czwartek, 22 września 2016

9. Dziki ogień

Momentalnie odwróciła się, słysząc swoje własne imię. Dostrzegła chłopaka przeciskającego się przez tłum kłębiących się pod Wielką Salą uczniów. Zmierzał w jej stronę, wyraźnie zdyszany, jakby przez całą drogę biegł. Wreszcie udało mu się do niej dobić, a ona musiała przyznać, że nawet zmęczony wyglądał na nieziemsko przystojnego. Choć spotkali się zaledwie wczoraj, nigdy nie miała dosyć jego widoku.
— Cześć — przywitała go.
— Przepraszam za spóźnienie, pochłonęła mnie praca na eliksiry i straciłem rachubę czasu.
— Nic się nie stało, nie czekam długo.
Założyła za ucho kosmyk włosów, nie wiedząc, jak ma się zachować. Choć widzieli się już po raz kolejny, nadal traciła rezon w jego obecności i pozwalała, żeby otuliła ich niezręczna cisza. Dlatego zwykle to Greg przejmował inicjatywę. Zresztą tak samo było i dzisiaj.
— Przejdziemy się po błoniach? — zaproponował.
— Jasne, chodźmy.
Pogoda była ładna, choć na wschodzie zaczynały się już zbierać deszczowe chmury. Za kilka godzin zapewne się rozpada, ale wtedy już Elissa będzie bezpieczna w zamku. Tymczasem jednak dała się chwycić za rękę i poprowadzić na błonia, w kierunku jeziora, gdzie wylegiwała się leniwie kałamarnica. Nie dotarli jednak na sam brzeg, lecz zatrzymali się przy jednej z wierzb, przy której, jak podejrzewała Krukonka, spoczywały już całe pokolenia Potterów i Weasleyów.
— Jak ci minął dzień? — spytał wreszcie Ślizgon, gdy usiedli na trawie.
— Dobrze, choć zaspałam na śniadanie.
— No tak, ty przecież nie widzisz życia bez jedzenia — roześmiał się. Już sam ten dźwięk bardzo się Elissie podobał. — Czytałaś najnowszy artykuł Crossa o transmutacji przedmiotów w zwierzęta?
— Tak. — Skrzywiła się. — Cross się nie popisał, szczerze mówiąc.
— Dlaczego tak uważasz?
Na twarzy Grega pojawiło się zaciekawienie.
— Och, no bo daj spokój, przez całe dwie strony rozwodzi się nad swoimi umiejętnościami i twierdzi, że to jest takie trudne, że szkoda gadać! Jeżeli miał takie problemy, mógł nie próbować. Jestem przekonana, że madame Rosebourgh jest o niebo lepsza od niego.
— Ale musisz przyznać, że zalety transmutacji zwierzęcej wypisał całkiem trafnie. I rady też nie były złe, a jego teorie zasługują na rozważenie.
— No ale co z tego? Nie poparł swoich teorii dowodami! Tak dywagować to można w nieskończoność, wiesz o tym. Równie dobrze mógł sobie to wszystko wyssać z palca, serio. To tak, jakbym ja teraz powiedziała, że wystarczy nieco inny ruch nadgarstka, żeby zmienić różę w kota zamiast w kaktusa… Rozumiesz, mogę sobie wytworzyć jakąś hipotezę, ale bez dowodów...
— No tak, ale jego teorie są całkiem logiczne.
— Jeżeli to udowodnisz i udokumentujesz, wtedy się z tobą zgodzę.
Uśmiechnął się lekko, pokonany w tej batalii.
— Próbowałaś kiedyś animagii?
— Tak, ale jest za trudna. — Dziewczyna skrzywiła się. — Nie potrafię znaleźć swojej animagicznej formy, a co dopiero mówić o przemianie. Madame Rosebourgh pomaga mi, jak tylko może, podrzuca książki… Mówiła nawet, żebym pogadała z dyrektorką.
— Z dyrektorką? Czemu?
Greg zmarszczył brwi, zwracając spojrzenie niebieskich oczu na Elissę.
— Jest animagiem.
— Słucham?
— Nie wiedziałeś? Przybiera formę kota.
— Też bym chciał tak umieć… Jestem pewien, że przybrałbym kształt szopa.
— Szopa? Jak ambitnie!
Elissa stłumiła śmiech. Bycie szopem-praczem brzmiało zabawnie, zwłaszcza w ustach blondwłosego Ślizgona.
— Nie śmiej się! Uważam, że ty za to powinnaś być białym królikiem. Albo kuną. Albo gronostajem.
— Gronostaje są zbyt chude jak na moją tuszę — odparła lekko. — Raczej do mnie nie pasują. Ale królik jest godzien rozważenia, nie myślałam o nim. Zazwyczaj próbowałam z myszami, kotami, czymś w tym stylu… Nic nie działało.
— A twój patronus? — spytał nagle Greg, zupełnie jakby go oświeciło.
— Mój patronus?
— No! Wydaje mi się, że twoja forma animagiczna jest taka sama jak twój patronus. To logiczne, co nie? Patronus to zwierzę, które najbardziej pasuje do twojego charakteru, tak samo jak forma animagiczna.
— W sumie nigdy tak o tym nie myślałam…
— Spróbuj.
— Zabijesz mnie śmiechem, jak ci powiem, że nigdy nie udało mi się rzucić tego zaklęcia?
— Ono jest strasznie trudne, więc wcale ci się nie dziwię. Powiem ci, że ja też wyczarowałem tylko strzęp białej mgły… — Podrapał się po głowie. — To nieco utrudnia sprawę. Ale myślę, że spróbować nie zaszkodzi.
Skinęła głową i podniosła się ze swojego miejsca. Przeszukała szybko swoje myśli, żeby odnaleźć najszczęśliwsze wspomnienie. Skupiła się na nim całkowicie, pozwalając, żeby jej otoczenie się rozpłynęło. Miała nadzieję, że to wystarczy.
Expecto patronum! — wrzasnęła ile sił w płucach.
Z jej różdżki wydobyła się biała mgiełka. Wiatr błyskawicznie porwał ją w górę, po czym rozerwał na strzępy, zanim obłok zdążył przybrać cielesną formę. Elissa zrozpaczona odwróciła się w stronę Grega, wiedząc, że nie zdoła rzucić tego zaklęcia. Musiałaby poćwiczyć, zwrócić się znowu z prośbą o pomoc do madame Rosebourgh…
— Nie było źle — pocieszył ją chłopak. — Wydawało mi się, że widziałem formujące się łapki.
— Mówisz tak tylko po to, żeby nie było mi przykro — burknęła. — Sama wiem, że mi to nie wyszło. Może McGonagall…
— Nie przejmuj się tym — wszedł jej w słowo. — I tak poszło ci genialnie jak na pierwszy raz. Nie zadręczaj się tym. Chodź tu.
Opadła na jego kolana, pozwalając, żeby ją mocno do siebie przytulił. Wdychała jego zapach, powolutku zapominając o całym świecie oraz o nieudanej próbie rzucenia zaklęcia. Walczyła z odnalezieniem swojej animagicznej formy już od kilku lat — i ciągle jej nie wychodziło, więc teraz, gdy pojawiła się iskierka nadziei, poczuła się podwójnie rozczarowana.
— Myślisz, że kiedykolwiek mi się uda przemienić? — spytała powątpiewająco.
— Jestem tego pewien. Może nawet zamienisz się w jakiegoś pięknego łabędzia!
Pocałował ją w skroń, wiedząc, jak bardzo lubiła tę pieszczotę.
— Sugerujesz, że teraz jestem brzydkim kaczątkiem?
— Absolutnie nie. Uważam, że jesteś już przepięknym łabędziem, więc to zwierzę byłoby dla ciebie odpowiednie, nie sądzisz?
— Prędzej zostanę gronostajem.
Roześmiał się.
— Gronostaje też są piękne.
— Dobra, dobra, my tu gadamy, a zaraz się rozpada. Wracajmy do zamku, co?
— Brzmi fajnie — przyznał z błyskiem w oku. — Ale chyba jednak wolę tutaj zostać. Tu jest fajnie. Klimatycznie.
Pocałował ją, kiedy pierwsze krople deszczu musnęły ich twarze. Oboje jednak zignorowali nagłą interwencję żywiołu i przewrócili się na ziemię, brudząc ubrania ziemią, która szybko zaczęła zamieniać się w błoto. Wrócili do zamku dopiero wtedy, gdy deszcz zamienił się w ulewę.

Ostatnią lekcją we wtorkowym planie była obrona przed czarną magią z uwielbianym przez siódmoklasistów profesorem Nicksem, który miał olbrzymią wiedzę i niebanalne poczucie humoru. Pochodził z Francji, więc miał śmieszny akcent, jednak nikomu to nie przeszkadzało, gdyż mężczyzna naprawdę zarażał swoją pasją do przedmiotu. Spędził większość swojego życia na podróżowaniu po świecie i poznawaniu działania wielu czarnomagicznych klątw oraz groźnych zwierząt oraz usuwaniu skutków czarnej magii. Nie brał udziału w ostatniej wojnie, gdyż spędzał ten czas w swojej ojczyźnie, zdawał sobie jednak doskonale sprawę z zagrożenia, jakie mogli stanowić śmierciożercy.
I choć Czarny Pan nie zagrażał już czarodziejskiej społeczności, nauka obrony przed czarną magią nadal była potrzebna — bo zło i sama czarna magia nadal istniały, a młodzi czarodzieje musieli się umieć przed nimi bronić.
— Dzień dobry, moi drodzy — przywitał rześko siódmy rocznik Krukonów oraz Ślizgonów, wchodząc na katedrę i kładąc na blacie swojego biurka stertę papierów. — Mamy piękny dzień, czyż nie?
Odpowiedział mu śmiech kilku osób, gdyż faktycznie był piękny dzień — porywisty wiatr hulał po błoniach, padało i najwyraźniej zbierało się na burzę. Ciepłe lato przeminęło bezpowrotnie, zbliżały się październik, plucha i zimno.
— Poprawiłem wasze wypracowania i muszę przyznać, że nie jest źle. Wybitnie jednak również, niestety, nie. Spodziewałem się po was czegoś lepszego. Muszę jednak przyznać, że niektóre, hm, fragmenty waszych prac naprawdę mnie rozbawiły. Tak bardzo, że sok dyniowy przyozdobił ściany mojego gabinetu.
Rose parsknęła śmiechem, wyobrażając sobie tę scenę. Już dawno z przyjaciółkami przedyskutowały, jak musi wyglądać sprawdzanie prac przez nauczyciela, który zwykł ozdabiać prace sarkastycznymi komentarzami i bezlitośnie wyśmiewać bzdury — dziwiły się, że jeszcze nie wrzucił większości oddawanych mu pergaminów do kominka.
— Mary, bądź tak uprzejma i rozdaj prace — poprosił Krukonkę, siedzącą najbliżej jego biurka. Drobna dziewczyna natychmiast rzuciła się, by wykonać polecenie. — Wiem, że ilość przedmiotów oraz przygotowania do OWUTEMów bardzo wam mącą w głowach, ale żeby pisać, że druzgotki żywią się małżami, a jego skóra ma żółty kolor? Przecież to jest poziom trzeciej klasy. Natomiast wywar pomagający wilkołakom nosi nazwę tojadowego, a nie tojodowego. I nie, w hogwarckim jeziorze wcale nie żyją syreny, panno Wilkes. Może i występują pod tą nazwą w mugolskich bajkach, ale my nazywamy je trytonami. Nie wiem, jak wybieraliście te tematy, ale przyznam, że się momentami… rozczarowałem.
Ruda z uśmiechem spojrzała na swoją pracę, podaną jej przez Mary. Jak zwykle otrzymała ocenę wybitną, to samo Gabrielle — tylko Elissa ledwo wyciągnęła zadowalający, gdyż odrabiała pracę na kolanie, po powrocie z kolejnej randki ze swoim przystojnym Ślizgonem.
— Mam nadzieję, że następnym razem pójdzie wam lepiej. — Nauczyciel westchnął, po czym machnął różdżką. Użyte przez niego zaklęcie sprawiło, że tablica stojąca za katedrą pokryła się białymi literkami układającymi się w temat lekcji. — Dzisiaj zajmiemy się czarnomagicznymi klątwami. Nie jest to łatwy ani przyjemny temat, dlatego omawia się je dopiero w siódmej klasie. Nie jest też krótki i do streszczenia w ciągu jednej lekcji, więc będziemy go opracowywać przez kolejny tydzień, a na sam koniec napiszecie dla mnie wypracowanie. Nie będziemy jednak wałkować samej teorii, choć jest jej dużo, ale nauczymy się też, jak takim klątwom przeciwdziałać i jak się przed nimi bronić. Czy to zrozumiałe?
Uczniowie przytaknęli więc profesor Nicks skinął głową. Literki na tablicy zniknęły.
— A więc klątwy — powtórzył. — Czym są klątwy? Słucham, panno Catbourn?
— Są to zaklęcia związane z czarną magią? — spytała dziewczyna, niepewna swojej odpowiedzi.
— Mmm, ale nie tylko. Klątwą będzie każde zaklęcie, które, hm, przynosi zły skutek. Ciężko to inaczej powiedzieć, ale myślę, że rozumiecie. No dobrze. W takim razie jaki istnieje podział klątw? Tak, panno Weasley?
— Na materialne i niematerialne. Materialne klątwy zostawiają po sobie jakiś ślad, na przykład piętno, a niematerialne przypominają bardziej uroki, tyle że zawsze mają złe skutki.
— Fantastycznie. Jakieś przykłady klątw?
Avada.
— Zgadza się, panie Malfoy. Zaklęcia Niewybaczalne zdecydowanie są klątwami. Ale klątwami są również zaklęcia, o których się wcale tak często nie mówi i się ich nie używa, bo, no cóż, należą do dziedziny zaawansowanej czarnej magii. Do klątw materialnych należało na przykład zaklęcie wypalające Mroczny Znak.
Rose dostrzegła, że siedzący obok Scorpiusa Malfoy wzdrygnął się zauważalnie i wbił wzrok w blat stołu. Nie dziwiła mu się — słyszała historie o śmierciożercach, do których należał jego ojciec, Draco. 
— Życzę wam, żebyście nigdy nie mieli do czynienia z żadną z klątw. — Nauczyciel poczochrał swoje jasne włosy. — Na tych zajęciach nauczymy się je jednak rozpoznawać i warzyć antidotum opóźniające działanie klątwy parzącej, chyba najczęściej spotykanej za granicą. Inne antidota, oczywiście, istnieją. Ktoś poda przykład?
— Antidotum z dzikiej zagajewki — mruknął Albus, podnosząc głowę. — Słyszałem o nim od ojca. Potrafi wyleczyć sploty bardzo skomplikowanych klątw.
— To prawda. Dobrze, bierzmy się wobec tego do pracy. Jeżeli ktoś ma problem z eliksirami, niech mi o tym powie, nie chcę tutaj wybuchów. Dobierzcie się w pary albo w trójki, jak wam wygodniej.
— El, wszystko w porządku? — spytała zaniepokojona Gabrielle, widząc, jak blado przyjaciółka wygląda. Elissa już od dłuższego czasu miała problem ze skupieniem się na słowach profesora; docierały do niej jak przez mgłę i wychwytywała tylko co drugie. Nie mogła zasnąć w nocy i w efekcie spędziła te osiem godzin przeznaczonych na sen na przewracaniu się z boku na bok.
Martwiła się o Grega. Nie odpowiadał na jej sowy, na zajęciach również się nie pojawił, ani w poniedziałek, ani teraz. Pytała nawet Albusa i kilku innych Ślizgonów, czy któryś wie coś na ten temat, jednak w zamian otrzymała tylko zdziwione spojrzenia oraz wzruszenia ramion. Wyglądało to tak, jakby Ślizgon zapadł się pod ziemię.
— Co? Słucham? — odparła sennie, opierając głowę na dłoni i spoglądając na siedzące obok niej dziewczyny.
— Pytałam, czy wszystko w porządku.
— Taaak, spać mi się po prostu chce — skłamała. — Nie mogłam zasnąć w nocy. Aż tak źle wyglądam?
— Jesteś bardzo blada — mruknęła Rose, sięgając po podręcznik i otwierając go na stronie poświęconej klątwą. Wygładziła pięścią grzbiet, żeby książka się sama nie zamknęła. — Nie chcesz się przejść do skrzydła szpitalnego?
— W sumie… to nie jest zły pomysł. Może po eliksirze słodkiego snu uda mi się zasnąć, bo przestałam rozumieć, co się wokół mnie dzieje. — Nie dodała, że dzięki niemu może odpłynie na kilka godzin i nie będzie się wówczas zadręczać. Podniosła rękę, zwracając na siebie uwagę nauczyciela. — Profesorze, źle się czuję. Mogę iść do skrzydła szpitalnego?
Nicks zlustrował spojrzeniem uczennicę; nie umknęło jego uwadze, że dziewczyna się trzęsła, a jej twarz przybrała niezdrowego odcienia. Oczywiście, mógł to być skutek jakiegoś wyrafinowanego żartu w stylu słynnych bliźniaków, George’a i Freda Weasleyów, jednak Elissa nie zwykła tak po prostu opuszczać lekcji, podobnie jak większość Krukonów.
— W porządku, idź. Panno Weasley, odprowadzisz ją? — powiedział wreszcie.
— Oczywiście.
Wyszły z klasy, odprowadzane spojrzeniami pozostałych uczniów. Usłyszały jeszcze słowa nauczyciela o sposobie warzenia antidotum i znalazły się na korytarzu. Ledwo zamknęły się za nimi drzwi, Elissa się zachwiała. Rose musiała zebrać całą swoją siłę, żeby pomóc przyjaciółce ustać na nogach.
— Merlinie, przepraszam cię — wybełkotała niewyraźnie. — To wszystko przez to niewyspanie… Za dużo się martwię…
— O co? — spytała miękko Rose, dyskretnie rzucając niewerbalne zaklęcie locomotor. To znacznie ułatwiło jej holowanie Elissy. — Coś się stało?
— Tak. Nie. Tak. Jakoś sobie poradzę… Merlinie. Pamiętasz Grega Breitza, o którym wam mówiłam? Tego Ślizgona, którego poznałam w bibliotece? Śmiałyście się wtedy ze mnie przy śniadaniu.
— Kojarzę. Co z nim?
Rose już zaczęła podejrzewać złamane serce, kiedy usłyszała kolejne słowa Elissy:
— Spotykałam się z nim od dwóch tygodni. Teraz… przepadł. Nie pojawia się na zajęciach, nie odpisuje na sowy, jego znajomi ze Slytherinu nic nie wiedzą. Nie wiem, co się z nim stało. Boję się, że to coś poważnego…
— Rozmawiałaś z madame Shearwood? Jest opiekunką Slytherinu, może będzie coś wiedziała…
— Nie, jeszcze nie.
— Myślę, że warto spróbować. Może po prostu musiał wyjechać do domu, to się czasem zdarza… Nie ma co się martwić na zapas. Będzie dobrze.
Rose wiedziała, że dla Elissy te słowa nie brzmią zbyt przekonująco, ale na razie tylko tyle mogła dla niej zrobić. Jeżeli chłopak nie odpisywał ani się nie pokazywał, trzeba było poczekać i porozmawiać z opiekunką domu. Może po prostu źle się czuł? Ale z drugiej strony wtedy znalazłby się w skrzydle szpitalnym, a jego znajomi by o tym wiedzieli…
— Jasne.
Dotarły wreszcie do skrzydła szpitalnego, gdzie rezydowała od wielu lat pielęgniarka Poppy Pomfrey, pamiętająca na pewno dwa pokolenia klanu Potterów-Weasleyów — a kto wie, czy i nie trzy, bo nikt nie śmiał pytać ją o wiek. Rose z ulgą oddała w jej ręce Elissę. Kobieta nie skomentowała w żaden sposób, zamiast tego tylko kazała dziewczynie położyć się do łóżka i napoiła ją eliksirem słodkiego snu.
— Nic jej nie będzie, prześpi się kilka godzin i wróci do zdrowia — mruknęła do Weasleyówny, chowając z powrotem lekarstwa. — Gdyby nadal miała problemy ze snem, niech do mnie przyjdzie jeszcze.
— Oczywiście.

Gdy tego samego dnia kładła się spać, towarzyszyło jej dziwne uczucie niepokoju. Wsunęła nogi pod kołdrę, przebrana w luźną koszulkę i krótkie spodenki, i zamknęła oczy. Senność jednak nie nadchodziła, a ona leżała przez dłuższy czas w pachnącej pościeli, wpatrując się w sufit.
Usłyszała grzmot, który sprawił, że podłoga zadrżała; nadchodziła burza i zapewne wraz z nią ulewa. Rose wiedziała, że teraz deszcz będzie padać dosyć często, w końcu zaczynała się jesień.
Wstała z łóżka, wiedząc, że już tej nocy nie zaśnie. Musiałaby, jak odpoczywająca wciąż w skrzydle szpitalnym Elissa, spożyć eliksir słodkiego snu. Nie miała go na stanie, więc podjęła decyzję o przejściu do sali tanecznej. Jeśli miała zasnąć, to tylko po solidnym zmęczeniu się i uspokojeniu. Nieważne, że było już grubo po ciszy nocnej. Jako prefekt naczelny miała prawo poruszać się po zamku w późnych godzinach, poza tym wiedziała, że nie wytrzymałaby w dusznej komnacie ani sekundy dłużej.
Założyła na nogi zniszczone, niebieskie trampki, i wyszła, zostawiając Gabrielle śpiącą snem sprawiedliwej.
Przemknęła cicho przez ciemne korytarze, nie napotykając nikogo na swojej drodze. Na wszelki wypadek jednak trzymała w dłoni różdżkę, gotowa do rzucenia zaklęcia. Wreszcie jednak otworzyła drzwi swojej ukochanej sali i wślizgnęła się do środka, upewniwszy się, że na pewno nikt za nią nie podąża.
Wyjrzała przez jedno z okien znajdujących się w komnacie. Ciemne chmury pokryły nieboskłon, czerń spowiła błonia. Rose nie dostrzegła nawet księżyca, zamiast tego jedynie cieniutkie wstęgi błyskawic znaczących horyzont.
Zapaliła pochodnie, chcąc chociaż widzieć w lustrze swoją sylwetkę. Lubiła obserwować swoje nogi podczas tańca — zupełnie jakby patrzyła na zupełnie obcą osobę. Zaczęła tańczyć właściwie bez udziału swojej woli. W jednej chwili wszystkie troski odpłynęły, pozostawiając uczucie ciepła rozchodzące się po skórze oraz dziwną lekkość. Poruszenia ramion przekonywały ją, że jest wolna, że może płynąć w powietrzu. Czuła się nieco jak we śnie, rozgorączkowana i jednocześnie szczęśliwa.
Padła wreszcie na posadzkę, naprędce transmutując jakąś poduszkę w koc. Zmęczenie dopadło ją w jednej chwili i zmusiło do zamknięcia oczu, zupełnie jakby czekało, aż się poczuje bezpieczna. Jakby od tego zależało jej życie.
Nawet nie wiedziała, kiedy odpłynęła.
— Weasley, co ty wyprawiasz?
W jednej chwili obudziła się i zaskoczona poderwała się na nogi. Nie wierzyła własnym oczom, widząc stojącego w drzwiach Scorpiusa Malfoya, nonszalancko trzymającego ręce w kieszeniach. Po jego ustach błąkał się kpiący uśmieszek, a uniesiona brew sugerowała politowanie. Musiał obserwować śpiącą Rose już od jakiegoś czasu — Merlin jeden wie, jak długo.
— Malfoy, co ty tu robisz? Jak się tu dostałeś?!
— Normalnie, Weasley, nacisnąłem klamkę i wszedłem, nie widać?
— Nie powinno cię tu być!
Wściekła i na niego, i na siebie, Rose zaczęła składać koc, a później podniosła z ziemi swoją własną różdżkę. Nie mogła znieść przeszywającego spojrzenia zielonych oczu Scorpiusa, obserwujących ją z wyraźną ciekawością. Podejrzewała, że nigdy nie widział jej w takim stroju — i nagle się zawstydziła swojej ukochanej czarnej koszulki, wymiętej od snu, oraz luźnych szortów odsłaniających chude nogi.
— Niby dlaczego? Regulamin tego zabrania? Albo może jest tu jakaś tabliczka z napisem: „Pokój jest własnością Rose Weasley”?
— Jesteś wkurzający, Malfoy.
Chciała mu w pierwszej chwili powiedzieć, że to miejsce było jej oazą spokoju, a on zniszczył ją samą swoją obecnością.
— Wiem — odparł z rozbrajającą szczerością. — Ale bardzo lubię cię irytować.
— Bo co? Męczenie ludzi sprawia ci przyjemność? Tak bardzo lubisz psuć innym humor swoimi głupimi gierkami i półsłówkami?! Arrrrgh, Malfoy, bądź tak miły, wypchaj się i zniknij mi z oczu, dobrze?!
— Przychodzisz tutaj tańczyć? — spytał, zupełnie ignorując jej wybuch i udając, że nie słyszał. Rozglądał się po pomieszczeniu z ciekawością, niezbyt zdumiony widokiem luster, poręczy, wypolerowanego parkietu oraz okna, z którego roztaczał się widok na błonia. — Grimmer czy jak mu tam wie o tym miejscu?
— Nie, przychodzę tu posiedzieć w samotności, a ty mi w tym wybitnie przeszkadzasz!
Odłożyła koc pod okno.
— To by wyjaśniało, dlaczego twój taniec był tak paskudny.
— Słucham?
Ślizgon wykrzywił szyderczo usta, a ona pragnęła mu zetrzeć ten uśmieszek z twarzy. Czuła, że jeszcze trochę, a zupełnie przestanie się hamować i się na niego rzuci. Albo lepiej, użyje jednego z tych zaklęć, które pokazał jej James.
Wycelowała swoją różdżkę w Scorpiusa. Jej oczy ciskały gromy, ale ręka się trzęsła ze złości.
— To, co słyszałaś. Nie popisałaś się zbytnio. Tańczyłaś strasznie sztywno, jakbyś połknęła miotłę. Nie angażowałaś się, nie dałaś się ponieść muzyce. Tańczyłaś poprawnie — i tylko tyle, bo skupiałaś się na własnych krokach.
— Zamknij się!
— Nie ufasz Grimmerowi, co? Bałaś się, że popełni błąd? Faktycznie, chłopak nie czuł się w ogóle pewnie, widać, że nie potrafi prowadzić. Jak na pierwszy raz nie było tragicznie, Weasley, ale jestem pewien, że stać cię na więcej.
Co to było? Sarkazm czy powalająca szczerość?
Rose stała wmurowana w ziemię, nie wiedząc, czy Ślizgon znowu kpił i czy powinna się czuć obrażona. Patrzyła mu w oczy, powoli tonąc w otchłani zieleni, w której nie znajdowała szyderstwa — jedynie rozbawienie. To tak nie pasowało do Malfoya, że zdumiona nieświadomie upuściła różdżkę.
— Czy to jakiś dowcip z twojej olbrzymiej kolekcji, Malfoy?
— To była prosta obserwacja i wyciągnięte z niej wnioski, Weasley. Gdybyś nie tańczyła z tym palantem, osiągnęłabyś znacznie więcej. — Wzruszył ramionami. — To fakt, chyba nawet ty to widzisz.
Miał, do jasnego hipogryfa, rację, chociaż pojęcia „Malfoy” i „prawda” się zdaniem Rose wykluczały.
— A jeszcze niedawno mówiłeś, że nie mam koordynacji ruchowej.
Założyła ręce na piersi w obronnym geście, przesyłając chłopakowi komunikat: „Nadal ci nie wierzę”.
— Wtedy nie widziałem cię na parkiecie.
I wówczas Ślizgon zrobił coś, czego Rose się w życiu nie spodziewała — wyciągnął do niej rękę. Spojrzała na niego, a jej zdziwienie sięgało zenitu.
— Co…
— Zatańcz ze mną, Weasley.
To nie było pytanie, ale też nie rozkaz. Słowa Scorpiusa brzmiały dziwnie miękko, a jego oczy wypełniały prośba oraz dziwne światło. Wyglądał tak niezwykle i niecodziennie, że Rose, ulegając, chwyciła wyciągniętą dłoń. Miała wrażenie, że je mózg wywędrował za drzwi klasy albo, co gorsza, utopił się w zielonych tęczówkach Malfoya Juniora Zaskakującego. Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w jego oczy, dopiero teraz odkrywając, że ich zieleń tak naprawdę stanowiła mieszaninę wielu barw — i żółtego, i złotego, i brązowego, i szarego, i niebieskiego. Błyszczały w nich wesołe ogniki, przypominające miniaturowe gwiazdy.
On zresztą też nie odrywał od niej wzroku.
Nawet nie zarejestrowała momentu, kiedy zaczęli tańczyć do niesłyszalnej muzyki, która grała w ich duszach. Nogi dziewczyny zaczęły poruszać się same, nawet nie musiała się zastanawiać nad krokami, całkowicie oddając się w ręce Scorpiusa. Chłopak prowadził pełnie, z wprawą, a Rose czuła, że może się w pełni rozluźnić, bo ani się nie potknie, ani się nie przewróci. Czuła się całkowicie bezpieczna. Napięcie ją opuściło, złość pozostawiła po sobie jedynie słabe pulsowanie w żyłach.
Zaraz, zaraz.
Bezpieczna? W ramionach Scorpiusa Malfoya? Czy to znaczy, że mu ufała? Nie, niemożliwe. Nie, nie, nie. To przecież nie tak…
Zerwała kontakt wzrokowy i już miała się wyrwać — a właściwie to tanecznie i z gracją wyślizgnąć się podczas kolejnego oddalenia — kiedy Scorpius ją przyblokował, by następnie przyciągnąć z powrotem do siebie.
— Już uciekasz? — szepnął.
Zadarła głowę, dumna królowa, już gotowa do tego, żeby się odgryźć, lecz wyraz twarzy Malfoya sprawił, że zamknęła usta. Scorpius był całkowicie poważny, skupiony, ale też i czujny. Rozciągał usta w lekkim uśmiechu, który wcale nie łagodził jego rysów twarzy. W jego oczach Rose dostrzegła coś na kształt czułości — i musiała się uszczypnąć, by zyskać pewność, że nie śniła.
Zakręciło jej się w głowie. Wykonała kolejny piruet, niewypuszczona z jego rąk. Prowadził ją, ale nie czuła się jak dziecko, którego trzeba pilnować, bardziej jak jego równorzędna partnerka, którą chronił i jednocześnie czynił silniejszą.
O Merlinie, jak patetycznie to brzmiało. Niczym w mugolskich romansach.
Między ich ciałami odległość skracała się nawet do zera, często się o siebie ocierali, co sprawiało, że przeskakiwały pomiędzy nimi błękitne iskry. Rose już dawno przestało to przeszkadzać, całkowicie się zatraciła w tym szaleńczym tańcu i zapomniała o swojej chęci ucieczki. Czerpała siłę z wzajemnej bliskości, szeptu ich nóg i rąk, z wariackich piruetów, przypadkowych, czułych muśnięć. Uciekali od siebie, żeby zaraz się ponownie odnaleźć. Muzyka zdawała się unosić wokół nich, chociaż nie słyszeli niczego poza łomotem własnych serc.
Ktoś rozpalił w ich żyłach dziki ogień i wytworzył między nimi magiczną więź, dzięki które rozumieli się bez słów. Oboje płonęli, oboje czuli zalewające ich fale gorąca, choć w pewien sposób było to przyjęte, a nawet, jak pomyślała z zażenowaniem Rose, posyłające fale rozkoszy wzdłuż kręgosłupa.
Ta chwila związała ich ze sobą na zawsze, choć oboje nie chcieli się do tego przyznać.
W pewnym momencie żar się wypalił i oboje opadli wyczerpani na podłogę, ciało przy ciele, ramię przy ramieniu. Oddychali ciężko, Rose z przymkniętymi oczami, on patrzący w sufit. Z wolna się uspokajali, a gorączka opadała.
Dopiero wtedy zaczęli się zastanawiać, co oni, do licha, najlepszego wyrabiali.

Surprise...? Nowy rozdział 6.10.

20 komentarzy:

  1. Wow brak mi słów... Rozdział świetny i ten piękny opis jak oni tańczyli, kocham... Co sie stało z Gregiem? Mam nadzieje ze niedługo to wytłumaczysz :D
    Czekam na nexta
    I życzę
    Duuuuuuuuużo weny <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wytłumaczę niedługo, ale trochę musicie poczekać. :D

      Dziękuję, przyda się! <3

      Usuń
  2. Wygląda na to, że między Elissą i Gregiem dobrze się układa. Może to będzie związek na dłużej. Tylko ciekawe co się stało z Gregiem, że zniknął i nikt nic nie wie.
    Podobał mi się taniec Scorpiusa i Rose. Widać, że Rose lepiej się tańczy ze Scorpiusem. Ciekawe czy będą jeszcze mieli okazję zatańczyć.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba nie będzie spoiler, jak powiem, że będą mieli okazję razem zatańczyć jeszcze wiele razy... :D

      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  3. Boże ja tak bardzo chcę, aby Scorpius i Rose tańczyli więcej i więcej >.<
    Daj im tego, czego chcą oboje :c Proszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spełnię to życzenie, ale do tego czasu musi w rzece upłynąć trochę wody. :D

      Usuń
  4. No nie wierzę :o ale super, że Rose tańczyła z Malfoyem :D mam nadzieję, że po wszystkim nie będą udawać, że nic się nie stało :D
    Świetny rozdział!
    Zapraszam do mnie: https://jak-ogien-i-woda.blogspot.com/?m=1

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie zdradzę... *pokerface*

      Pozdrówki, postaram się zajrzeć!

      Usuń
  5. Cudowny. :D
    Pięknie napisałaś o tym ich tańcu. :D No po prostu pięknie. :D
    Siedzę i się cieszę jak głupia. :D Słodkie, piękne i tak dalej. :D Nie wiem, co napisać. Więcej scen jak oni tańczą! :D

    OdpowiedzUsuń
  6. O mój Boże! Ten rodział jest świetny, po prostu brak mi słów. Do tej pory mam wielkiego banana na samo wspomnienie tańca Rose i Scorpiusa.Nie mogę się doczekać nexta. W ogóle ciekawe co stało się z Gregiem, nie wiem czemu ale przemknęła mi myśl, że on jest duchem czy coś, bo to jego zniknięcie jest naprawdę podejrzane. Ogólnie rodział świetny ale boję się, że w następnym Rose zrobi coś niebywale głupiego i nawrzeszczy na Scorpiusa.
    W każdym razie życzę dużo weny i czekam na nexta!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, Greg nie jest duchem, tyle mogę powiedzieć - jest człowiekiem z krwi i kości. :D Jest jednak dosyć ważną postacią, bo wpłynie na późniejsze czyny Elissy i Rose. Ja wszystko obmyśliłam! XD
      Dziękuję bardzo, cieszę się, że się rozdział podobał. :D

      Pozdrówki!

      Usuń
  7. Przepraszam, że dopiero teraz komentuję, ale po prostu nie miałam czasu :( I weny też mi jakoś brak, więc się nie rozpiszę :/
    Bardzo dobrze, że u Jonbrielle cud miód malina <3 I to chyba wszystko o nich xD
    Plus za naukę Patronusa!
    Ciekawe co z tym Gregiem...
    Ta scena z Rose i Scorpiusem... po prostu brak mi słów! Przez cały czas gdy ją czytałam dosłownie rozpływałam się i szczerzyłam do komputera xD
    W ogóle od momentu, w którym wchodzi Malfoy i rzuca tekstem jest bosko! Czyżby on też używał tej salki jako samotni do tańca?
    Uwielbiam ten fragment <3 :
    "Nie wierzyła własnym oczom, widząc stojącego w drzwiach Scorpiusa Malfoya, nonszalancko trzymającego ręce w kieszeniach. Po jego ustach błąkał się kpiący uśmieszek, a uniesiona brew sugerowała politowanie. Musiał obserwować śpiącą Rose już od jakiegoś czasu — Merlin jeden wie, jak długo.
    — Malfoy, co ty tu robisz? Jak się tu dostałeś?!
    — Normalnie, Weasley, nacisnąłem klamkę i wszedłem, nie widać?
    — Nie powinno cię tu być!
    Wściekła i na niego, i na siebie, Rose zaczęła składać koc, a później podniosła z ziemi swoją własną różdżkę. Nie mogła znieść przeszywającego spojrzenia zielonych oczu Scorpiusa, obserwujących ją z wyraźną ciekawością. Podejrzewała, że nigdy nie widział jej w takim stroju — i nagle się zawstydziła swojej ukochanej czarnej koszulki, wymiętej od snu, oraz luźnych szortów odsłaniających chude nogi.
    — Niby dlaczego? Regulamin tego zabrania? Albo może jest tu jakaś tabliczka z napisem: „Pokój jest własnością Rose Weasley”?
    — Jesteś wkurzający, Malfoy.
    Chciała mu w pierwszej chwili powiedzieć, że to miejsce było jej oazą spokoju, a on zniszczył ją samą swoją obecnością.
    — Wiem — odparł z rozbrajającą szczerością. — Ale bardzo lubię cię irytować."- To. Jest. Świetne!
    Fragment, w którym tańczą jest po prostu magiczny! Widać te ich uczucia buzujące pod skórą (to wyrażenie wyszło jak z romansu klasy ż xD), o których oni sami jeszcze nie do końca wiedzą. Chociaż Rose już pierwsze oznaki chyba czuje :D (bezpicznie w ramoinach Malfoya, hmmm? xD).
    Naprawdę, to chyba był jeden z najlepszych fragmentów tego opowiadania! To wszystko było takie... romantyczne (z reguły nie używam tego słowa, bo albo brzmi tandetnie, albo mówię z sarkazmem, ale tu jest jak najbardziej szczere ;) )
    Z nieciepliwością czekam na następny rozdział!
    Pozdrawiam i życzę weny!
    ~Arya ;)
    Jestem strasznie ciekawa jak teraz będą się zachowywać względem siebie... I czy komuś o tym powiedzą? Scorose forever <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam Twój komentarz z bananem na twarzy! :D Tak się cieszę, że ten fragment Ci się spodobał. Akurat cały ten rozdział był pisany pod wpływem weny oraz piosenki wiszącej na górze i myślę, że dlatego wyszło to nie najgorzej. :D

      Dzięki, wena jest, mam trzy rozdziały do przodu, kolejny w drodze. :D

      Pozdrówki <3

      Usuń
  8. Łaa...Rozpływam się. :D
    Rozdział wyszedł ci fenomenalnie. Fragment, gdzie Rose i Scorpio tańczą ze sobą jest ujmujący, magiczny, pełen uczuć i taki... finezyjny? xD Cholera wie, jak to nazwać. :D
    Teraz jestem ciekawa, jak oni w ogóle będą się wobec siebie zachowywać. Bo to była ta pierwsza iskra między nimi. Ciekawe kiedy wybuchnie żar. xD
    A mówiąc jeszcze o reszcie rozdziału: Ciekawi mnie, co z tym Gregiem się stało. Elie się martwi, a ja mam złe przeczucia. :c
    Czekam na kolejny rozdział, pozdrawiam cię serdecznie i życzę mnóstwa weny! :)

    www.gra-zniwiarza.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do pełnego wybuchnięcia żaru jeszcze trochę czasu, bo nie zamierzam im ułatwiać życia. XD
      Ja nic nie zdradzę, musicie poczekać na rozdział - jeszcze tylko dwa dni!

      Pozdrówki!

      Usuń
  9. Wow, to było genialne <3 Niespodziewane i w ogóle, ale genialne! Naprawdę podołałaś zadaniu opisania tańca. Szacun :) Aż już dwa razy czytałam sobie ten fragment, bo tak mi przypadł do gustu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja myślałam, że nie podołam, bo sama nie tańczę! I się naoglądałam dużo filmików tanecznych, żeby być w stanie to opisać. Dlatego podwójnie się cieszę, że się udało sprostać zadaniu i że się podobało. :D

      Usuń
  10. Wow...! Końcówka genialna. Na eliksriach malfoy siedziAl obok Scorpiusa. Lecę czytac ostatni rozdział

    OdpowiedzUsuń
  11. Ojeju, jak cudownie ich opisałaś... chłonę każde twoje słowo i teraz lecę czytać dalej!

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje