czwartek, 15 grudnia 2016

15. Pijana każda myśl

— Przygotowania do turnieju? — powtórzyła Rose, walcząc z oparami alkoholu. Usiadła, żeby lepiej widzieć Conrada. Dała sobie chwilę na ochłonięcie (jej twarz zdawała się płonąć), a gdy już czuła się na tyle pewnie, żeby mówić, odezwała się: — Ach. Dobrze… Zabierają dużo czasu, ale myślę, że będzie dobrze. Trochę się jednak stresuję przyjazdem innych reprezentacji…
— Już niedługo, ech?
— Tak, jeszcze trzy tygodnie. Wyobrażasz sobie, jaki będzie chaos?
— Wiem, że będziemy mieli dużo roboty. Więcej niż zwykle — zaśmiał się, jakby nie robiło to na nim żadnego wrażenia. — Kiedy masz drugi etap?
— Dziesiątego grudnia. Boję się tego jak cholera.
— No to cóż… Może w takim razie wypijemy za to, żebyś bez problemów dostała się do trzeciego etapu i go wygrała? — zaproponował Conrad, wznosząc butelkę z ognistą whisky.
Rose przytaknęła i stuknęła swoją flaszką o jego, a potem oboje upili należytą ilość płynu. Alkohol palił w gardle i rozlewał się po organizmie, dając przyjemne uczucie ciepła; nadal jednak smakował okropnie.
Siedzieli w milczeniu, obserwując rozkręcającą się na środku pokoju zabawę. Kilka par tańczyło na prowizorycznym parkiecie, paru Ślizgonów grało w Eksplodującego Durnia, a puchoński didżej wzbijał się na wyżyny swojego kunsztu, puszczając coraz to lepsze kawałki. Jakaś grupka pod ścianą konsumowała alkohol, zaśmiewając się przy tym oraz dyskutując.
— Nie chcesz do nich dołączyć?
— Do kogo?
Conrad wskazał głową środek parkietu.
— Do zabawy. Ogólnie.
— Nie, to nie dla mnie. — Potrząsnęła głową. — Nie lubię imprezować. Do tego teraz nie chce mi się wstawać..
— Och, rozumiem, jesteś leniem kanapowym?
— Tak… Chyba tak — przyznała z rozbawieniem.
Wypity alkohol uderzył jej ponownie do głowy, topiąc wizję w feerii barw. Rose zachichotała, gdy zakręciło jej się w głowie. Usiadła na kanapie tak, by móc wyciągnąć na niej nogi. Nie mogła się położyć, bo nadal trzymała w dłoniach flaszkę. Opanowało ją dziwne uczucie lekkości i nierealności, zupełnie jakby znajdowała się gdzieś daleko stąd. Mimo to dopiła resztę płynu pozostałą w butelce i machnięciem różdżki przywołała kolejną.
— Wystarczy tego picia. 
Usłyszała nad sobą szorstki głos Malfoya. Zanim zdążyła zaprotestować, chłopak wyjął z jej rąk butelkę i odłożył na stół, przechylając się nad Rose. Dziewczyna zauważyła, że Scorpius pachniał miodem (zawsze tak pachniał?), lecz nie poświęciła temu spostrzeżeniu większej uwagi i zamknęła oczy. Wpadła w błogostan. Gdyby jednak nie była tak pijana i spojrzałaby na Ślizgona, dostrzegłaby w jego oczach złość.
— Weasley, nie śpij. Chodź, musimy porozmawiać. Wybacz, Wood, kradnę ci ją.
— Nieeee — zaprotestowała. Język jej się plątał i zaczęła się zachowywać jak mała dziewczynka. — Nigdzieeee nieeee iiidę… Daj mi śpokój.
— Mam cię nieść?
— Nie…?
— No to chodź.
Wymamrotała coś, czego Scorpius nie zrozumiał — zapewne było to przekleństwo w stylu: „Idź do diabła, Malfoy” — po czym chwiejnie opuściła nogi na podłogę. Przetarła twarz dłońmi, zupełnie jakby miało jej to pomóc w wytrzeźwieniu. Wzięła w drżące palce różdżkę i wsunęła ją do kieszeni spodni, choć nie był to najmądrzejszy pomysł. (W tym stanie jednak nie mogła podejmować mądrych decyzji). Tak samo jak wzięcie kilku kolejnych łyków ognistej.
Jeżeli jednak Scorpius chciał z nią porozmawiać, wolała być nietrzeźwa. Wtedy mniej się bała.
— Weasley!
Scorpius zgromił ją wzrokiem, zaś Conrad tylko się roześmiał.
— Daj jej spokój, Malfoy. Wyluzuj trochę. Ma dziewczyna prawo się zabawić.
— Nazywasz upijanie się dobrą zabawą? — spytał z sarkazmem Scorpius, nie zaszczycając Conrada spojrzeniem. Zamiast tego obserwował Rose. — Znam lepsze sposoby na dobrą zabawę niż picie alkoholu na umór.
— Nawet jeśli nie lubisz alkoholu, daj pić innym. A może po prostu masz słabą głowę i boisz się utraty kontroli, co?
Wood wstał. Pomimo sporej ilości wypitej ognistej zachował jasność umysłu i łatwość poruszania się, więc teraz podszedł bliżej do Scorpiusa, zaciskając pięści.
Rose wyczuła zbliżającą się awanturę i dźwignęła się na nogi.
— Gadacie o mnie, jakby mnie tu nie było — oświadczyła nieco bełkotliwie, tupiąc nogą. To sprawiło, że na moment straciła równowagę. Odzyskała ją, opierając się o kanapę, zanim którykolwiek z chłopaków zdążył zareagować. — Nie jestem małą dziewczynką. Umiem zadbać o sieeebie. Malfoy, choćmy stond.
Dumnie ruszyła w kierunku wyjścia, choć niewiele brakowało, żeby zaczęła obijać się o ściany. Scorpius szybko do niej dołączył, choć nie uczynił żadnego gestu, żeby jej pomóc. Chyba wiedział, że tylko by się zirytowała.
— Malfoy! Weasley! Gracie z nami w butelkę?! — wrzasnął do nich jakiś znajomy Albusa. Siedział w kręgu wraz z kilkoma innymi osobami — byli wśród nich też Jon i Gabrielle — i bawił się pustą butelką po kremowym piwie. Rose go nie kojarzyła, ale może to tylko alkohol utrudniał rozpoznawanie twarzy.
Scorpius ocenił stan Rudej, a potem odkrzyknął:
— Nie, dzięki! Innym razem!
Znaleźli się wreszcie na chłodnym korytarzu, poza ogłuszającym hałasem. Otaczająca ich cisza aż dzwoniła w uszach. Rose przymknęła oczy, więc już nie zobaczyła, jak Scorpius wyciąga swoją własną różdżkę i rzuca na nią zaklęcie trzeźwości. W każdym razie już przestawało jej się kręcić w głowie. I było jej zimno.
— O czym chciałeś pogadać? — spytała wreszcie drżącym głosem, obserwując w półmroku profil Scorpiusa.
— Wiesz, o czym.
Spojrzał na niej, lecz z powodu ciemności nie mogła dostrzec na jego twarzy żadnych uczuć. Poczuła się niepewnie, lecz resztki alkoholu krążącego w jej żyłach sprawiły, że zdołała wypalić:
— Jesteś zazdrosny o Briana?
Odpowiedź ją zdumiała.
— Jak jasna cholera. — Wiedziałam. — Nie rozumiem tylko, co ty w nim widzisz? W co ty się wplątałaś? Dlaczego on?
— Wytłumaczę ci to, ale nie tutaj. Chodźmy stąd.
Rozejrzała się niespokojnie, dopiero teraz sobie przypomniawszy, że stoją praktycznie pod pokojem wspólnym Ślizgonów. Zdecydowała, że najlepiej będzie, jeśli się przejdą do sali treningowej. Scorpius tylko przytaknął, więc ruszyli na górę, każde z nich pogrążone w swoich myślach. Rose co jakiś czas rzucała zaniepokojone spojrzenia na Scorpiusa, kroczącego zadziwiająco pewnie, biorąc pod uwagę okoliczności. On zdawał się tego nie zauważać. Jego wzrok błądził po ścianach ozdobionych obrazami albo innymi dziełami sztuki, stworzonymi przez dawno zapomnianych twórców. Oboje nie zwracali uwagi na przemykające obok nich pary czy też rozchichotane dziewczyny, wymieniające szeptem jakieś informacje.
Wreszcie dotarli na miejsce. Rose zapaliła światło zaklęciem rzuconym swoją własną różdżką (jak dobrze, że ją zabrała). Jako że w pomieszczeniu było zimno, wypowiedziała również szeptem zaklęcie rozgrzewające. Potrzebowało ono zwykle trochę czasu, żeby zacząć działać, więc jedynie potarła ramiona, przeklinając swój skąpy ubiór. Może i ładnie wyglądała w cienkiej koszulce na ramiączkach oraz spódniczce niesięgającej nawet kolan, ale co z tego, skoro teraz marzła?
Scorpius rzucił jej swoją własną bluzę, a ona chwyciła ją zaskoczona.
— Załóż ją — rzucił doskonale obojętnie. — To zaklęcie zacznie działać dopiero za chwilę. Do tego czasu zamienisz się w kosteczkę lodu.
— Dzięki — odparła z wdzięcznością, przeciągając przez głowę granatową bluzę. Była za duża, ale za to przyjemnie grzała. No i pachniała Scorpiusem; woń zdawała się ją otulać. — Ale tobie nie będzie za zimno…?
— Nie. Jest mi za gorąco.
Został w mugolskiej koszulce z krótkim rękawkiem i długich spodniach. Rose nie dostrzegła na jego ramionach żadnego śladu po gęsiej skórce, choć jego twarz pozostała tak samo blada jak zawsze. Dopadły ją wyrzuty sumienia.
— Na pewno?
— Rosie, nie martw się o mnie, tylko o swój tyłek. — Uśmiechał się z rozbawieniem, choć jej było daleko do jego wyluzowania. Opierał się o parapet, wyglądając jednocześnie niewiarygodnie przystojnie, nawet pomimo poczochranych włosów oraz wiszącej nad głową Rose burzy. To tylko powiększyło jej zdenerwowanie. — Serio, nic mi nie będzie. I myślę, że mamy naprawdę lepsze rzeczy do przedyskutowania niż moją odporność na niską temperaturę.
— Masz rację — mruknęła z niezadowoleniem, siadając na wyczarowanych naprędce poduszkach. Zaprosiła go gestem, żeby do niej dołączył. Zawahał się, lecz wreszcie opadł na czarną poduchę, naprzeciwko niej.
— Mmm. Teraz mi łaskawie powiesz, co wyprawiasz i w co ty się, do licha, wpakowałaś? Powtarzam to pytanie dzisiaj już chyba trzeci raz, bo poprzednio unikałaś odpowiedzi. Chcę usłyszeć wszystko, Rose. Bez wykręcania się. Bez kłamstw.
Merlinie, daj mi siłę.
— To nie takie proste… — Potarła szyję, wbijając wzrok w podłogę. Gorączkowo myślała, co powiedzieć blondynowi. — Nie wiem, jak mam ci to wszystko wyjaśnić.
— Może od początku, co?
Wzięła głęboki wdech.
— Nie wiem, gdzie jest początek. Dobra, czekaj… Okej, zacznijmy od tego, że zależy mi jak diabli na tym turnieju. Chcę się dostać do kolejnego etapu, ba, wygrać ten głupi konkurs, jeśli się tylko uda.
— Ja też — powiedział cicho, prawie niedosłyszalnie.
— Nie przerywaj. — Zamknęła oczy. — Wiesz, od małego kochałam tańczyć. Odkrywałam tę pasję powoli, aż wreszcie mama zapisała mnie do mugolskiej szkoły tańca. Nie chodziłam do klasy razem z innymi dzieciakami niepotrafiącymi czarować, ech, wiesz… Ale za to widziałam się z nimi na lekcjach tańca. Najpierw był balet. Miałam fajną nauczycielkę. Wymagała. Nie tylko od nas, ale też i od siebie. — Przerwała, żeby wziąć kolejny głęboki oddech. — Miała olbrzymią wiedzę, olbrzymi talent, była po prostu… genialna. Do każdego dzieciaka potrafiła podejść i go zmotywować, zwłaszcza kiedy się załamywał, że nic nie potrafi. Też tak miałam. Wiele razy. Czasem nie chciałam tańczyć. Wiesz, załamywałam się, że mi totalnie nie idzie, że nogi bolą, że jestem zmęczona… Ona jednak się nie poddawała. Zawsze mnie namawiała do tego, żebym dawała z siebie wszystko. Była mugolką, nie potrafiła czarować, ale jednak jej zajęcia, jej taniec, były dla mnie zawsze większą magią niż ta, która rządziła w naszym domu.
Scorpius milczał, słuchając uważnie jej słów. Wydawała mu się tak mała, tak krucha, zwłaszcza w jego o wiele na nią za dużej bluzie, zwłaszcza teraz, kiedy objęła kolana ramionami, wbijając wzrok w podłogę.
— Potem doszły jeszcze inne mugolskie tańce. Modern. I towarzyskie. Lubiłam oba, oba mają swoje wady i zalety. To jak ukochane dzieci, nie jesteś w stanie wybrać, które kochasz bardziej. Oba rządzą twoim życiem. Uczyłam się ich nawet gdy już poszłam do Hogwartu, ale jedynie w wakacje, pomiędzy jednym a drugim rokiem. Przestałam chodzić do szkoły tanecznej w okolicy czwartej klasy, bo widziałam, że za bardzo odstaję od pozostałych dzieciaków. One miały swój świat, ja swój, zupełnie inny od ich… Wtedy zaczęłam tańczyć w domu. No i tutaj. Nikt dotychczas nie wiedział o tym miejscu. Było moim sanktuarium. Nikt mnie tu nie osądzał, nikt na mnie nie patrzył. Mogłam tutaj być po prostu… sobą, tak myślę. A potem pojawiliście się tutaj wy.
Zaschło jej w gardle, lecz mimo to mówiła dalej.
— Och. Teraz rozumiem… — stwierdził powoli Scorpius, przypominając sobie jedną z ich wielu kłótni. To było wtedy, kiedy śledził Rose — i doszedł za nią aż tutaj. Pamiętał, jak bardzo jej się nie spodziewała jego obecność tutaj. Jednak dopiero teraz w pełni to rozumiał. — Przepraszam, nie wiedziałem…
— Nie przepraszaj. — Wzruszyła ramionami. — To się musiało stać, prędzej czy później. W każdym razie ten pieprzony turniej… Nie chciałam na niego iść. Dziewczyny mnie namawiały, ale ja nie chciałam się zgodzić, bo nie lubię stać w blasku jupiterów. Nie lubię, kiedy wszyscy na mnie patrzą, oceniają, nawet wtedy, gdy robię to, co kocham najbardziej. Przez te wszystkie lata taniec stał się moim ukojeniem, więc wystawianie tego na widok publiczny byłoby czymś w rodzaju profanacji…
— Rozumiem.
— A potem przyszedłeś ty ze swoim złośliwym uśmieszkiem i stwierdziłeś, że brakuje mi koordynacji ruchowej i że niczego nie osiągnę. Odczułam to jako obrazę mojej własnej dumy.
Uśmiechnęła się na samo wspomnienie.
Jej słowa sprawiły, że teraz to Scorpius poczuł się niekomfortowo.
— Musiałem być wtedy okropny.
— Byłeś. Nie lubiłam cię. Nienawidziłam cię.
— Użyłaś czasu przeszłego…
— Tak. Nieważne. Wracając… Zgłosiłam się do tego turnieju i postanowiłam sobie, że zrobię wszystko, wszyściuteńko, żeby tylko go wygrać. A potem przeklinałam swoje szczęście, bo trafiłam na Briana, który w ogóle nie potrafi tańczyć. Najpierw myślałam, że nie będzie tak źle, że nauczy się kroków i może jakoś to będzie. Podczas pierwszego etapu faktycznie nie było źle, bo w końcu przeszliśmy dalej. Jednak widziałam, że brakuje mu pewności siebie. Przez to ja nie mogłam mu zaufać i nie dawałam się w pełni porwać do tańca.
Skinął głową.
— Zauważyłem.
— Och, wiem. Sam mi przecież powiedziałeś, że ci się nie podobało, jak tańczyłam. No cóż, miałeś rację. — Zamilkła na kilka sekund, żeby zmienić pozycję i nerwowo zasunąć kosmyk włosów za ucho. — Tu kończy się łatwa część historii. Teraz ta trudniejsza.
Tym razem spojrzenie prosto w zielone oczy Scorpiusa dodało jej odwagi.
— Hm… Do pewnego momentu myślałam, że wystarczy, że Brian perfekcyjnie opanuje technikę. Potem zaczęłam sobie uświadamiać, że to nie wystarczy. Konkurs ma przecież wyłonić najlepszych, a z całą pewnością znajdą się takie pary, w których oboje, i ona, i on, potrafią genialnie tańczyć. I potem napłynęła myśl, że wygranie turnieju to zagranie na emocjach widzów.
O tak, z tym też się mógł zgodzić.
— Ale nie wiedziałam, jak to zrobić, żeby w naszym tańcu dało się czuć coś więcej niż tylko wymuszoną przyjaźń — wyszeptała.
Rozwiązanie zagadki uderzyło Scorpiusa w głowę, niemalże pozbawiając przytomności. Roześmiał się, bezsilny, bezradny.
— Więc postanowiłaś, że okażesz mu uczucie, on straci dla ciebie głowę i dlatego w tańcu sędziowie zobaczą między wami chemię? — podpowiedział jej równie cicho.
— Mniej więcej.
Znowu wbiła wzrok w podłogę, niezdolna dalej na niego patrzeć po tym, jak zobaczyła w jego oczach szok. Był też ból. I przerażenie. Ba, sama się teraz trzęsła, choć zimno już jej nie dokuczało. W kącikach oczu zbierały się łzy, gotowe zatopić świat w słonych wodach.
— Nie łatwiej byłoby się… wycofać?
Poczuła się, jakby ją uderzył.
— Wiesz równie dobrze jak ja, że teraz nie dam rady zrezygnować. To by oznaczało przyznanie się do porażki… A ja nie chcę się poddawać. Chcę przejść dalej. I wygrać, w miarę możliwości.
— Wiem. Merlinie… Wiem. — Przeczesał dłonią włosy, wichrząc je jeszcze bardziej. — Po prostu mnie zaskoczyłaś. Nie sądziłem, że jesteś zdolna do tego, żeby poświęcić własną dumę w imię… W imię właściwie czego? Wygranej w durnym turnieju?
— Scorp…
— A może ty tak naprawdę nie grałaś, tylko naprawdę coś do niego czujesz? Brian Grimmer, najlepsza partia w całym Hogwarcie! Która dziewczyna by się w nim nie zakochała? Och, Merlinie, po prostu miałem cię za inteligentniejszą!
To bolało, trochę tak, jakby blondyn zabrał jej serce, a potem rozszarpał na kawałki. Nie mogła opanować mętliku w jej głowie, nie mogła wydusić siebie żadnego racjonalnego argumentu, nie mogła zrobić niczego, żeby odeprzeć ten irracjonalny atak (manifestację zazdrości? złości?). Wydusiła z siebie jedynie słabe i niebrzmiące zbyt przekonująco:
— To tylko gra.
— Tak? Czyli, jak rozumiem, po Brianie znajdziesz sobie kolejną ofiarę, wykorzystasz ją, a potem zostawisz, jak już osiągniesz swój cel? Błagam. — Wstał. Kipiał gniewem. — Naprawdę myślałem, że jesteś mądrzejsza, Rose. Gdzie zgubiłaś swój mózg? Stopniał ci w wyniku kontaktu z tym idiotą?
— Nie przegi…
— Och, doprawdy, bronisz go? Dlaczego? Aż tak ci na nim zależy? — Rose nie odpowiedziała, niezdolna do wypowiedzenia żadnego słowa. Wypowiedź Scorpiusa obijała się echem w jej umyśle. Bronisz go. Zależy ci. Zgubiłaś mózg. Myślałem, że jesteś mądrzejsza. — Fantastycznie. Rozumiem, że ja w takim razie nie jestem godzien twojego czasu, skoro znalazłaś sobie ukochanego, z którym chcesz spędzić resztę życia. Świetnie, fantastycznie, życzę wam szczęścia, słodkich dzieci i czego tam jeszcze potrzebujecie. Ale mnie w to nie mieszaj!
Wyszedł, trzaskając drzwiami z taką siłą, że szyby w oknie zadrżały. Rose przez dłuższą chwilę po tym tylko siedziała, próbując zrozumieć, co właściwie zaszło.
Scorpius się wściekł.
O Briana?
Chyba niezupełnie. Bardziej dlatego, że ona pokazała, że jej zależy na Grimmerze. Że jest gotowa się poświęcić, żeby wygrać ten durny konkurs. Był pewnie zazdrosny. I zawiódł się na niej. Nie dlatego, że wybrała innego, tylko dlaczego to zrobiła.
Merlinie, jak do tego doszło? Kiedy wszystko się tak bardzo spieprzyło? Dla głupiego turnieju?

Jon przekonał się, że Gabrielle ma bardzo słabą głowę. Wypiła zaledwie pół butelki ognistej, a już miała problemy z koordynacją ruchową i niekontrolowanie chichotała. Początkowo go to bawiło, ale ona na tym nie poprzestała. Z radością dołączyła do grupki Ślizgonów grających w butelkę, gotowa na przyjęcie wyzwania. Skwitowała wzruszeniem ramion odmowę Scorpiusa oraz Rose do dołączenia do nich (Nic nie szkodzi, pewnie idą na romantyczną schadzkę, nie należy im przeszkadzać!), a gdy butelka zaczęła się kręcić, wpatrywała się w nią z fascynacją.
Puchon zupełnie nie kojarzył osób, z którymi grali. Nie podejrzewał też, żeby jego dziewczyna miała aż tak bliskie związki z domem Slytherina. Dołączyła pewnie tylko po to, żeby się zabawić — a zabawa z bliżej nieznanymi ludźmi mogła się skończyć katastrofą!
Okej, Jon, masz paranoję, szepnął głos w jego głowie. To tylko głupia zabawa. Wyluzuj. Nikt ci nie każe brać w niej udziału. Jeśli ci się nie podoba, możesz wyjść.
Westchnął, po czym przywołał do siebie butelkę ognistej. Musiał się napić.
Po kilku kolejkach wyzwań i wyznań butelka zatrzymała się na wprost Gabrielle. Dziewczyna zapiszczała z radością, pochylając się do przodu. Nie bała się żadnego zadania.
Jak się okazało, naczyniem zakręcił ten sam chłopak, który zainicjował grę i który próbował zaprosić do niej Scorpiusa oraz Rose. Gabrielle nie pamiętała jego imienia, ale była pewna, że widziała go już parę razy w wielkiej sali, być może w towarzystwie Albusa Pottera.
— Szanowna pani, prawda czy wyzwanie? — spytał, szczerząc się do blondynki.
— Prawda!
— U-huh. No dobrze. W skali od zera do dziesięciu jak bardzo przystojny jestem?
Gabrielle zachichotała, po czym przymknęła jedno oko, oceniając sylwetkę chłopaka. Nie wyglądał źle. Stanowił kompletne przeciwieństwo czarnowłosego Jona; miał jasne włosy, tak jak ona sama, oraz dużo piegów na policzkach. Był szczupły, ale koszulka z nazwą jakiegoś dziwnego zespołu dobrze na nim leżała.
Wypiła kilka kolejnych łyków ognistej — Jon już jej nie powstrzymywał, bo sam pił alkohol, więc jedynie obdarzył ją czujnym spojrzeniem — po czym wrzasnęła zdecydowana:
— Piętnaście!
Zgromadzeni nagrodzili jej wypowiedź chichotami, gwizdami i oklaskami. Jedynie siedzący obok niej Puchon milczał, ściskając w dłoniach butelkę whisky; smętnie próbował się przekonać, że to tylko zabawa, a Gabrielle jest po prostu pijana.
— Dziękuję! — Ślizgon przesłał dziewczynie buziaka. — Teraz ty kręcisz.
— Fantastycznie!
Zakręciła butelką z rozmachem. Naczynie zrobiło dobrych kilka okrążeń, zanim wskazało szyjką drobną dziewczynę o ciemnobrązowych włosach.
— Prawda czy wyzwanie? — spytała ją Gabrielle.
— Wyzwanie.
— Dajesz, Margaret! — krzyknął Ślizgon siedzący naprzeciw niej. Spojrzała na niego z rozbawieniem, po czym zwróciła się do Krukonki, czekając na jakieś zadanie.
— To chyba nie będzie nic ambitnego. Pocałuj chłopaka, który ci się podoba!
Margaret spłonęła rumieńcem, lecz pocałowała tego samego Ślizgona, który ją wołał chwilę temu.

Scorpius ochłonął dopiero wtedy, kiedy wyszedł na błonia. Zimne, wieczorne powietrze momentalnie go otrzeźwiło. Nie czuł jednak chłodu, chociaż jego bluzę nadal miała na sobie Rose. Był odporny na niską temperaturę.
Wsunął dłonie do kieszeni i pozwolił nogom się prowadzić. Uniósł głowę do góry. Na niebie nie pojawiła się ani jedna chmurka, dzięki czemu mógł teraz podziwiać gwiazdy — zupełnie jak wtedy, w Hogsmeade. Teraz wydawało mu się, że owa wyprawa miała miejsce wieki temu.
Wiatr zabrał z jego głowy złe myśli niczym liście, po czym porwał je w dal. Blondyn odzyskiwał jasność myślenia, w miarę jak adrenalina i złość z niego opadały. Nagle poczuł się całkiem wyzuty z sił.
Wówczas zorientował się, że doszedł aż pod chatkę Hagrida, nadal przez te lata trzymającą się skraju błoni i opierającą się zaciekle wichurom, śniegom, deszczom i słońcu. Pomyślał, że skoro już się tutaj znalazł, równie dobrze mógł zajrzeć do starego gajowego. Nosił się z tym zamiarem od dawna, ale nigdy nie znajdował na tyle dużo czasu, żeby do niego wpaść na herbatkę.
Zapukał do drzwi. Krótko po tym usłyszał ujadanie ogromnego brytana, którego Hagrid trzymał w chatce — potomkinię słynnego Kła, Averis. Dobiegł go również basowy głos właściciela psa:
— Już idę, idę!
Rygiel został odsunięty i już po chwili Scorpius mógł ujrzeć oblicze gajowego. Nie zmienił się, odkąd Ślizgon widział się z nim po raz ostatni. Nadal tak samo górował nad nim wzrostem, jego broda wydawała się nieco dłuższa oraz dziksza, a wydatny brzuszek pokrywała kamizelka.
— Cholibka! Kogóż moje pikne oczy widzą! Scorpius Hyperion Malfoy! Nie spodziewałem się ciebie w tym roku, chłopcze. Wskakuj do środka, zrobię zaraz herbatki.
— Cześć, Hagridzie.
Zaprosił go zamaszystym gestem do wnętrza chaty, z czego Scorpius chętnie skorzystał, po czym zamknął za nim drzwi. Następnie zabrał się za przygotowywanie wody na herbatę oraz wyciąganie z puszki podejrzanie wyglądających ciastek.
— Przepraszam cię za ten bałagan, nie spodziwałem się dzisij gości, sam rozumisz…
— Nie szkodzi, nic się nie stało — odparł Scorpius z uśmiechem, lustrując wzrokiem wnętrze chatki. Averis nieśmiało do niego przydreptała, domagając się pieszczoty. — Widziałem gorsze rzeczy.
— Och, tak, z pewnością… Usiądź sobie. Rozgość się.
Wyminął podejrzaną stertę rosnącą na środku podłogi (nawet nie chciał wiedzieć, co to jest). Przełożył przewieszone przez krzesło rzeczy na łóżko, po czym zrobił trochę miejsca na stole zawalonym książkami oraz ziołami. Averis ruszyła za nim i położyła się z powrotem w swoim legowisku w kącie izby.
— Hagridzie, czemu kolekcjonujesz te zioła? — spytał z ciekawością. Nigdy nie wyróżniał się specjalnie, jeśli chodzi o zielarstwo, ale coś jeszcze pamiętał. Rozpoznawał kolendrę, miętę i rumianek. Na tym się jego wiedza kończyła. — I do tego książki o zielarstwie? Od kiedy się tym tak pasjonujesz?
— Ach, bo czymś sobie muszę zapełnić czas, rozumisz. Ten, czasem pomagam profesorowi Longbottomowi w uprawie ziół, przydają się też na lekcjach eliksirów. Chodzę sobie po Zakazanym Lesie i czasem coś wypatrzę.
— Och. Już myślałem, że knujesz coś poważniejszego.
— Może trochę. — Hagrid spojrzał na niego z poważną miną. — Widzisz, w lesie pojawiły się ostatnio węże.
— Węże?
— Węże. Wisz, takie zielone, z czarnym zygzakiem bignącym przez grzbit. Dotychczas ich nie było, nigdy nie widziałem ani jednego, a teraz za każdym razem je dostrzegam… Ni wim, co się stało.
— Są groźne?
— O tak. Ich jad potrafi człowieka zabić. Nie tylko mugola, ale też czarodzija. Są, cholera, bardzo niebezpiczne. Dlatego mam nadzieję, że żaden dzieciok nie będzie się tera szlajał po lesie. Przynajmniej dopóki ich nie wytępimy…
— Profesor McGonagall wie?
— O tak. Przekazała tę informację pozostałym profesorom i Neville i Earie zaoferowali swoją pomoc. Mówili, że żmije można wytępić za pomocą specjalnego eliksiru rozpylanego w powietrzu. Dlatego kolekcjonuję zioła…
— Hagridzie, przecież ty tak kochasz zwierzęta — zaczął zdumiony Scorpius. — Sądziłem, że będziesz się raczej starał je uratować na wszelkie sposoby…?
— Zmądrzałem na starość.
Nie powiedział nic więcej, gdyż w tej samej chwili czajnik zagwizdał przenikliwie. Hagrid zajął się przelewaniem wody do dwóch głębokich kubków, po czym przeniósł je na blat. Jeden z nich postawił przed Scorpiusem, a drugi przed sobą.
— Ale dość o mni. Jak tam w szkole, Scorpius? — spytał, usiadłszy wygodnie na drugim krześle. — Jak klasa owutemowa? Jesteś prefektem, prawda? Poczęstuj się ciasteczkami, Scorpiusie. Są naprawdę dobre.
Ślizgon spojrzał na podsuwaną mu puszkę, ale nie skorzystał.
— Na razie dziękuję. Może później. Dobrze, jak na razie nie mam problemów z nauką. Czasem jest trochę ciężej, bo jeszcze się zaangażowałem w turniej taneczny… To zabiera dużo czasu.
— Turniej, ech? Jesteś ambitny jak twój ojciec. — Półolbrzym uśmiechnął się. — Nadal przyjaźnisz się z Albusem, wisz, synem Potterów?
— Z Albusem? Taaak.
— Powiedz mu, żeby wreszcie do mnie wpadł. Jeszcze ani razu od rozpoczęcia roku się tutaj nie pokazał. Pamiętam jego tatuśka, był w tym wieku taki sam… A ta mała Weasleyówna, Rose? Często tu przyłaziła z Alem. Jej rodziców też bardzo dobrze pamitam, wspaniali ludzie. Hermiona miała naprawdę ogromną wiedzę, zawsze mnie zadziwiła…
Scorpius poruszył się na krześle, nie mając ochoty na rozmawianie o Rose.
— Na pewno. Hagridzie, ja już chyba pójdę. Zbliża się cisza nocna.
— Nawet nie dopiłeś herbatki!
— Innym razem, obiecuję. Powinienem już być w zamku. Chciałem tylko wpaść do ciebie i zapytać, co słychać. — Wstał. — Pojawię się niedługo, Hagridzie.
— Oczywiście, młodzi zawsze pędzący… Dziękuję, że wpadłeś. Dobrze było cię zobaczyć. Wpadnij…
— Jasne.
Pomachał w drzwiach do gajowego i zszedł po schodkach. Znowu wsunął ręce do kieszeni. Jedno wspomnienie o Rose wystarczyło, żeby go wygonić z chatki. Nie chciał o niej rozmawiać. Nie chciał, żeby mu przypominano o niej na każdym kroku, nawet na zwyczajnej herbatce u Hagrida.
Czy ona naprawdę go prześladowała?

Ze zdumnieniem stwierdził, że w pokoju wspólnym jego domu właśnie dogorywała impreza. Na stole leżało koło trzydziestu pustych butelek po ognistej oraz kremowym piwie. Na paru talerzach zostały jedynie okruszki po ciastkach. Na kanapach siedziało parę osób, prowadzących cichą rozmowę; niektórzy z nich jeszcze popijali alkohol. Parkiet był pusty, ale nieco bardziej stonowana muzyka wciąż płynęła z głośników. Dochodziła północ, może dlatego wszyscy się już porozchodzili.
— Co tu się działo? — zagadnął jakiegoś dzieciaka przechodzącego przez pokój. Zapewne chciał się wymknąć z lochów.
— Była impreza.
Chłopak wzruszył ramionami i zniknął za drzwiami. Brian natomiast podążył w stronę foteli przed kominkiem.
Prawdę mówiąc, z uczty wyszedł dosyć szybko, decydując, że powinien odnaleźć Rose. Krukonka nie pojawiła się w wielkiej sali ani na chwilę, więc przetrząsnął wszystkie miejsca, w których mogła się znajdować. Komnata treningowa świeciła pustkami, biblioteka również. Ba, nawet Krukoni pytani pod Wieżą Ravenclawu nie umieli mu powiedzieć, gdzie ona jest.
Na jednej z kanap dostrzegł Albusa Pottera. Zawahał się, czy do niego podejść, w końcu jednak to zrobił. Był za bardzo zdesperowany.
— Cześć — przywitał się, przerywając rozmowę Pottera z jakimś chłopakiem z siódmego roku. — Wiesz może, gdzie jest Rose?
— Nie mam pojęcia zielonego — odparł zgodnie z prawdą Albus. Oparł głowę o tył kanapy, by móc spojrzeć na Briana bez bólu szyi. Nie wiedział, co zaszło między nim a Rose, wiedział jednak, że nie zanosiło się na nic dobrego. — Wyszła jakieś dwie godziny temu.
— Z Malfoyem — dodał rozmówca Ala, którego Potter miał ochotę teraz przekląć.
Tak, dolewaj oliwy do ognia, brawo.
— Z Malfoyem? — powtórzył Grimmer z oszołomieniem. Zupełnie nic już nie rozumiał. Cofnął się. — Och. I nie wiecie, gdzie ona może teraz być?
— Pewnie w jakimś schowku na miotły.
— Zamknij się, Malcolm. Nie mam pojęcia, dokąd mogli pójść, przykro mi. Nie pomogę ci.
— Dzię… Dzięki.
O co tutaj chodziło?

Jak widać, wyrobiłam się jednak na czas, a zatem jest i piętnastka. :D 24.12 pojawi się świąteczny one-shot, a na kolejny rozdział zapraszam 29.12. ^^ // No i proszę, szanowni państwo, brniemy powoli do przodu. Mam wrażenie, że ten rozdział jest przejściowy i się w nim mało dzieje, a bohaterowie kręcą się w kółko, ale spokojnie, w szesnastce i siedemnastce sobie to odbijemy. Jednakże ta część jest ważna ze względu na pewną wskazówkę co do tego, co będzie się działo dalej. Już się nie mogę doczekać, serio, to moje ulubione punkty w fabule. XD Trzymajcie się cieplutko, ściskam Was mocno i do usłyszenia! ^^

22 komentarze:

  1. Cóż, pisałaś pod poprzednim, ze następny bedzie raczej 22 i tak sie czaiłam z komentarzem, że w końcu rozdział mnie wyprzedził xd no trudno :D
    Uwielbiam pijaną Rose! Jest taka urocza <3 i over-protective Malfoy, bo prostu złoto. Nie wolno pić Rosie! Ciekawe, że zaczęła zauważać, jak pachnie :) I zazdrosny, Scorpi, uwielbiam <3
    Bardzo otwarci są w tych swoich uczuciach, jak np Scorpius jej mówi wprost, że jest zazdrosny o Brina. Tylko czemu jak sam to widzi i wie, że Rosie mu się podoba, to jej w końcu nie schwyta? ;c
    Conrad jest w moich myslach już jednym z głownych podeejrzanych do roli wielbiciela, chociaz nadal Brian jest na prowadzeniu, chociaż może... w sumie sama już nie wiem. Muszę przestać zgadywać.
    A w poprzednim odcinku bardzo mi sie podobało, jak "opisałaś" pocałunek Briana z Rose. W sensie tak jak powinno być: zero chemii, niczego, w zasadzie jakbym czytała szybko to może nawet bym całkiem przeoczyłą fakt że go pocałowała. Zapewne w głowie Scorpiusa wyglądało to nieco inaczej :D
    Ciekawe skąd sie wzięła ta jego odpornosć na zimno. Cudowne było, jak Rose opowiadała o swojej historii z tańcem i mówiła ile to dla niej znaczy i dlaczego. No i jak jej się wymsknęło, ze juz go nie nienawidzi.
    A Scorpius ma poniekąd rację, że Rose nie powinna poświecać tyle dla wygranej w turnieju. Jasne, przesadził troche z ostrymi słowami, no ale co sie chłopakowi dziwic, skoro zazdrość go zżera.
    Nie psuj niczego między Jonem a Gabbie ;c
    Bardzo mi sie podobał fragment Scorpiusa z Hagridem ich ich relacja, strasznie urocze to było :) I dosć wiernie udało ci się odtworzyć sposób wypowiedzi Hagrida, chociaż troszkę przesadziłąś. Moim zdaniem za duzo było tych wszystkich "pikne" "spodziwałem" "dzisij" "zilone" i tak dalej. Ale to wbrew pozorom trudne zadanie :D Ja nie napisałąm jeszcze żadnego fragmentu z Hagridem, bo wiem, ze bedzie albo za mało albo za dużo tego hagridowania :D
    i jeszcze w odniesieniu do Potterów czy Weasleyów, nie sądzę, żeby Hagrid powiedział o Albusie 'dzieciak Potterów", albo że rodziców Rose dobrze pamieta, to jakoś źle zabrzmiało, jakby byli dla niego tylko dawnymi uczniami, a przecież byli jego bliskimi przyjaciółmi ;) mniemam że nadal są xd Ale to tylko taka drobna uwaga, poza tym scena była super.
    Niech cie piekło pochłonie Brian!
    Rozdział jak zywkle świetny, czekam z niecierpliwoscią na następny, a także bardzo jestem ciekawa tego odcinka światecznego :D Nie mogę sie już doczekać!
    Weny życzę i pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do otwartości - wiem o tym i staram się nad tym panować, ale jeszcze nie do końca jestem w stanie. XD Po prostu wydaje mi się to zupełnie naturalne i potrzebne do popchnięcia akcji do przodu, bo też i nie mogą się w kółko kręcić. W końcu byłoby za nudno. :D W kolejnym rozdziale chyba jednak uda mi się to zrównoważyć, zresztą sama zobaczysz. :3
      Właśnie w głowie Scorpiusa to wyglądało zupełnie inaczej. :D Przecież nie siedzi w głowie Rose i nie wie, że ona niczego nie poczuła! :D
      Dobra, w takim razie jeszcze raz to przejrzę sama i kilka słów poprawię na normalny zapis. Zaglądałam jednak nawet do oryginału; Jo wstawiała przeinaczone słowa wszędzie tam, gdzie się dało, choć po polsku nie da się wiernie tego odtworzyć, niestety. :c
      W sumie masz rację, poprawię to, dziękuję. <3

      Już niedługo. :33

      Dziękuję i Tobie też tego życzę! :*

      Usuń
  2. moje pytanie: gdzie ten Malfoy się wcześniej znadjował? i właściwie dlaczego założył, że ona mu powie? xD nie wiem, czy ona za szybko nie wytrzeźwiała, szczerze móiac, bo po tym spacerze może mówiła dużo, ale jezyk się już nie plątł, a wydaje mi sie to trochę nieprawdopodobne. W kazdym razie nie dziwię się Scorpiuosowi, że się na nią wkurzył. Zachowanie ROse generalnie b. szlachetne nie jest, a uż szczególnie dla kogoś, kto się nia interesuje :p własciwie nie dziwię mu, że może myśleć, że Weasley tak naprawdę czuje coś wobec Briana. Choć to klamstwo. No, ale z drugiej strony sam niedawno wcale nie był taki święty i tak naprawdę uczucie między nimi -Rose a Scorem - dopiero zaczyna się krystalizować, wcześniej mocno sie nie lubili.
    POdobało mi się, że dałaś tę krótką wstawkę z gry z butelką, mam nadzieję, że Jon nie zdenerwował się bardzo na zachowanie Gabbie.
    nie spodziewałabym się, ze Hagrid zaprzyjaźni sie ze Scorem, to super fajne xD ale wydaje mi sie troche dziwne, że mógłby nie znać imion dzieci Potterow, nawet jeśli hipotetycznie by się z nim nie przyjaźnili. Choć z drugiej strony on jest juz mocno stary, więc...
    Ciekawią mnie te żmije, nie sądzę, żebyś wspomniała o nich ot tak, jako zapychacz, więc ciekawi mnie, jaką rolę tutaj odegrają.
    Zapraszam Cie na niezaleznosc-hp.blogspot.com i czekam zarówno na odcinek świąteczny, jak i następny rozdział

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie każdemu się język plącze, jak jest pijany, miałam okazję to wiele razy zaobserwować i samej też doświadczyć. :D
      Co do imion dzieci Potterów, poprawiłam, bo to faktycznie może wydawać się dziwne. :D

      Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  3. Widać, że wszystko zaczyna się komplikować.
    Nie dziwię się reakcji Scorpiusa. Mógł sobie pomyśleć, że Rose czuje coś do Briana, a o niego jest zazdrosny.
    Wydaje mi się, że Jon niepotrzebnie się zdenerwował tą sytuacją w pokoju wspólnym Ślizgonów. Między Gabrielle a Ślizgonem do niczego nie doszło, więc nie miał powodu. Mam nadzieję, że nie zmieni to bardzo ich relacji.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jon nie miał powodu, ale poczuł się zazdrosny, a zazdrośni faceci nie myślą logicznie (vide Scorpius). :D

      Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  4. Super rozdział :) czekam z niecierpliwością na kolejne. Bardzo jestem ciekawa jak rozwinie się sprawa trójkąta Brian-Rose-Scorpius :) puki co jest ciekawie. Fajnie opisujesz doznania wewnętrzne bohaterów i podoba mi się ze nie ma takiego przesłodzenia w twojej historii :) Pozdrawiam i dużo weny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, że się podoba! :D

      Dziękuję, każda ilość weny się przyda. :3

      Usuń
  5. Świetny. :D
    Okej, moim zdaniem jakąś wskazówką są te węże, ale nie wiem jaką. :D
    Nie dziwię, że Scorpiuse tak zareagował, miał prawo się wkurzyć. Rose zagrała dość chamsko, ale odważnie. Ciekawe, co będzie dalej. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dalej będzie jeszcze ciekawiej. :D

      Usuń
  6. Rozdział cudowny! Może nie działo się wiele, ale za to Rose i Scorpius wreszcie przeprowadzili poważną rozmowę... chociaż skończyła się ona sprzeczką, a może raczej obrazą Ślizgona. Trochę przesadził, ale cóż – zazdrość przysłoniła mu oczy. Na swój sposób jest to słodkie, ale jedynie do czasu. Mam nadzieję, że wyzna w końcu Rose co tak naprawdę czuje. :D
    Przyczepić się mogę jedynie do wypowiedzi Rose, której na imprezie plątał się język, a potem gdy wyszli mówiła już bardzo płynnie. To dość nierealne, by tak szybko wytrzeźwieć, chyba że wtedy po prostu udawała taką pijaną, nie wiem.
    Pozdrawiam! ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze zobaczymy, kto komu wyzna miłość. :D Podpowiem, że na to trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. XD
      Dzięki za uwagę, pomyślę nad tym i przeredaguję w razie potrzeby. :3

      Pozdrawiam również! <3

      Usuń
  7. Boże, Boże, Bożenko! Chyba właśnie wpadłam na kolejny sposób, w jaki Rose i Scorp mogliby wylądować razem w turnieju! Buahahahaha! Czyżby nasze kochane żmije miały ukąsić rodzeństwo? Nie życzę im śmierci (może Brianowi, ale tylko troszeczkę!xD), ale mogłoby być tak, że pobyliby przez pewien czas w stanie jakiegoś zawieszenia (może śpiączki?), po to, by zatrzymać działanie trucizny, a później by ich uleczono. Albo zostaliby uleczeni od razu, ale organizm potrzebowałby sporo czasu na rekonwalescencję i o-jaka-szkoda nie mogliby brać udziału w turnieju, więc naturalnym sposobem Rose wylądowałaby w parze ze Scorpem! Czyż nie cudowny i mhrrroczny plan? xD (widzisz, ja już sobie wszystko dokładnie obmyśliłam!:D) A kłótnia Scorose moggłaby dodać smaczku treningom ;D
    Ogólnie to wybacz, że tak dawno nie komentowałam (poprzedni rozdział w plecy), ale to przez nawał szkoły i innych (wiem, że się powtarzam xD). I od razu ostrzegam-jeśli skomentuję poprzedni rozdział, to poziom wypowiedzi będzie bardzo nędzny :D W sumie 14. przeczytałam sporo czasu temu, ale nie miałam czasu skomentować, a później nie wyszło.
    Widzę, że zmieniłaś szablon. Całkiem ładny, ale chyba poprzedni bardziej m się podobał. No wiesz taki melancholijny, refleksyjny i artystyczny ;) I zdecydowanie na plus nowe umiejscowienie spisu treści oraz to, ze teraz wszystko się przesuwa w dół, a nie tylko tekst rozdziału :D
    Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że Rose aż tak się spije xD Rzeczywiście komiczne ;D
    Coraz bardziej rośnie moje przekonanie, że to Wood wysyła kartki.
    W końcu próbował zaprosić Rose do zabawy na imprezie, a później naprawdę myślałam, ze rzuci się na Malfoya z pięściami. Biedny chłopak, współczuję mu, jeśli to on jest wielbicielem... :( Chociaż to lepsze rozwiązanie niż jakby Grimmer miał być. Z drugiej strony gdyby to był Brian, to czy nie napomknąłby o tajemniczym wiebicielu przy początku "związku" z Rose?
    Ehhh, czemu Malfoy musiał tak zareagować, kiedy dowiedział się o planie Rose? Naprawdę pomyślał, ze mogłaby woleć Grimmera od niego?
    Btw, czy Brian nie był z innego domu? Wydaje mi się, że na pewno nie był w Slytherinie. Jego siostra tak, ale on? W 4. rozdziale jest tak:
    "— Jestem Brian Grimmer. Gryffindor.
    — Rose Weasley. Ravenclaw."
    Czyżby wina nargli? xD Nie pamiętam jak później było, ale wydaje mi się, że mogła zajść pomyłka ;)
    Upita Gabrielle też wyszła komicznie, ale zabraniam ci robić cokolwiek złego z Jonbrielle! Już scena przy butelce mnie zaniepokoiła :D Uroczy mini-wątek Margaret i całusa:
    "— Dajesz, Margaret! — krzyknął Ślizgon siedzący naprzeciw niej. Spojrzała na niego z rozbawieniem, po czym zwróciła się do Krukonki, czekając na jakieś zadanie.
    — To chyba nie będzie nic ambitnego. Pocałuj chłopaka, który ci się podoba!
    Margaret spłonęła rumieńcem, lecz pocałowała tego samego Ślizgona, który ją wołał chwilę temu." <3
    Miła scena z Hagridem, ale zwróciło moją uwagę duże nagromadzenie tych poprzekręcanych słów. Nie za dużo trochę?
    Oprócz tego, zastanowiło mnie nieco to, że Hagrid tak ogólnie mówił o Harrym i spółce,ale po zastanowieniu się doszłam do wniosku, ze może to ze względu na Scorpiusa, który nie znał ich tak dobrze.
    Czytam tak sobie ostatni fragment i już miałam nadzieję, ze to perspektywa Malfoya, ale zobaczyłam, że jednak Briana i byłam trochę zawiedziona xddd Oj głupi kolego Albusa, mogłeś nie paplać :D
    "— Nie mam pojęcia zielonego"- czyżby ironiczne nawiązanie do Ślizgonów? xD
    Czekam na następny rozdział (już tylko 3 dni, lalala!)
    Pozdrawiam i życzę weny! ;)
    ~Arya
    PS Wybacz za komentarz pełen wyrwanych z kontekstu zdań xD


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahhahah, to jest genialny plan, ale z góry mówię, że wymyśliłam coś innego, choć węże też będą miały swój udział w opowiadaniu. XD Nie odmówię Ci jednak geniuszu! :D
      Wybaczam, wszystko Ci wybaczę, bo Twoje komentarze robią mi dzień. :D
      Prawdę mówiąc, mnie też się bardziej podobał poprzedni szablon, ale poczułam potrzebę zmiany. Problem jest taki, że mało obrazków pasuje do tego opowiadania, naprawdę, przeszukałam całego deviantArta i tumblra. :< Jeszcze będę szukać, bo faktycznie ten obecny szablon mnie nie satysfakcjonuje. W razie czego wrócę do poprzedniego. :>

      Co do Briana: tu chyba faktycznie popełniłam gafę, bo był z Gryffindoru. Prawdę mówiąc, przy pisaniu siedemnastki pomyślałam, że powinnam zapisać wiek oraz dom Briana i Conrada, bo mi się wiecznie myli. Gdybyś mogła mi jeszcze wskazać ten nieszczęsny fragment, byłabym wdzięczna, bo go nie mogę znaleźć. :D
      Ilość poprzekręcanych słów też już zmniejszałam, ale może jeszcze być za dużo. Przeczytam to później na spokojnie i pomyślę. W oryginale było dużo ich poprzekręcanych, ale niestety w naszym języku się nie da tego tak dobrze oddać. ;__;
      Hagrid wie tyle, że Scorp się przyjaźni z Albusem, ale nie wie, czy cokolwiek go łączy z Rose i rodzinką Potterów, więc to trochę zrozumiałe, poza tym myślę, że on pamięta nadal relację na linii Harry-Draco. :>

      Dziękuję ślicznie, przyda się, choć dzisiaj od rana piszę siedemnastkę. <3

      Pozdrawiam!

      PS Nic się nie stało. ;D

      Usuń
    2. Fragment z rozdziału 4 - "Sowa dopada jeża", kiedy Rose i Brian poznają się po wylosowaniu par do turnieju ;)
      przeczytałam ponownie fragment Hagrida i wydaje mi się, że już jest lepiej ;) W jednym zdaniu było 'cholera" i wydaje mi się, ze pasowałoby tam również "cholibka", bo z tego co pamiętam, wypowiedzi Hagrida nie tylko zawierały jakieś zmienione słowa, ale także charakterystyczne zwroty (np. cholibka). ;)
      Pozdrawiam! ;D

      Usuń
    3. Chodziło mi o to, w którym momencie w tym rozdziale napisałam o ślizgoństwie Briana, bo tego nie mogę wyłapać. :D
      A "cholerę" zamienię na "cholibkę", dzięki. :D

      Usuń
    4. W tym rozdziale na koniec napisałaś, że wszedł do pokoju wspólnego, gdzie dogorywała imprezka i siedział tam m.in. Albus, więc to był Slytherin.
      W 14. było napisane, że siedział na krańcu stołu (przynajmniej ja tak zrozumiałam) Slytherinu.
      I jeszcze to, też w 14: "Brian JAK ZWYKLE usiadł przy stole Ślizgonów, sprawdziwszy szybko, czy Rose się już pojawiła.".
      Pozdrawiam ;)

      Usuń
    5. Hahah, taka wpadka. XD Poprawię to później, dziękuję! <3

      I również pozdrawiam. ;D

      Usuń
  8. Mi się bardzo podobało. I tym razem ich szczerość nie raziła mnie jakoś szczególnie. W zasadzie takie otwarte przyznanie się do zazdrości przez Scorpiusa wydawało mi się całkiem do niego pasować.
    Rose wykazuje w sumie chorobliwą ambicję, skoro jest w stanie posunąć się do takich mało etycznych ruchów i na dodatek otwarcie przyznać swoje intencje. A wydawała się taka rozsądna :D spoko, każdy musi mieć jakieś słabości ;)
    Trochę mnie zaskoczyła pozytywna wypowiedź Hagrida na temat Dracona :D
    Komplikujesz te relacje coraz bardziej, jestem ciekawa co z tego wyjdzie :) Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No raczej, że każdy ma jakieś słabości, ale wyjaśnienie tego będzie w kolejnych rozdziałach. :D

      A z tego wszystkiego pewnie wyjdzie zamieszanie. :DDD

      Pozdrawiam cieplutko!

      Usuń

Czarodzieje