim od chwili, w której wsiadła do pociągu — przynajmniej na razie nie zdążył niczego zbroić.
Poza rodzinnym listem Rose otrzymała również dwie inne koperty. Pierwsza z nich, opatrzona pieczęcią Hogwartu, zawierała informację od dyrektorki o zebraniu informacyjnym w sprawie turnieju. Zamknęli już pewnie listy zgłoszeniowe i chcieli przekazać kandydatom szczegóły — w końcu, jeżeli mieli wystąpić, musieli mieć czas na przećwiczenie tego, co mają zaprezentować, no i dobrać się jeszcze po drodze w pary.
Pomyślała, że chyba by zemdlała, gdyby miała tańczyć z takim Scorpiusem Malfoyem.
Zebranie miało się odbyć jeszcze tego samego dnia o osiemnastej, więc Rose schowała kartkę do kieszeni, po raz kolejny żałując tego, że się zgłosiła.
Wzruszyła ramionami, sięgając po trzecią, białą kopertę, opatrzoną jedynie jej imieniem i nazwiskiem wypisanym ozdobnym pismem. Nie spodziewała się żadnego kolejnego listu, zresztą też i nie rozpoznawała pisma, którym zapisano jej dane. Wyglądało to dosyć podejrzanie, więc wyciągnęła różdżkę, po czym na wszelki wypadek rzuciła zaklęcia wykrywające niebezpieczne klątwy, którymi mogła zostać obłożona taka mała koperta. Nie stało się nic, a zatem teoretycznie Rose mogła ją bezpiecznie otworzyć.
— Od kogo to? — zainteresowała się Elissa, dopiero teraz spojrzawszy na poczynania przyjaciółki. Czytała wcześniej „Proroka Codziennego” i całkowicie zapomniała o otaczającym ją świecie.
— Nie wiem.
— To otwórz.
Rose z wahaniem rozerwała kopertę, z której wyleciała jasnoczerwona kartka.
— Najdroższa Rose — przeczytała ruda na głos, a z każdym kolejnym zdaniem jej brwi unosiły się coraz wyżej. — Pozwolisz, że tak do ciebie będę mówił? Jesteś najpiękniejszą osobą, jaką kiedykolwiek widziałem. Twój uśmiech zawsze niesamowicie poprawia mi humor. Proszę, nie zmieniaj się. Miłego dnia! Merlinie, czy to jakiś żart?
Obejrzała kartkę ze wszystkich stron, szukając jakiejś informacji o tym, że to tylko głupi dowcip jej brata, ale niczego nie znalazła. Ba, nawet nie było podpisu osoby, która nadała list.
— Czyżbyś miała jakiegoś tajemniczego wielbiciela? Masz pojęcie, kto to może być? — spytała z zainteresowaniem Elissa.
— Nie. Żadnego. Nie wiem zresztą, skąd ten nagły przypływ uczuć, przecież do walentynek jeszcze daleko…
Rose nie należała do królowych Hogwartu, jeśli chodzi o miłosne podboje, jednak na walentynki dostawała zawsze pokaźny stosik czekoladek i kartek, które jednak nieodmiennie lądowały w czeluści kominka. Nie przywiązywała do tego specjalnej wagi, a chłopaków robiących do niej maślane oczy ignorowała, nie cierpiąc, kiedy jej się narzucano. W całym swoim życiu prawdziwą miłością obdarzyła tylko trzech mężczyzn: swojego ojca, kuzyna Jamesa oraz brata. Jak na Krukonkę przystało, przekładała samotność na związki; nie sądziła zresztą, żeby mogła w Hogwarcie znaleźć drugą połówkę — nikt jej na tyle nie zainteresował.
— To brzmi bardzo romantycznie!
Ruda pomyślała, że Elissa pewnie znowu naczytała się za dużo mugolskich romansów. Jej samej ta sprawa śmierdziała na kilometr, więc zamierzała zrobić wszystko, żeby odkryć, kto w ogóle za tym stoi i czy naprawdę robi sobie z niej żarty — a tego nienawidziła najbardziej.

Wieczorne spotkanie kandydatów do turnieju odbywało się w wielkiej sali. Rose zajęła swoje zwyczajowe miejsce przy stole Ravenclawu, obserwując, jak pomieszczenie powoli się zapełnia. Przybyli jednak nie tylko uczestnicy, ale również inni uczniowie, kierowani ciekawością, jak będzie przebiegać etap szkolny, zresztą, jak Krukonka podejrzewała, dyrektorka i tak nie zamierzała robić z tego specjalnie wielkiej tajemnicy.
— Witajcie, moi drodzy!
McGonagall, jak zwykle surowa i jednocześnie pełna serdeczności, wystąpiła na mównicę, sprawiając, że wszelkie rozmowy w jednej chwili ucichły, a wszystkie oczy skoncentrowały się na niej.
— Jest was trzydziestu dwóch kandydatów. Szesnastu z was będzie reprezentować Hogwart podczas turnieju. Żeby wyłonić reprezentantów, przeprowadzimy etap szkolny.
Rose zasłuchała się, podpierając dłonią podbródek.
— Będzie się on składał z dwóch części. Pierwsza odbędzie się już za trzy dni, w sobotę. Ma on na celu dobranie was w pary. Jak dokładnie będzie to przebiegało, dowiecie się już na miejscu. Natomiast za dwa tygodnie od tej soboty odbędą się eliminacje do kolejnego etapu. Każda para kandydująca będzie musiała zatańczyć jeden, dowolnie wybrany przez siebie taniec. Za każdy taniec przyznawane będą punkty, od każdego członka komisji po dwadzieścia. Decydująca będzie ich suma, dlatego dalej przechodzą pary, które zbiorą najwięcej punktów. Komisja na etapie szkolnym będzie się składała z naszych nauczycieli, natomiast na kolejnych będzie międzynarodowa. Szczegóły podamy potem, gdyż jest to jeszcze w trakcie ustalania. — McGonagall przerwała, zlustrowała salę uważnym spojrzeniem, po czym dodała: — Jakieś pytania?
Zgłosił się jeden z Gryfonów; Rose obstawiała, że chłopak jest z piątego rocznika.
— Słucham, panie Johanson?
Dyrektorka miała naprawdę niesamowitą pamięć.
— Dowolny taniec oznacza, że można tańczyć również te mugolskie?
— Tak, oczywiście. To od was zależy, co i jak będziecie tańczyć.
— Ile czasu będziemy mieli między poszczególnymi etapami? — odezwała się kolejna osoba, tym razem Ślizgonka, z którą Rose chodziła na runy.
— Około dwóch miesięcy. Dokładne daty jeszcze podamy, ale chcemy, żebyście nie czuli się pod presją i mogli należycie przygotować, w końcu zawody są prestiżowe i potrzeba czasu — odparła McGonagall. — Drugi etap, z udziałem wszystkich reprezentacji, zbiegnie się prawdopodobnie ze świętami, zaś trzeci, ostatni etap, będzie miał miejsce w lutym. Finał kończy się balem, w którym wszyscy mogą wziąć udział, jednak zostanie wówczas ogłoszona zwycięska para. 
— O co walczymy? — włączyła się jakaś Puchonka. Miała nieco piskliwy głos, przez co Rose odruchowo się skrzywiła. — Znaczy, jaka będzie nagroda?
— Nagrodą za zwycięstwo w turnieju jest puchar.
— Kiedy przybędą do nas inne reprezentacje?
— Reprezentacje innych krajów przybędą pod koniec listopada i spędzą u nas cały rok. Mam nadzieję, że ugościcie ich należycie. Będziemy o tym jeszcze rozmawiać. Coś jeszcze? Nie widzę pytań. W razie czego możecie zawsze rozmawiać ze mną lub opiekunami swoich domów. Jeżeli ta część jest jasna, przejdę do regulaminu.
Kobieta z surową miną rozwinęła zwój dotąd spoczywający na pulpicie i zaczęła czytać:
— W turnieju mogą brać udział tylko zakwalifikowani zawodnicy. Zabrania się stosowania zaklęć i eliksirów wspomagających w trakcie trwania poszczególnych etapów. Zabrania się wymieniania się parami, chyba że w wyjątkowej sytuacji komisja wyrazi na to zgodę. W przypadku oszukiwania przez którąkolwiek osobę z pary komisja zastrzega sobie prawo do zdyskwalifikowania tej osoby. Tańczyć można jedynie w parach. Nagrodą za wygraną w turnieju jest puchar. Uczestnicy mają prawo do konsultowania swoich ćwiczeń oraz układów ze swoimi nauczycielami. Zabrania się konsultacji z członkami komisji. Zadaniem turnieju jest nawiązywanie współpracy międzynarodowej i rozwijanie przyjaźni między członkami szkół magii. Regulamin będzie sukcesywnie uzupełniany. Jakieś pytania?
No cóż, pomyślała Rose. Z całą pewnością będzie się działo.


Powoli brniemy do przodu. Siedzę przy piątym rozdziale i nie wiem jeszcze, co napisać, ale spokojnie, wymyślę coś. Mam obecnie sesję i zaczynam wymiękać, także trzymajcie kciuki, żebym jednak nie padła, wytrwała, a potem zregenerowała siły i dała radę wrócić z wiadrem weny! Trzymajcie kciuki ;3 Pozdrówki, a nowy rozdział 23.06. 

8 komentarzy:

  1. Witaj! Nie zawiodłam się rozdziałem, bardzo mi się spodobał :)
    Konkurs tańca coraz bardziej przypada mi do gustu.
    Najlepszym momentem w całym rozdziale było chyba uderzenie Scorpiusa przez Rose :D
    Wybacz, że tak krótko, ale praca wzywa ;)
    Pozdrawiam i życzę czasu i weny na pisanie, Arabella

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejny świetny rozdział!
    Ach, jak ja lubię takie konfrontacje... (Scorpius i cios Rose) :D
    Szkoda, że mocniej mu nie przywaliła...xD
    Fajnie, ze bierze udział w tym konkursie!
    Kto jest tym tajemniczym wielbicielem? Czyżby Scorpius? Wybacz, ale jestem nastawiona na Scorose! xD :D
    Dlaczego on jej się tak przyglądał na eliksirach? Czyżby moja teoria była słuszna? ;)
    Mam nadzieję, że Rose się uda w eliminacjach, i że będzie w parze z Sama-Wiesz-Kim! (chodzi mi oczywiście o Malfoya xD :P )
    Z niecierpliwością czekam na następny rozdział!
    Pozdrawiam i życzę weny,
    ~Arya ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytało mi się tę notkę bardzo przyjemnie, ale niestety szybko doszłam do końca, a szkoda, bo dopiero zaczęło się rozkręcać. Mimo to widać, że będzie o czym pisać w następnych rozdziałach - nie mogę się doczekać szkolnych eliminacji do turnieju. Rose i Scorpius nie przepadają za sobą, ale jest między nimi taka chemia... Aż jest się czym zachwycać :) Swoją drogą Weasleyówna trochę zaskoczyła mnie takim atakiem na Scorpiusa, żeby od razu go bić xD Widać, że ma ostry charakterek, co tylko podkręca mnie na dalsze czytanie. Ich relacje będą, cóż... Pikantne.
    Hm, kim może być tajemniczy wielbiciel? Scorpius to chyba zbyt łatwa opcja, ale z drugiej strony to cholera go wie. Może Rose od dawna mu się podoba i to nasilenie się ich kłótni jest tylko efektem, że czuje do niej miętę i działa na zasadzie "kto się lubi ten się czubi"? Albo z pozoru jej nie lubi, a w głębi duszy wręcz przeciwnie? Albo to kompletnie ktoś inny, tak dla niepoznaki. No nic, ja mogę tylko snuć domysły, wiem, że i tak niczego mi nie zdradzisz :v
    Chcę więcej tu i teraz! c:
    Życzę dużo weny i pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba nie będę oryginalna, kiedy powiem, że rozdział bardzo mi się podobał? :) Cieszę się strasznie, że Malfoy sprowokował Rose do zapisania się do konkursu, coś czuję, że dobiorą ich razem w parę. Byłoby ciekawie!
    Oooo, to są jakieś czarodziejskie tańce? Tak by wynikało z wypowiedzi jednego z uczniów. Jeśli tak, to mam nadzieję, że część z nich nam nieco przybliżysz w następnych rozdziałach.
    Podoba mi się Twoja Rose, oby do końca pozostała właśnie taka!
    Tak z innej beczki: czy są jakieś szanse, że będziesz jeszcze pisać Ogniste Lilie? Bo ja bym chętnie dowiedziała się, co tam wymyśliłaś dla Lily i Syriusza. :)
    Pozdrawiam Cię serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Założyłam, że czarodzieje tak jak każda społeczność mają swoje własne tańce - podobne do mugolskich, ale nie wszystkie. A jeśli to ma wyglądać bardziej widowiskowo, wtedy używają magii. Zresztą akurat w Tańcu będzie taki moment, kiedy magia w bardzo zauważalny sposób wpłynie na taniec, ale cicho-sza!
      Rose taka będzie, nie mam zamiaru zmieniać jej charakteru. :D

      Lilie będę jeszcze pisać, ale raczej zmienię tam fabułę. Wykorzystałam tamten pomysł na Łanię, bo stwierdziłam, że to trochę zbyt ciężkie jak na połączenie Lily x Syriusz. Napiszę coś lżejszego. :3

      Pozdrówki!

      Usuń
  5. Już nie mogę się doczekać, jak przybędą reprezentacje innych szkół! Liczę na jakieś fajne postacie i pary, nie ukrywam. :> Twoja Rose nie denerwuje mnie tak jak te inne blogaskowe ― nie jest taka pewna siebie, nadęta, wszechwiedząca. No, po prostu nie jest drugą Hermioną tylko ma w sobie cos z Rona. Daje się prowokować zupełnie jak jej tata. I to jest super! :D Elissa jest… specyficzna. XD Nie wiem, czy ją polubię. Nie przepadam za takimi panienkami, wybacz. <3 Bardzo mnie ciekawi, jakie są te czarodziejskie tańce. To może być niezłe widowisko. Pozdrawiam serdecznie i do trójki! <3
    szerly x
    -----
    piata-pora-roku.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. A jednak Rose sama się zapisała. Malfoy pewnie też to zrobił. Ciekawie będzie jak będą razem w parze.
    No i ciekawe kto jest tym wielbicielem Rose, który wysłał jej karteczkę bez podpisu.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  7. I się z nim policzyła. :D
    I kto jest tym wielbicielem? :D
    Świetny rozdział. :D

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje