czwartek, 20 października 2016

11. Deszcz gwiazd

Dzień był pochmurny i wietrzny. Zachęcało to raczej do pozostania w dormitoriach niż do wychodzenia na zewnątrz, lecz wyprawa do Hogsmeade wymagała poświęceń.
Gabrielle usiadła na schodkach tuż przy wyjściu z zamku, opatulona swoją puchową, niebieską kurtką. O jej plecy ocierała się potomkini pani Norris, Łaciata, którą wiekowy woźny Argus Filch usiłował przywołać do porządku. W tym celu oderwał się nawet od odhaczania nazwisk na swojej liście uczniów posiadających pozwolenie na wyjście do wioski i posyłał zwierzęciu groźne spojrzenia. Kotka sobie z tego jednak nic nie robiła, radośnie prężąc biały ogon, gdy blondynka ją głaskała.
Tłumek podekscytowanych trzecioklasistów wyszedł z zamku już jakiś czas temu, a pozostali uczniowie wysypywali się z niego dosyć leniwie — szaleństwo pierwszej wizyty mieli już dawno za sobą. Dzięki temu droga prowadząca do Hogsmeade nie była zbyt zatłoczona i przebywały ją teraz jedynie pojedyncze osoby.
— Zgadnij, kto.
Ciepłe ręce zasłoniły oczy Gabrielle. Dziewczyna drgnęła wystraszona, zaczęła się jednak śmieć, gdy usłyszała znajomy, głęboki głos.
— Jon!
— Mmm, jak zgadłaś?
Przesunął dłonie na jej ramiona, pozwalając, by oparła się o jego kolana. Miał na sobie czarną bluzę z jakimś napisem. Podwinął rękawy, zupełnie jakby zimno wcale go nie dotyczyło. Patrzył na Gabrielle nieco z góry, uśmiechając się szeroko — zupełnie jakby sam jej widok wystarczył, żeby wprawić go w dobry humor.
— Twój głos zawsze poznam.
— Aż tak go lubisz?
— Wprost za nim przepadam — przyznała szczerze.
— To dla mnie prawdziwy zaszczyt. Chodź. Długo czekałaś?
— Nie, tylko chwilkę. 
Pomógł jej wstać, po czym razem przeszli na ścieżkę prowadzącą do czarodziejskiej wioski.
Dostrzegli jej światła już z daleka — Hogsmeade zawsze tętniło życiem, zwłaszcza wtedy, gdy nawiedzali je uczniowie Hogwartu. Do tego mieszkali tutaj sami czarodzieje, nie tylko podczas roku szkolnego.
— Nie jest ci zimno? — spytała po chwili Gabrielle, widząc, że nawet pomimo przenikliwego wiatru Jon nie ma nawet gęsiej skórki na ramionach. Ona marzła pomimo puchowej kurtki, chociaż dopiero co zaczynała się jesień i zima miała dopiero nadejść.
— Nie. Jestem odporny na niskie temperatury. Mam zadatki na bycie żywym grzejnikiem.
Obdarzył ją kolejnym szerokim uśmiechem i puścił jej dłoń, ale tylko po to, by w zamian objąć ramiona oraz przyciągnąć bliżej siebie.
— Zdecydowanie mi się to podoba.
— Wiedziałem — roześmiał się. — Dobrze. Czy życzysz sobie pójść do jakiegoś konkretnego miejsca?
— Myślałam, że coś wymyśliłeś, skoro to oficjalna randka…
— Bo wymyśliłem, nie bój się. Pytam jedynie, czy nie chciałaś zrobić jakichś konkretnych zakupów, bo w końcu to nasze pierwsze wyjście w tym roku. W żadnym wypadku nie wyklucza to moich planów.
— A jakież są twoje plany?
— Będziemy pić motylkowy nektar — szepnął jej do ucha.
— Motylkowy nektar?
Parsknęła śmiechem.
— Ty się śmiejesz, a ja mówię śmiertelnie poważnie. — Zdołał zachować kamienny wyraz twarzy, podczas gdy Gabrielle się śmiała. — No jak możesz, no wiesz co…
— I może jeszcze wywar z cukrowych motylków do tego? — skomentowała rozbawiona. — Chociaż nie, to by było zbyt okrutne. Motyle z cukru też chcą przecież żyć.
— Blisko, ale nie do końca. Motylkowy nektar to najlepsza czekolada na świecie, nawet moja mama nie potrafi zrobić lepszej. Nazwa wzięła się stąd — wymruczał — że przyciąga motyle z białej czekolady. Powinny ci smakować.
Konspiracyjnie puścił jej oczko. Dziewczyna zaśmiała się ponownie, ale nie zdążyła już odpowiedzieć, gdyż dotarli właśnie do celu — urokliwej księgarenki noszącej nazwę „Biała Kamelia”. Sklep był filią londyńskich „Esów i Floresów”, założoną zresztą dosyć niedawno na prośby mieszkańców miasteczka.
W środku zawsze panował zapach starych książek, ułożonych w równych rzędach na półkach. Księgozbiór może nie imponował tak bardzo jak ten głównej księgarni, jednak czarodziejom zamieszkującym w wiosce oraz uczniom Hogwartu całkowicie to wystarczało.
Wnętrze urządzono bardzo przytulnie. W jednym z kątów właściciele urządzili malutką kawiarenkę z dębowymi stoliczkami oraz wygodnymi fotelami przyozdobionymi kolorowymi poduszkami. Do tego za kontuarem sprzedawców ciągnęły się schody na kolejne piętro — na galerię, gdzie stało jeszcze więcej półek z bezcennymi tomami. Łagodne oświetlenie oraz kremowe ściany przydawały tym pomieszczeniom uroku oraz ciepła, zwłaszcza w dni takie jak ten.
„Biała kamelia” nie była zbyt popularnym miejscem pielgrzymek, więc zazwyczaj księgarnia świeciła pustkami. Nawet teraz został zajęty tylko jeden ze stolików — w kącie siedziała starsza pani i czytała „Proroka Codziennego”, popijając jakiś napój z fantazyjnej filiżanki. Gabrielle uznała, że to nawet lepiej dla niej i Jona; przynajmniej mieli zapewnione ciszę oraz odrobinę prywatności.
Usiedli wygodnie w fotelach i po szybkim przejrzeniu menu zadecydowali, że zamówią rekomendowany przez Jona napój oraz po kawałku ciepłej szarlotki. Cóż mogło być lepszego w zimny i pochmurny dzień?
Uśmiechnięta kelnerka przyjęła ich zamówienia, po czym odeszła nieco chwiejnym krokiem, by je zrealizować, a Gabrielle i Jon zostali sami.
— Jak ci w ogóle minął poranek beze mnie? — spytał chłopak, widząc, że blondynka nie ma zamiaru odezwać się pierwsza. Bawiła się serwetką, wyraźnie nie wiedząc, co ma powiedzieć.
— Smutno, oczywiście. — Podniosła głowę, a jej twarz rozjaśnił uśmiech. — Niewiele brakowało, żebym z tego żalu utonęła pod naporem ciuchów wylewających się z szafy. Nie wiedziałam, co na siebie założyć — wyjaśniła, poprawnie interpretując przechylenie głowy przez Jona.
Naprawdę spędziła tego ranka co najmniej godzinę przed szafą, denerwując się, że nie wie, co założyć. Obudziła tym samym Rose, śpiącą jeszcze w najlepsze po swoim nocnym patrolu. Ledwo przytomna przyjaciółka poradziła jej wreszcie, żeby nie kombinowała i założyła coś ciepłego, wskazując spod kołdry czarną koszulkę oraz sweterek przyozdobiony godłem Ravenclawu. Teraz Gabrielle cieszyła się, że jej posłuchała — dzięki temu nie zmarzła aż tak bardzo, jak by to miało miejsce, gdyby założyła sukienkę.
— Ach. Kobiety…
— Nie śmiej się tak. Ty pewnie założyłeś pierwszą lepszą bluzę — wycelowała w niego oskarżycielsko palec — a my przynajmniej lubimy dobrze i ładnie wyglądać.
— No tak, a potem marzniesz nawet w kurtce — westchnął z politowaniem.
— To szczegół. Malutki. Nieistotny.
Dalszą dyskusję przerwała im kelnerka, przynosząc napoje oraz ciasto. Gabrielle dostrzegła, że Jon miał rację — nad każdą ze szklanek unosiły się niewielkie, białe motylki, trzepoczące ażurowymi skrzydełkami. Sama czekolada była mleczna, ozdobiona do tego dużą ilością bitej śmietany oraz cynamonu.
— Wygląda smacznie — oceniła Gabrielle, biorąc do ręki długą łyżeczkę.
— Smakuje jeszcze lepiej. Spróbuj.
Dwa razy nie trzeba było jej powtarzać. Choć nie była Elissą, najbardziej łasą na słodycze dziewczyną w Ravenclawie, lubiła czekoladę.
Bita śmietana rozpływała się w ustach, a czekolada dosyć słodka, lecz faktycznie równie dobra, jak zapowiadał Jon. Dziewczyna rozprawiła się z nią z prawdziwą przyjemnością, rozkoszując się słodyczą. Dopiero wtedy spojrzała na motyle; aż jej się zrobiło ich szkoda.
— Nie musisz ich jeść, jeśli nie chcesz.
— Też masz wrażenie, że się zachowują jak żywe?
Zerknęła na Jona, który również zdążył już wypić całą swoją czekoladę i teraz zabierał się za szarlotkę. Nie dostrzegła motylków nad jego pucharkiem, a więc już je zjadł. Już miała się odezwać, kiedy ponad ramieniem chłopaka dostrzegła pierwszą stronę gazety czytanej przez jedyną poza nimi klientkę.
Wielki nagłówek głosił: „Kolejny treser smoków zraniony w Rumunii”, a zdjęcie pod nim przedstawiało jednego z mężczyzn walczących z rozsierdzonym i zionącym ogniem rogogonem węgierskim. Gabrielle wstrzymała oddech zszokowana; Rosie oraz jej ojciec bardzo dużo opowiadali o smokach, którymi się zajmowali pracujący w Rumunii czarodzieje.
— Co jest?
Zaniepokojony Jon również obejrzał się za siebie. Jeden rzut oka na gazetę wystarczył mu, żeby zrozumieć poruszenie dziewczyny. Uspokajająco ścisnął jej dłoń, przesuwając się tak, żeby zasłonić czytającą ze spokojem staruszkę.
— Przepraszam… — wyjąkała Gabrielle. — Chciałam tam zawsze pojechać, ale tata odmawiał, bo uważa, że to zbyt niebezpieczne…
— Rozumiem. Nie martw się, jeszcze tam na pewno pojedziesz. Jak nie teraz, to później.
— Zawsze chciałam się zajmować smokami. Chciałam chociaż zobaczyć, jak to jest, chociaż opieka nad nimi to jedno z najtrudniejszych zajęć, jakie tylko istnieją… Chciałam pojechać do Rumunii, a potem założyć może jakiś sklep…
— Wierzę, że ci się to uda, Gabrielle.
Skinęła głową, przyjmując słowa otuchy.
— A ty? Czym będziesz się zajmował?
— Jeszcze nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Chciałbym zostać aurorem. Mój ojciec pracuje w jakiejś mugolskiej firmie i uważa to za całkiem zabawne, ale mnie to zbytnio nie pociąga. Moja matka jest mugolką, uczy w szkole chemii, to coś podobnego do naszych eliksirów… Ale ona z kolei uważa, że powinienem robić to, na co mam ochotę. Jest bardzo fajna, interesuje się fantastyką, aż dziwne, że sama nie dostała listu z Hogwartu.
— Mam nadzieję, że kiedyś ją poznam.
Gabrielle uśmiechnęła się szeroko.
— Poznasz. Jedz szarlotkę. Już pewnie i tak jest zimna. Skończysz i pójdziemy stąd, co? Możemy poszukać jakichś słodyczy.
— Pewnie.
Dziewczyna zabrała się za dźganie widelcem swojego własnego ciasta, choć już z nieco gorszym humorem niż wcześniej. Nie mogła do końca sprecyzować, czy był to efekt przeczytanego nagłówka, czy życiowych wyborów.
— Chyba już nie dam rady tego zjeść, chodźmy, dobra? — poprosiła w końcu.
Zgodził się bez słowa i zaraz wyszli z lokalu, zostawiając kelnerce pieniądze za deser.

Wymknęła się na trzecie piętro, nie napotykając po drodze zupełnie nikogo. Większość Hogwartczyków przebywała właśnie w Hogsmeade. Elissa jednak nie skorzystała z możliwości wyjścia, była zbyt zdesperowana, by zobaczyć się ze swoim chłopakiem. Musiała wiedzieć, co się stało, że zniknął i się zupełnie nie odzywał. Wiedziała, że wrócił do zamku — gdziekolwiek był — gdyż wysłał jej rano sowę. 
Śledzona jedynie przez ciekawskie spojrzenia postaci na obrazach, dotarła w umówione miejsce.
Zobaczyła go już z daleka i jej serce natychmiast zaczęło szybciej bić. Jego jasne włosy jak zwykle sterczały we wszystkie strony, a niebieskie oczy lustrowały uważnie otoczenie. Miał muskularne ciało, wytrenowane przez lata gry w quidditcha; skrywał teraz mięśnie pod zwykłą szkolną szatą. Na jego piersi błyszczał srebrny wąż, który z każdym jego ruchem zdawał się zwijać i pełznąć po czarnym materiale. Chłopak opierał się nonszalancko o ścianę, ze zniecierpliwieniem przytupując nogą.
— Cześć — przywitała go nieśmiało.
Spojrzał na nią i momentalnie się uśmiechnął. Choć, jak Elissa pomyślała, ciepło nie objęło oczu — nadal kryło się w nich coś mrocznego. Trochę przypominały studnię, u wylotu której widniały gwiazdy.
— Hej.
Pozwoliła się przytulić, obejmując chłopaka za szyję i wchłaniając jego zapach, dziwną mieszankę pomarańczy, goździków i dymu mugolskich papierosów.
— Czemu tak długo cię nie było? — spytała szybko, wciąż przylegając do niego całym ciałem. — Zniknąłeś tak bez słowa, nie dałeś nawet znaku życia… Co się z tobą działo?
— To długa historia. Nie będę ci tego teraz opowiadał…
— I nie mogłeś do mnie napisać chociaż słowa? Wysyłałam sowy, a one zawsze wracały z moimi listami! Martwiłam się o ciebie! Chyba zasługuję na jakieś wyjaśnienie?!
Wymknęła się z jego ramion i stanęła przed nim; jej oczy ciskały błyskawice. Musiał przyznać, że był to rozczulający widok. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz ktoś się o niego martwił, no może poza matką.
— Byłem w domu — wyjaśnił wreszcie cicho, z frustracją przeczesując włosy. Dziewczyna żądała odpowiedzi, których nie mógł jej dać.
— Czemu? Czy coś się stało?
— Elissa…
— Po prostu mi odpowiedz, okej?!
— Nie — zirytował się, z pasją podciągając rękawy szaty. — Zrozum, nie mogę cię narażać, wystarczy, cholera, że sam siedzę w tym bagnie!
— Jakim bagnie?
Udawała spokojną, choć wewnątrz się gotowała. Greg zdawał się to dostrzegać, więc przez chwilę milczał, patrząc jej w oczy.
— Nie mogę ci powiedzieć.
— Nawet gdy cię o to proszę?
— Wybacz.
— Nie ufasz mi?
— To nie tak, że ci nie ufam… — Poziomy jego irytacji oraz frustracji rosły. — Tylko nie chcę cię narażać, zrozum to w końcu !
— Chcę ci tylko pomóc!
— Dzięki wielkie, poradzę sobie sam — sarknął, choć widział, że ją to zabolało.
— Z czarnomagicznymi klątwami też sobie świetnie poradzisz sam?
— Słucham? — Powiódł za nią wzrokiem i spojrzał na swoje własne prawe ramię, którego nie zasłaniały już rękawy szaty. Nawet nie wiedział, kiedy je podwinął. Jego skóra została przyozdobiona czarnymi zawijasami, przypominającymi nieco celtyckie wzory. Teraz jeszcze ciekła po nich strużka krwi, zapewne efekt częstego drapania. — Cholera jasna!
Sięgnął po schowaną w kieszeni różdżkę i szybko rzucił zaklęcie oczyszczające oraz zasklepiające rany. Czuł na sobie palący wzrok Elissy, lecz nie powiedział nic więcej.
— Możesz to jakoś wytłumaczyć?
— Jesteś pewna, że chcesz wiedzieć? Potem już nie będziesz mogła się wycofać.
— Chcę.
— Tylko nie przybiegnij do mnie z płaczem, jak będą ci się przez to wszystko śniły koszmary — ostrzegł ją, choć widział w jej oczach determinację.
— Spokojnie, nie zrobię tego.
— W porządku, sama tego chciałaś — westchnął, poprawiając rękawy. — Chodźmy do klasy, wolałbym, żeby nikt się na nas nie natknął i nie słyszał tej rozmowy.
Skinęła głową i weszła za nim do opuszczonej sali. Na wszelki wypadek Greg zakluczył drzwi, po czym rzucił na nie zaklęcie wyciszające. Dopiero wtedy usiedli na krzesłach, zachowując dystans wobec siebie.
— Moja matka zachorowała — odezwał się wreszcie chłopak. Wbił wzrok w podłogę, nie mając siły patrzeć w oczy Elissy. — To było coś poważnego, więc wróciłem do domu. Jest osłabiona przez tę klątwę. Ona też ją ma. I mój ojciec.
— Dlaczego?
— Mój ojciec pochodził z bardzo starego czarodziejskiego rodu, jednak sprzeciwiał się jego tradycjom i polityce, a w szczególności brzydził się Voldemortem. Zakochał się w mojej matce, mugolce. Była już ze mną w ciąży, kiedy jego rodzina się o wszystkim dowiedziała i przeklęła całą naszą trójkę, a potem zakazała się do siebie zbliżać. Uciekliśmy do Londynu. — Przerwał na chwilę, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. — Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że ta klątwa… Ona nas zabija. Nie mam pojęcia, co to w ogóle jest za zaklęcie — wybuchnął.
— Zabija…?
— Zabiera powoli siły życiowe. Dlatego gdy chorujemy, czujemy się o wiele gorzej, niż wy wszyscy, po prostu mamy słabsze organizmy. Wiesz, że czarodzieje są odporni na mugolskie choroby, ale matka… Ją to zabija jeszcze szybciej niż my. Dlatego musiałem wrócić.
Przeczesał dłońmi włosy.
— Nie ma na to żadnego przeciwzaklęcia? Czegoś, co by cofnęło skutki tej klątwy?
— Nie ma. Wierz mi, szukałem, szukał mój ojciec, ba, szukali sami magomedycy w Mungu. Nikt nie wie nic na ten temat, więc najwyraźniej żadne antidotum nie istnieje.
— Przykro mi…
— Nie powinno — roześmiał się gorzko. — To nie twoja wina.
Nie wiedziała, co powiedzieć, więc do niego podeszła i go mocno objęła, wiedząc, że teraz może pomóc tylko swoją obecnością. W głębi duszy przysięgła sobie jednak, że zrobi wszystko, żeby pomóc Gregowi cofnąć działanie klątwy.

Rose szła do Hogsmeade sama, gdyż pozostali udali się na randki — Gabrielle z Jonem, Albus z jakąś niedawno poderwaną dziewczyną z Hufflepuffu, a Elissa przepadła w otchłani zamku. Nawet Malfoy wyszedł z siostrą Briana, co, jak Rose usiłowała sobie wmówić, wcale jej nie obchodziło.
Przespała całe przedpołudnie i zwlekła się na dół, do Wielkiej Sali, dopiero w porze obiadowej. Była jedną z nielicznych — w zamku zostali głównie nauczyciele oraz dwa pierwsze roczniki. W nieco ponurym humorze zjadła zupę z dyni, po czym, po uprzednim wyposażeniu się w długą do ziemi i ciepłą pelerynę, wyszła na zewnątrz, obrzucana podejrzliwymi spojrzeniami Argusa Filcha.
Zawsze przecież mogła się obkupić słodyczami i książkami, a potem wrócić do dormitorium, żeby nie patrzeć na te roześmiane pary spędzające wesoło czas w Hogsmeade. Merlinie, nawet Albus kogoś znalazł, a ona jak zwykle szła tam sama…
Pozdrowiła kilka znajomych osób, które spotkała na swojej drodze, i weszła najpierw do Miodowego Królestwa, kuszącego już z daleka magicznymi zapachami.
Nie zastała w środku zbyt wielu ludzi; większość uczniów zdążyła już się przemieścić w kierunku któregoś z pubów. Dzięki temu Rose mogła się uważnie przyjrzeć wszystkim wystawionym produktom. Była ich oszałamiająca ilość, a od mnogości kolorów szybko zakręciło jej się w głowie, nawet pomimo panującego w pomieszczeniu półmroku. Jak przy każdej wizycie tutaj, dochodziła do wniosku, że mogłaby wykupić cały sklep i jeszcze byłoby jej mało. Wypatrzyła czekoladowe żaby, musy-świstusy i kandyzowane ananasy pośrodku tych wszystkich rarytasów. Niektórych słodyczy nie rozpoznawała, ale uśmiechała się pod nosem, czytając etykiety. Pracujący tutaj cukiernik, pan Rory Flume, musiał mieć naprawdę ogromną wyobraźnię oraz pomysłowość. Był synem poprzedniego właściciela sklepu, Ambrozjusza, i przejął po ojcu cały interes. Najwyraźniej szło mu całkiem nieźle.
Jednak uwagę Rose przykuły chodzące po parapecie smoki. Podeszła bliżej i przykucnęła, żeby dostrzec, że wykonano je z cukru. Jednak pomimo tego poruszały się z dużą gracją, zupełnie jakby były żywe. Wykonano (wyczarowano?) je z olbrzymią dokładnością; Rose mogła dostrzec nawet pojedyncze łuski oraz miniaturowe ząbki, gdy smoki otwierały paszcze, próbując ziać ogniem.
— Są z cukru, ale można je oswoić.
Obróciła głowę w prawo, by dostrzec chłopczyka, który wypowiedział te słowa. Wyglądał może na siedem lat i wpatrywał się w nią rezolutnie. Miał na sobie nieco powyciągane czarodziejskie ubrania, które nosiły liczne ślady czekolady, miodu i czegoś, czego Rose nie mogła zidentyfikować. Miał ciemne oczy, patrzące teraz na Krukonkę z powagą.
— Próbowałeś tego kiedyś? — spytała z uśmiechem.
— Tak. — Zagwizdał przenikliwie, co przywabiło prosto w jego ręce jednego ze smoków — fioletowego, ze srebrnymi smugami na skrzydłach. — To jest Asuia. Od jednej z gwiazd w gwiazdozbiorze Smoka.
Chłopczyk pozwolił, żeby zwierzątko usiadło na jego ramieniu i wtedy pogłaskał je ostrożnie po łebku.
— Jest śliczna.
— Asuia, połóż się. — Smok karnie położył się na ramieniu, owijając wokół niego swój ogon. — Widzisz? Słuchają.
— Chyba bym się bała zjeść któregoś z nich — stwierdziła Rose, wstając z klęczek. — Mogę ją pogłaskać?
— No pewnie. Masz. Dante, chodź do pana! Bo ci zjem kolce.
Ledwo przekazał Asuię w ręce Rudej, już przywołał kolejnego smoka, nieco mniejszego i agresywniejszego, który posłuchał, niezbyt uszczęśliwiony perspektywą zjadania którejkolwiek części jego ciała.
— Są tak mądre, że naprawdę aż szkoda je jeść.
— Będą nowe. I tak mamy ich dużo. Jakbyś chciała, to jeden jest za jednego galeona. Zawsze możesz też je spróbować wytresować, nie musisz jeść.
W gruncie rzeczy propozycja chłopca była całkiem kusząca, choć Rose obawiała się, że smoki by nie przetrwały bliskiego spotkania z kocurem Elissy. Gdyby nie zostały zrobione z cukru, to może… Istniała jeszcze co prawda opcja ich zjedzenia, ale na to dziewczyna raczej by się nie mogła zdobyć.
— Dzięki za propozycję, ale nie chciałabym im robić krzywdy. Są zbyt piękne. Mam jednak nadzieję, że znajdzie się jakiś dobry człowiek i je kupi. — Uśmiechnęła się smutno. — Ale za to wezmę dziesięć czekoladowych żab i pięć cukrowych piór, dobrze?
Chłopczyk dumnie zapakował wybrane towary i przyniósł całość do lady, gdzie pracował jego ojciec, który dopiero co skończył obsługiwać innego klienta.
— Przepraszam za niego, mam nadzieję, że cię nie znudził — westchnął, czochrając ciemną czuprynę syna. — Ma dosyć wybujałą wyobraźnię i lubi gadać. To będzie dwadzieścia sykli. Widzę, że Hogwart?
— Tak, jestem w Ravenclawie.
Wysupłała drobne na ladę, usiłując się doszukać wymaganej kwoty.
— Ja będę w Gryffindorze! — obwieścił chłopczyk. — I będę sławny jak Harry Potter!
— Skelly… Idź się pobawić, dobrze?
Chłopczyk posłuchał po chwili wahania, uszczęśliwiony pobiegł jednak na zaplecze, a za nim śmignął jeden ze smoków — chyba Asuia, Rose nie była pewna.
— Proszę bardzo, mam nadzieję, że się nie pomyliłam…
Wręczyła wreszcie sprzedawcy całą kwotę.
— Nie, wszystko się zgadza. Dziękuję ślicznie! A smoka by pani nie chciała…?
— Dziękuję bardzo, ale szkoda mi ich jeść, a z kolei w dormitorium nie mam warunków do ich trzymania — odparła grzecznie. — Ale są piękne.
— Stworzyłem je właściwie przypadkiem. To był tylko eksperyment… Wyszło cudo, szkoda tylko, że teraz nikt nie chce ich jeść ani hodować.
— Jakiego zaklęcia pan użył, żeby je ożywić? Bo zgaduję, że to proces inny niż w przypadku fotografii? Używał pan jakiegoś wywaru? — spytała zaciekawiona, również spoglądając na miniaturowe dzieła przechadzające się beztrosko po parapecie.
— Właściwie to nie. Chodzi po prostu o to, że przygotowuje się masę cukrową, z niej formuje smoki i później używa tylko jednego zaklęcia, które sam wymyśliłem… Ale nie mogę ci zdradzić jego formuły, sama rozumiesz, marketing… — wyjaśnił nieco przepraszająco sprzedawca.
— Nic nie szkodzi, rozumiem to. Do widzenia!
Wzięła do ręki torebkę ze swoim zakupem i skinęła sprzedawcy głową na pożegnanie.

Kiedy go mijała, nie mógł oderwać od niej wzroku. Obserwował, jak strząsa na plecy swoje rude włosy, które zawsze dodawały jej wdzięku i charakteru. Widział, jak uważnie stawia kroki, widział, jak patrzy w niebo, delikatnie przygryzając wargę. Dostrzegał wszystkie drobne gesty, z których pewnie nawet sama nie zdawała sobie sprawy. Uśmiechał się, gdy ją na tym przyłapywał.
Dziwił się, że przyszła sama. Miała przecież wielu przyjaciół, miała także wielu adoratorów, choć chyba o tym nie wiedziała. Nie była osobą, która zwraca uwagę na tak prozaiczne rzeczy — żyła w zupełnie innym świecie. Chyba właśnie za to ją kochał.
Minęła go, wchodząc do „Miodowego Królestwa” i od razu poczuł smutek. Wiedział jednak, że nie powinien jej tak szpiegować. Nie chciał wyjść na jakiegoś prześladowcę, choć prawda była taka, że zupełnie stracił dla tej dziewczyny głowę. A ona nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ na niego miała.
Dałby jej wszystko. Nawet gwiazdę z nieba.
Tak naprawdę był bardzo beznadziejnym durniem, zakochanym bez pamięci w dziewczynie, która co prawda wiedziała o jego istnieniu, ale nie poświęcała mu więcej uwagi, niż to konieczne. To aż bolało, ale przecież sam był sobie winny. Jak dotąd zrobił tylko jeden krok, żeby polepszyć swoją sytuację, ale nie zdobył się na to, żeby się ujawnić i przyznać, że to właśnie on wysyła jej tajemnicze kartki. Nie wiedział, jak by na to zareagowała. Bał się dowiedzieć. W dodatku dziewczyna miała obstawę. Jego złamanym sercem nikt by się nie przejmował, ale w obronie jej czci był gotów stanąć cały klan Potterów-Weasleyów.
Merlinie, za co?
Mógł tylko czekać na rozwój wydarzeń i mieć nadzieję, że jednak w oczach Rose stanie się kimś więcej.
Nadzieja matką głupich.

Już w kilku pierwszych minutach przebywania w towarzystwie Dominique Scorpius pożałował, że się jednak na to zgodził. Zrobił to w zasadzie tylko i wyłącznie dlatego, że osiągnął szczyt desperacji. Wszyscy jego znajomi wychodzili z drugą połówką lub osobą pretendującą do tego miana, a on musiałby zostać sam jak palec. Niby mógłby, ale poważnie by to zaszkodziło jego reputacji księcia Slytherinu.
Tak więc skończył w „Trzech miotłach” z kuflem piwa w ręce i z Dominique obok siebie. Dziewczyna już od jakiejś godziny beztrosko paplała o rzeczach kompletnie dla chłopaka nieinteresujących, więc ograniczał się tylko do kiwania głową i do pomruków zgody wydawanych od czasu do czasu. Po wypiciu połowy piwa doszedł do wniosku, że w gruncie rzeczy wolałby w tej chwili nawet siedzieć samemu w dormitorium niż tutaj ze swoją taneczną partnerką.
Na całe szczęście wybawienie nadeszło szybciej, niż Scorpius się spodziewał. Weszło właśnie do „Trzech mioteł”, miało czarne włosy odziedziczone po ojcu i nosiło imię Albus Potter.
— Przepraszam, umówiłem się z Alem — rzucił szybko blondyn w stronę gotującej się ze złości Dominique. Było to może trochę okrutne, jednak w tej chwili nie zważał już na nic, mając serdecznie dosyć towarzystwa dziewczyny. Chwycił swój kufel piwa i odszedł w stronę przyjaciela, nie przejmując się protestami.
— Cześć, Scorp, wyglądasz jak siedem nieszczęść — przywitał go radośnie Al, który dopiero co zajął miejsce przy jednym z wolnych stołów. — Widzę, że twoja ślicznotka ma ochotę w ciebie czymś rzucić.
— Daj spokój. — Zrezygnowany Scorpius upił trochę piwa ze swojego kufla. — Działa mi na nerwy. Żałuję, że muszę z nią tańczyć. A ty gdzie masz tę swoją Violet czy jak jej tam?
— Poszła z koleżankami do Miodowego Królestwa, bo już jest dosyć późno, a chciała jeszcze kupić jakieś słodycze. Nie chciało mi się iść z nimi, więc przyszedłem tutaj. 
— Jaka ona jest?
— Violet? Jest… miła. Właściwie tyle. Fajnie się z nią rozmawiało, ale nic więcej z tego nie będzie. Raczej nie ma między nami chemii ani nic.
Rozłożył ręce, jakby ukazując swoją bezradność.
— No tak, po co robić biednemu dziewczęciu nadzieję. I tak ją podziwiam, że się zdobyła na odwagę, żeby zapytać cię o wyjście do Hogsmeade.
— Daj spokój, nie jestem taki straszny. — Al wyszczerzył się do przyjaciela. — W przeciwieństwie do ciebie.
— Sugerujesz, że mnie się wszyscy boją?
Scorpius uniósł brew.
— Przecież to ty jesteś budzącym grozę księciem Slytherinu. Ciebie boją się znacznie bardziej. No wiesz, wąż i smok w jednym…
— W takim razie z ciebie musi być dziwaczne stworzenie. Krzyżówka węża i lwa, słodki Merlinie, toż to jakaś hybryda!
— Przynajmniej jestem znacznie milszy niż ty.
— W którym miejscu? — spytał kpiąco.
— To nie we mnie dziewczyny chcą rzucać kuflami z piwem. To nie mnie dziewczyny unikają.
— Auć, to zabolało!
Zabolało bardziej, niż Scorpius chciałby przyznać.
— No i bardzo dobrze, może wreszcie przemyślisz swoje zachowanie.
— Jesteś okrutny.
— Nie marudź. Dzisiaj nie jest dzień na marudzenie. Dzisiaj jest dzień spadających gwiazd i idziemy je oglądać. Już niedługo powinny być widoczne, zobacz, już zmierzcha.
— Słodki Merlinie, za jakie grzechy…
— Jesteś dzisiaj nie do wytrzymania. Może poszukamy Rose, co? — spytał słodko Albus. — Jestem pewien, że chętnie obejrzy z nami gwiazdy. Może wtedy poprawi ci się humor.
— Nawet nie zaczy…
— Wydaje mi się, że widziałem ją dosłownie kwadrans temu w „Miodowym Królestwie”. Możemy jej poszukać.
— Nie ma mowy!
— Boisz się?
Błysk w oku przyjaciela podpowiedział Scorpiusowi, żeby się dobrze zastanowił nad odpowiedzią.
— Nie.
— To idziemy.
Albus wstał z ławy, nawet nie dokańczając swojego piwa, a zrezygnowany Malfoy podążył za nim, wsuwając ręce do kieszeni skórzanej kurtki. W duchu przysiągł sobie, że kiedyś nadejdzie ten dzień, kiedy własnoręcznie zamorduje Pottera.
           
Jakąś godzinę później całą gromadką szli w kierunku pagórka wznoszącego się za Hogsmeade. Zupełnie nie przejmowali się godziną ciszy nocnej i tym, że już dawno powinni się znaleźć w zamku. Mieli swoje sposoby na to, żeby wymigać się od szlabanu. W końcu Rose była prefektem naczelnym, a oni do tego doskonale znali wszelkie tajemne przejścia, jakie tylko w zamku istniały.
Poza tym szkoda było marnować tak piękną noc!
Dotarli do celu bez większych problemów, śmiejąc się i dyskutując o quidditchu, eliksirach i gwiazdach. Jon i Gabrielle trzymali się za ręce; oboje aktywnie uczestniczyli w rozmowie z Albusem oraz Scorpiusem. Tylko Rose milczała, pogrążona we własnych rozmyślaniach. Szła nieco z boku, otuliwszy się szczelnie swoją peleryną. Nie czuła się jednak specjalnie samotna — akurat dzisiejszej nocy wolała pełnić rolę jedynie słuchacza i widza, upojonego niebieskim spektaklem oraz rześkim powietrzem nocy.
— Patrzcie, Kasjopea.
Albus wskazał odnaleziony gwiazdozbiór, więc wszyscy podążyli za jego palcem. Stanęli na samym szczycie pagórka, skąd mogli bez problemów podziwiać nieboskłon. Rose musiała mocno zadrzeć głowę — wysiłek się jednak opłacił, gdyż widok był niesamowity. Wiatr przegnał chmury i teraz mieli nad głowami czyste, czarne niebo usiane jasnymi punkcikami gwiazd. Niektóre z nich pulsowały jasnym światłem, inne były ledwie widoczne, wszystkie jednak układały się w dziwne zbiory, tworząc fantasmagoryczną mapę. Dziewczynie momentalnie zakręciło się w głowie.
— Już chyba zaczynają spadać — zauważył Jon, obejmujący ramieniem Gabrielle. Zaledwie chwilę temu się od siebie od siebie oderwali po krótkim, czułym pocałunku. Oboje wyglądali na tak bardzo w sobie zakochanych, że Rose poczuła ukłucie zazdrości. Na szczęście uczucie szybko się ulotniło, gdy skupiła się na przecinających firmament złotych smugach. Prawdziwy deszcz gwiazd.
— Mugole w takich momentach wierzą, że gdy zobaczy się spadającą gwiazdę i pomyśli życzenie, to ono się spełni — stwierdziła Gabrielle. — W sumie to jakiś stary przesąd, ale ma w sobie coś z romantyzmu.
— Nie zaszkodzi spróbować — zgodził się młody Potter.
Przez chwilę milczeli, każde skupione na swoim życzeniu i obserwowaniu spadających gwiazd. Rose zamknęła na chwilę oczy, formułując swoją własną prośbę, choć wydawała jej się ona teraz odległa i niemożliwa do spełnienia. Jak jednak stwierdził Al, nie zaszkodziło spróbować, choć spełnianie życzenia przez gwiazdę brzmiało nieco śmiesznie.
— Już coś wymyśliłaś, Weasley?
Otworzyła oczy i spojrzała na profil stojącego obok niej Scorpiusa. W półmroku widziała, że chłopak się uśmiecha.
— Nie myśl, że ci powiem — odparła przekornie. — A ty czego sobie zażyczyłeś?
— Nie myśl, że ci powiem — powtórzył jej własne słowa. — No chyba że ty mi zdradzisz swoje.
Jakże bym mogła, pomyślała, przenosząc wzrok na gwiazdy. Jakże bym mogła, skoro moje życzenie dotyczy ciebie?
— Kiedyś ci może powiem.
Powiał wiatr, tłumiąc nieco jej słowa; zatańczył we włosach, unosząc niesforne kosmyki do góry. Nie przeszkadzało jej to. Miała teraz zbyt dobry humor, żeby przejmować się takimi drobiazgami. 
Chcę z nim zatańczyć jeszcze raz.
Dla dociekliwych: imię Skelly oznacza po irlandzku opowiadającego historie, barda. Pomyślałam, że idealnie pasuje dla dociekliwego i twórczego chłopca. ;) Nadal mam dwa rozdziały zapasu i się coraz bardziej rozkręcam, także czekajcie cierpliwie! Pisze mi się ostatnio bardzo dobrze, także mam nadzieję, że powstanie jeszcze więcej rozdziałów do przodu. Nowy rozdział 3.11.

21 komentarzy:

  1. Bardzo mi się podobało. Czekam na więcej! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam oglądać gwiazdy. Kasjopeja jest gwiazdozbiorem, który zawsze znajduję i lubię go, bo to takie kopnięte W. :D Spadające gwiazdy są super. :D Świetnie, że to umieściłaś w rozdziale. :D
    A rozdział jest cudowny. :D Szczególnie podoba mi się sama końcówka. :D
    Bardzo też ciekawi mnie sytuacja Grega. Zdecydowanie powinno być go więcej, a konkretniej to tej klątwy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zawsze miałam problem z rozpoznawaniem gwiazdozbiorów, ale przyznaję, już w samym wpatrywaniu się w gwiazdy jest dużo magii. :D
      Będzie więcej! Dopiero się rozkręcam, chciałam wam jedynie wyjaśnić, o co chodzi i dlaczego zniknął.

      Pozdrawiam cieplutko!

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  3. Rewelacja. Mam nadzieję, że jakimś zbiegiem okoliczności będą tańczyć razem w finale konkursu i wygrają <3 Ot tak bo lubię tego wkurzającego Scorpiusa a spadające gwiazdy muszą spełniać życzenia <3
    Luella

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Że będą ze sobą tańczyć na turnieju, już w komentarzach pisałam i niektórzy próbowali to rozkminić. :D A ja zawsze jestem ciekawa waszych teorii!
      Gwiazdy może spełnią życzenia, niczego nie sugeruję. :D

      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  4. Chyba najlepszy rozdział. własciwie jedyna częsc, ktora mi nie do konca odpowiadala, to ta o Gregu - nie rozumiem, dlaczego robił z tego taką tajemnicę, taki problem. Tzn. moze nie chce rozpowiadac wszystkim o tej klatwie, spoko, ale jakoś nie rozumiem, dlaczego nie chciał mówić o tym swojej dziewczynie. Nie widzę w tytm ani nic wstydliwego, ani nic niebezpiecznego dla niej. no chyba że trzymasz jeszcze jaieś detale w zanadrzu.
    Ponadto... opis uczuć tajemniczego wielbiciela - genialny. Pojęcia nie mam, kto to jest, ale z pewnością Rose bardzo goo zaintrygowała. Ciekawe, czemu tak własciwie nie próbuje się ujawnić. Dać do zrozumienia. Niech się odważy! choć i tak mu współczuję, bo ona pewnie będzie koniec końców ze Scoriusem, o ktorym juz mysli inaczej niż kiedys. A wielbicielem nie moze byc Scorpius, bo był w tym czasie z tą swoją partnertką do tańczenia, wiec... Hah, to super ciekawe;p ponadto bardzo podobała mi się randka, w ogóle cała relacja między Jonem a Gabrielle,, są wspaniali:D no a koncowka, rowniez dzieki otoczeniu, byla przeswietna. podobalo mi sie, jak te paitke, podobal mi sie watek gwiazd. tylko zastanawiam sie, czy oni naprawde byli wszyscy w Hogsmeade aż do nocy? :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem jak dotąd najlepszy był dziewiąty, ale to tylko ja. Fajnie, że ten też się podoba!:D
      Znaczy, dla niej to może nie jest niebezpieczne, ale Greg woli zachowywać takie sprawy w sekrecie. Nie chciał jej po prostu martwić, bo wiedział, że Elissa będzie o tym teraz obsesyjnie myśleć.
      Nie robi tego, bo się boi. Bo doskonale wie, że znajduje się w głębokim friendzonie i nie ma u niej szans. :D
      Tak, to też przemyślałam - nie powinni być, ale jednak byli, bo olali ciszę nocną i wrócili tajemnym wyjściem. Tak po prostu. Bo mogli. :D
      Pozdrawiam cieplutko!

      Usuń
  5. Jestem i ja!
    Powiem tylko słówko na temat poprzedniego rozdziału, bo zapomniałam go skomentować, co jest bardzo nie na miejscu z mojej strony, jako że uważam, że 10 był najlepszy ze wszystkich :D Podobało mi sie, że Scorpius już nie potrafi sie odczepić od Rose i jak ładnie opisałaś narastającą między nimi chemię. Chociaż chciałabym, żeby ten chłopak zdefiniował, czego właściwie od niej chce :D
    Jon i Gabi to urocza parka, chociaż nie ukrywam, że zawsze spieszę się przez ich fragmenty, bo me oczy są głodne Scorose. Ale to i tak bardzo sympatyczny wątek, ta dwójka jest urocza. Każde opowiadanie potrzebuje fajnej pary, która bedzie nam dostarczać odpowiednią dawkę słodkości :D
    Ciekawa była też opowieść Grega o klątwie i jego rodzinie. Cieszę się, że podzielił sie tym wszystkim z Elissa i mam nadzieję, że wszystko sie jakoś ułoży. Na pewno już masz świetny plan, jak pociągniesz ten wątek ;p Fajnie, że wszystko w tej historii się tak powoli i stopniowo rozwija, nie nadajesz temu sztucznego tempa, a wszystkiego się dowiadujemy w pasujących momentach. Co oczywiście podsyca ciekawość ;p
    Troche mi szkoda Rosie, że ona jedna nie miała z kim iść do Hogsmeade, ale jestem pewna, ze ona sama się tym przejęła tylko chwiliwo, bo widziałą wokół siebie same pary :) Wiadomo, jest za silna i za mądra, żeby sie przejmować brakiem faceta.
    Filch nadal żyje! Hura! Jak... cudownie, wszyscy go uwielbiamy :D
    No i czemu głupi Malfoy sie umówił z tą wariatką. Już wolałabym iść sama, jakbym miała słuchać tego, co ona ma do powiedzenia.
    Wgl tak sobie pomyślałam, ze gdybym uczyła sie w Hogwarcie, to pewnie każdą wycieczkę do wioski w Miodowym Królestwie. Tyle cukru! Żegnajcie, zęby!
    Zautroczył mnie fragment o cukrowych smokach. Jak czarodzieje mogą wpadać na pomysł, żeby jeść coś, co żyje? :D Na miejscu Rosie, wzięłabym jednego pod opiekę. Wgl spodziewam se po tobie, że nie jest to scenka napisana ot tak sobie, dla ubarwienia wycieczki, pewnie już wymyśliłaś w dalszym ciągu tej historii, jakąś rolę dla smoków, alebo tego chłopca xd
    Fajny fragment z punktu widzenia wielbiciela, mam niemiłe wrażenie, że to jednak Brian, zwłaszcza że "Nie poświęcała mu więcej uwagi, niż to konieczne", czyli do jakichś interakcji między nimi dochodzi. Nikt inny nie przychodzi mi na myśl.
    Rozwalił mnie Scorpius, wstający jak gdyby nigdy nic od stołu, w środku randki, z tekstem "Przepraszam, umówiłem sie z Alem". Very subtle, Scorpi.
    Albus jest oficjalnie moim ulubionym bohaterem. Od teraz, aż po wieczność :D
    Końcówka mi się bardzo, baaaardzo podobała, najbardziej oczywiście ostatnie zdanie. Mam nadzieję, że życzenie Rosie się spełni, i to jak najszybciej :)
    Pozdrawiam i weny życzę! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, myślę, że Scorp już niedługo postawi sprawę jasno, ale na razie nie chce robić niczego wbrew woli Rose. Będzie raczej na nią polował i starał się zwrócić na nią swoją uwagę. I pomagał, o. Jak Albus.
      Hahaha! Potem będzie tych parek więcej, ale pomaaaału, spokojnie, jeszcze do tego nawet nie dotarłam. Mam wrażenie, że za bardzo się ślimaczę z tymi rozdziałami, ale z drugiej strony jakbym tyle nie opisywała i nie prowadziła powoli wątków, akcja by biegła zbyt szybko i już byśmy byli po II etapie turnieju... A to nie ma tak dobrze. :D
      Oczywiście, że pociągnę wątek klątwy. I to w sumie dosyć długo się będzie przewijał, jak później zobaczycie - choć nie zawsze na pierwszym planie. ;)
      Scorp poszedł z Domi, bo był zdesperowany. Nawet Albus z kimś się wówczas spotykał, a Scorp nie mógł zagadnąć Rose, więc uznał, że Dom nie będzie najgorsza. Jak widać, podjął złą decyzję. :D
      A czekoladowe żaby to co? XD
      Co do wielbiciela - żadnych spoilerów, nic nie mówię. Mogę jedynie dodać, że ten wątek też trochę potrwa, bo nie chcę od razu wykładać wszystkich kart na stół. Krótko: będzie się dziaaaaaało a dziaaaaałoooo.
      To nie miało być subtle, to miał być taktyczny zwrot! XD
      Jak powiem, że spełni się szybciej, niż myślicie, to wam zaspoileruję?

      Dzięki, dzięki, przyda się, bo znowu jakiegoś artblocka złapałam, choć wiem, co mam napisać. ;-;
      Pozdrówki!

      Usuń
  6. Świetny rozdział! Szczególnie końcówka klimatyczna <3
    Motylkowy nektar od razu mnie zaintrygował ;) Podoba mi się pomysł z filią "Esów i Floresów". Zawsze w Hogsmeade mi brakowało czegoś w tym stylu, żeby można było uzupełnić zapasy piór, kupić jakieś książki czy coś w tym stylu. Przecież nie można tak cąły czas sępić od rodziców xD
    Chcę ten napój z kawiarni!!!
    Od razu kiedy przeczytałam o wypadku w Rumunii ze smokami, to zaniepokoiłam się, że chodzi o Charliego. Na szczęścir to nie on.
    Dobra, rozumiem, niby Greg nie chce narażać Elissy i tak dalej, ale mnie wkurzył. No jakby nie mógł od razu powiedzieć, a nie dziewczyna się martwi! Ciekawe czy uda sie jakoś tę klątwe cofnąć? Dobra, to za chwilę może zabrzmieć, jakbym była bez uczuć, ale jakoś mnie "choroba' Grega zbytnio nie zmartwiła xD Może to dlatego, że nie poznaliśmy go bardzo dotychczas? Albo po prostu nie mam ludzkich uczuć xddd
    W Miodowym Królestwie pomyślałam na początku, że ten chłopak (chłopiec) będzie jakimś nowym adoratorem Rose czy cuś. Ale nie doczytałam :D Bo jednak 7 lat to trochę za mało xD
    Cudowny pomysł ze smokami! Od zawsze je uwielbiałam i chętnie bym sobie kupiła takiego jednego i oczywiście go nie zjadała! Skojarzyły mi sie z tymi figurkami, co były w Trójmagicznym w "Czarze ognia".
    BARDZO zaintrygował mnie kawałek z wielbicielem Rose. Fajnie i ciekawie opisany, ale co do tożsamości kochasia ma bardzo złe przeczucia... Proszę, proszę, proszę niech to nie będzie Brian! On jest taki mdły, smętny, nachalny i bezbarwny! Do pięt nie dorasta Malfoyowi! Jest taką (przepraszam za wyrażeni) ciotą, że nie mogę. NO PO PROSTU GOŚCIA NIE TRAWIĘ! (wybacz mi obrażanie twojego bohatera, ale to jest silniejsze ode mnie :D) W sumie (niestety!) nie przychodzą mi do głowy inne rozwiązania tajemnicy liscików :(((((((((
    No i po co ten Malfoy szedł z Grimmer? Ma za swoje ;D
    "— To nie we mnie dziewczyny chcą rzucać kuflami z piwem. To nie mnie dziewczyny unikają.
    — Auć, to zabolało!" - Albus mistrz!
    Ostatnia scena ze Scorose zdecydowanie jedną z najlepszych w rozdziale! Mam pewne przeczucia i cichą nadzieję, że Scorpius miał bardzo podobne życzenie jak Rose :D
    Z niecierpliwością czekam na następny!
    Pozdrawiam i życzę weny ;)
    ~Arya :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie też mi zawsze brakowało czegoś książkowego w Hogsmeade, bo to przecież logiczne, że coś takiego musiało tam być! :D
      Podejrzewam, że to dlatego, że ten wątek dopiero się rozkręca. Ale nie martw się, potem będziesz to przeżywać, bo konsekwencje tej klątwy będą... Hm. Inne osoby też ucierpią, o. Ale nie spoileruję, bo jestem trąbą jerychońską. W tym miejscu przeklinam zaplanowanie całego opowiadania, bo potem wam śpiewam, co będzie dalej. Nie ma tak dobrze. XD
      No siedem lat to zdecydowanie za mało, ale podziwiać ją może... :D
      Tak, dobre skojarzenie, bo to stamtąd przyszło. Tylko są trochę większe. :)
      Możesz go wyklinać do woli. XD To przynajmniej znaczy, że jest bohaterem z krwi i kości. :D Ale tożsamości wielbiciela Wam nie zdradzę, za nic. Dowiecie się w odpowiednim czasie. Po prostu zwracajcie uwagę na hinty i kruczki w tekście, bo trochę ich już jest. Także odnośnie samego turnieju i tego, co się wydarzy. Wszystko ma swój cel. XD
      Scorpius chciał nową miotłę. XD

      Dziękuję i pozdrawiam cieplutkooo <3

      Usuń
    2. No nie, Scorpius, jaki ty jesteś nieromantyczny! Naprawdę, spodziewałam się po tobie czegoś innego! xddd

      Usuń
    3. O kurczę. Mam pomysł, tezę, przypuszczenia. Co jeśli wielbicielem jest Wood??? Tak mnie natchnęło, kiedy czytałam odpowiedź do komentarza Condawiramurs. Z pewnością bardziej mi pasuje niż ciota zwana Brianem, ale...Będzie mi go naprawdę żal. Taki kochany jest, ale Scorpiusa nikt i nic nie przebije. Czyżby moja hipoteza była trafna?
      Pozdrawim serdecznie!
      ~Arya

      Usuń
    4. To było pierwsze, co mi przyszło do głowy, bo, prawdę mówiąc, akurat życzenia Scorpiusa nie przemyślałam. XD

      Nie mówię ani nie, ani tak, bo zepsuję Ci radość z czytania tego wątku. :P A to już byłby spoiler na potęgę!

      Usuń
  7. Katja, nie mam w tej chwili weny na bardzo ambitny komentarz, ale chciałam, żebyś wiedziała, że jestem Twoim wiernym czytelnikiem :D Z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały i jestem naprawdę pełna podziwu dla Twojego talentu do przełamywania schematów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okej, będę wiedziała! :D
      Bo się aż zarumienię... xD

      Usuń
  8. jak dobrze, że jutro juz 3.11. Wciągnęłam się:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O północy nowy rozdział, już ustawiłam publikację automatyczną:D

      Usuń
  9. Podobał mi się ten fragment z Jonem i Gabrielle. Oni wyglądają na szczęśliwą parę.
    Szkoda mi trochę Grega, że jest pod działaniem tej klątwy. Nie dziwię się, że nic nie chciał mówić Elissie, bo nie chciał jej martwić. Dobrze, że zdecydował się jednak jej o tym powiedzieć. Może uda jej się jakoś pomóc Gregowi.
    Ciekawe czy życzenie Rose się spełni
    i kto jest tym cichym wielbicielem, który wysyła do niej kartki.

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje