czwartek, 6 kwietnia 2017

23. Spotkania po latach

— Jak się czujesz?
— Bywało gorzej.
Nie wyglądała, jakby mu uwierzyła — i wcale jej się nie dziwił. Przeglądał się dzisiaj rano w lustrze. Pomimo stosowania eliksirów przeciwbólowych oraz wzmacniających organizm wciąż przypominał trupa. Jego twarz miała niemalże białą barwę, włosy pozostawały w nieładzie i nie dawały się poskromić nawet za pomocą czarów, a do tego chłopak nie trudził się zmienianiem koszulki, która przypominała ofiarę psiego napadu, tak bardzo była wymięta oraz pognieciona.
Prawdę mówiąc, Ślizgon nie czuł się zbyt dobrze. Przy gwałtownych ruchach robiło mu się słabo, więc ograniczył do minimum bieganie, szybkie podnoszenie się czy wszystkie inne czynności, przez które tracił siły. Nawet teraz musiał usiąść, choć zimna podłoga w łazience Jęczącej Marty niezbyt zachęcała do korzystania z niej.
Elissa przykucnęła obok niego, przypatrując się jego twarzy. Wyglądała niemalże jak zraniona sarenka, kiedy w jej brązowych oczach pojawiało się współczucie zmieszane ze złością.
Objął dłońmi jej twarz, sprawiając, że dziewczyna straciła równowagę i upadła na jego kolana. Była trochę ciężka, ale nie przejął się tym. Skorzystał z ich bliskości, całując Krukonkę najpierw w nos, potem w policzek, czoło i w szyję. Jakby z rozmysłem unikał jej ust.
— Greg!
— Hmmm? — wymruczał nieobecnie.
Dziewczyna wyswobodziła się z jego objęć i skrzyżowała ręce na piersi. Patrzyła groźnie na swojego chłopaka, dając mu znać, że tym razem nie odpuści.
— Dlaczego nie możesz po prostu powiedzieć prawdy? Dlaczego mi wprost nie powiesz, że się źle czujesz? Dlaczego mi odrobinę nie zaufasz?
— To nie tak. — Skrzywił się, niezadowolony. Wiedział, że do tej rozmowy doszłoby i tak, prędzej czy później, ale nie miał ochoty przez to przechodzić właśnie teraz. — Czy możemy o tym pogadać później?
— Kiedy później? Wtedy, kiedy po raz kolejny coś przemilczysz?
— Ellie…
— Nie, Greg. Albo się teraz wytłumaczysz, albo przestanę ci pomagać i odejdę.
Wiedziała, że zagrała nieczysto, ale Greg tego potrzebował, inaczej by się wahał do końca życia i wciąż kłamał. Naprawdę nie mogła mu pomóc, jeśli nie wiedziała, co się dzieje.
— Przepraszam, Ellie — rzekł w końcu, postawiony pod ścianą. — To nie tak, że ci nie ufam, bo ci ufam. Całym sercem. Po prostu… — westchnął — nie mogę znieść tego, że się czuję taki słaby. To niezbyt męskie, rozumiesz? Zawsze miałem tyle siły, że mogłem przenosić góry, a teraz czuję się słaby jak jakiś nowo narodzony szczeniak. Dlatego nie chciałem, żebyś wiedziała.
— Och… — Bez wahania go przytuliła mocno. — To przecież nie twoja wina, że sytuacja jest, jaka jest. Nie chcę, żebyś się bał mówienia mi o wszystkim, wiesz? Nie ma niczego złego w tym, że się czasem czujesz bezsilny, zwłaszcza jeżeli jest to spowodowane chorobą.
Spojrzał prosto w jej brązowe oczy, teraz pełne łez, i poczuł spokój. Objął Elissę w talii, przyciskając ją mocno do siebie. Tym prostym gestem pragnął przekazać dziewczynie, że docenia wszystko, co dla niego zrobiła.
— Dziękuję, Ellie.
— Nie ma za co. Wiesz, że zrobiłabym wszystko…
— Wiem. — Skinął głową. — Zmieniając temat… Powiedz mi, jak idzie warzenie eliksiru?
Oboje spojrzeli w stronę kociołka, stojącego pod jedną z umywalek. Wywar wyglądał praktycznie tak samo jak w dniu, w którym dodali najnowszy składnik, może tylko kolor zmienił na nieco ciemniejszy.
— Nie jestem pewna — przyznała cicho. — Został już tylko ostatni składnik, ale nadal się boję, że zrobiliśmy coś źle i że eliksir nie wyjdzie tak, jak powinien. Wiesz, nigdy nie byłam zbyt dobra z eliksirów. Nie zliczę, ile razy spaliłam kociołek. A teraz to…
— Ellie, robiłyście wszystko zgodnie z instrukcją w książce. Jestem pewien, że poszło wam doskonale.
— Przepisy w podręcznikach nie zawsze się przecież sprawdzają. Czasem trzeba zrobić wręcz odwrotnie, żeby eliksir wyszedł prawidłowo. Ile razy się o tym przekonałam! Rose zawsze próbowała ratować mi tyłek, ale… No cóż, to zdecydowanie nie moja bajka.
— Przecież teraz Rose też pomagała przy warzeniu eliksiru, prawda? — spytał chytrze Greg, zmuszając Elissę, żeby na niego spojrzała. — Jestem pewien, że wszystko pójdzie tak, jak trzeba.
— Nie podzielam twojej wiary.
— Moja wiara wystarczy dla nas oboje — roześmiał się. — Oj, Ellie, daj spokój. Za bardzo się przejmujesz. Dostaniesz zmarszczek od tego ciągłego zamartwiania się, a to nikomu nie pomoże.
Podarował jej ostrożnego całusa w nos.
— Kocham cię — szepnęła do jego ucha, objąwszy jego szyję ramionami.
— Ja ciebie też.

— Gabrielle, możemy porozmawiać?
Podniosła głowę znad podręcznika do transmutacji i spojrzała na przestępującego z nogi na nogę Jona. Miał niewyraźny wyraz twarzy. W jego oczach widniało błaganie, a ręce zacisnęły się w pięści. Dziewczyna uniosła brew, po czym wreszcie przytaknęła.
— Nie tutaj.
Zebrała książki i ruszyła przodem. Wiedziała, że ich „rozmowa” szybko przerodzi się w awanturę, a nie chciała mieć świadków. Jeszcze, nie daj Merlinie, cały zamek by się dowiedział o tym, co się wydarzyło — plotki zawsze podróżowały tutaj z prędkością światła. Gabrielle czasem się zastanawiała, czy to młodzi czarodzieje są tak szybcy, czy też stare mury Hogwartu miały czarodziejskie właściwości, o których nikt nie wiedział.
Weszli do jakiejś pustej teraz klasy, w której chyba odbywały się zajęcia ze starożytnych runów, wnioskując po wiszących na ścianach planszach. Blondynka nawet nie chciała wiedzieć, co one oznaczają, zgłębianie tej dziedziny wiedzy nieszczególnie ją interesowało.
— O czym chciałeś porozmawiać? — spytała, mając dość przeciągającej się ciszy. Usiadła na jednym ze stolików i spojrzała na Jona wyczekująco. Nie zamierzała mu niczego ułatwiać.
— Uch, o nas, o tym, co się stało… Gabrielle, chciałem cię przeprosić. Nie powinnaś być świadkiem tego incydentu…
— Za co mnie właściwie przepraszasz? Za to, co zobaczyłam?
Jeszcze siliła się na spokój, choć wewnątrz się gotowała.
— Gabrielle, to nie tak…
— A jak?! Wyjaśnij mi, z łaski swojej, dlaczego musiałeś się unieść głupią dumą i równie głupim honorem, i rzucić się w walkę o mnie?! Jaki to w ogóle miało sens, co? Chcieliście sobie obaj udowodnić, kto jest lepszy? Tak? Masz jakieś wytłumaczenie?
— Malcolm chciał cię odbić.
— I to był powód do pojedynku? — spytała chłodno. — Poza tym skąd masz pewność, że chciał mnie odbić?
— Widziałem, jak na ciebie patrzył.
— Czyli co, po prostu zaślepiła cię zazdrość, że z nim rozmawiałam? Dlatego chciałeś walczyć o swoje?
Roześmiała się.
— Nie! Po prostu nie mogłem znieść myśli, że mogłabyś odejść do kogoś innego i uznałem, że muszę go pokonać — przyznał Jon cicho. — Nie lubiłem go.
— Nie pomyślałeś, że to kwestia mojego wyboru, a nie waszego męskiego urażonego ego? Pomyśl logicznie. Gdybym nie chciała od ciebie odchodzić, po prostu bym mu odmówiła i sprawa by się zakończyła. Przecież nie mógłby mnie uprowadzić. Nie wiem, co sobie wyobrażałeś, ale nie jestem niczyją własnością i mam prawo do dokonywania własnych wyborów!
— W życiu bym nie pomyślał inaczej. Wiem, podjąłem decyzję w ślepym gniewie, więc przepraszam za to. — Rozłożył bezradnie ręce. — Gabrielle, Malcolm cię skrzywdzi. On nie…
— Chcesz powiedzieć, że on nie jest dla mnie?
Przez chwilę milczał, jakby ważąc w myślach słowa.
— Tak. Przepraszam.
— I masz ku temu przekonaniu jakieś racjonalne powody czy to tylko intuicja godna sławnej profesor Trelawney?
— W zasadzie to… Gabrielle, nie ułatwiasz!
— Nie miałam takiego zamiaru. Czekam jedynie na to, aż się wytłumaczysz. Jon, jestem w stanie zrozumieć, że byłeś zazdrosny, ale nie zniosę traktowania mnie jak przedmiot. Nie jestem niczyją własnością, rozumiesz? Ani twoją, ani Malcolma. Nie chcę, żebyście się o mnie bili i sobie wyrywali jak jakąś cholerną zdobycz. Mogłeś go tam zabić, a wszystko z powodu głupiej dumy!
— Więc on był lepszy?
— Nie! Czy ty w ogóle słuchasz, co do ciebie mówię?!
— To nie moja wina, że oberwał! — Teraz i on się zirytował. — Nie moja wina, że był zbyt powolny, żeby się osłonić. Poza tym nie przesadzajmy, to nie była Avada. 
— Ale to ty rzuciłeś zaklęcie, Jon! Ty chciałeś w niego trafić. I udało ci się to, gratuluję. Masz się trzymać od niego z daleka, rozumiesz?
— Dlaczego go bronisz?
— Bo to ty sprowokowałeś kłótnię. To, że on na to poszedł, to inna sprawa…
— Chyba się nałykałaś amortencji od niego! — Jon parsknął śmiechem, naprawdę nie wierząc, że to słyszy. Cała ta kłótnia wydawała mu się jednym wielkim żartem i nieporozumieniem. — Omamił cię pięknymi słówkami czy jak?
Gabrielle zdołała zachować kamienną twarz.
— W przeciwieństwie do ciebie on się zachował jak mężczyzna. Dał ci wygrać.
— Słucham?
— Mówię, że dał ci wygrać, bo wiedział, że inaczej mu nie odpuścisz. Dlatego się nie osłonił. Nie dlatego, że był zbyt wolny, tylko żeby dać ci pieprzoną satysfakcję i przekonanie, że nikt cię nie pokona i że jesteś mnie wart.
Jon poczuł się tak, jakby ktoś go właśnie uderzył pięścią w brzuch
— Nie wierzę w to…
— Przykro mi, Jon, to koniec.
— Gabrielle!
— Wróć, jeśli przemyślisz sprawę i przestaniesz traktować mnie jak przedmiot.
Wyszła, zostawiając go samego w klasie.
Dopiero gdy zamknęły się za nią drzwi, pozwoliła łzom spłynąć po twarzy. Nie chciała zachowywać się okrutnie, ale czuła, że jej związek z Jonem się po części wypalił. Nie mogła znieść podejścia chłopaka i potrzebowała od niego przerwy. Musiała poukładać od nowa swoje życie oraz trochę ochłonąć. Prawdę mówiąc, postawa Jona bardzo ją rozczarowała. Nie spodziewała się, że mógłby się z kimś o nią pobić — zawsze był spokojny, opanowany i skłonny do pomocy. Zawsze miała go za dobrego człowieka. Przecież ktoś, kogo lubią zwierzęta, nie może być zły, prawda?
Być może to ona się drastycznie pomyliła w osądzie.
Przejechała dłonią po twarzy. Nie sądziła, że sprawy się tak bardzo pokomplikują w ciągu jednego dnia. Rose miała rację, życie naprawdę przypominało czasami przejażdżkę na karuzeli. 
Uznała, że potrzebuje chwili spokoju, najlepiej przy zwierzętach, więc zdecydowała, że pójdzie do smoków. Przynajmniej one ją pokochały bezwarunkowo.

Pozostali członkowie komisji turniejów przybyli rankiem, zgodnie z ustaleniami, więc Rose mogła ich zobaczyć dopiero w porze kolacji. Do samego końca nikt poza samą dyrekcją nie wiedział, kto zasiądzie w gronie jurorów, więc Rudą zżerała teraz ciekawość. Miała swoje podejrzenia, ale co innego przypuszczać, a co innego wiedzieć.
Jak się okazało, poza dyrektorami szkół sędziami zostali wysłannicy ministerstw krajów biorących udział w zawodach. Ze strony angielskiej pojawił się szef Departamentu Magicznych Gier i Sportów, Oliver Wood. Rose poznała go jako pierwszego, gdyż mężczyzna czasem zjawiał się w jej rodzinnym domu. Słyszała od wujka Harry’ego, że Wood przewodził gryfońskiej drużynie quidditcha, gdy jeszcze on i rodzice Rudej chodzili do szkoły. Wiedziała też, że był ojcem Conrada.
Nie zmienił się za bardzo od ostatniego razu, kiedy Rose go widziała. Jego łysina się trochę powiększyła, ale wciąż miał krótkie, brązowe włosy, tak jak i syn, oraz bystre, ciemne oczy. Lata treningów uczyniły jego sylwetkę jeszcze muskularniejszą, co dało się zauważyć pomimo szat, które miał na sobie.
Pozostałych przybyszy Krukonka zupełnie nie kojarzyła, chociaż kobieta stojąca obok profesor McGonagall wyglądała znajomo. Miała wściekle czerwone włosy związane z tyłu głowy w dwa koki. Na jej oczy opadała prosta grzywka. Kobieta nosiła oficjalne czarodziejskie szaty, ale Rose uznała, że mugolskie znacznie bardziej do niej pasowały.
Kim ona była?
Dyrektorka Hogwartu uciszyła salę machnięciem ręki i dokonała prezentacji nowoprzybyłych jurorów.
— Z Ministerstwa Magii Stanów Zjednoczonych przyjechała do nas pani Laura Schmitt!
Przerwała, dając uczniom chwilę na oklaski, podczas gdy Amerykanka kurtuazyjnie się skłoniła. Rose przeżyła niemały szok, słysząc jej nazwisko — doskonale wiedziała, że Schmitt była znana w świecie nauki jako genialna zielarka, znawczyni roślin i autorka wielu książek uznawanych za arcydzieła w czarodziejskim społeczeństwie. Ruda nie mogła uwierzyć, że ją wysłali na coś tak banalnego, jak turniej tańca!
— Merlinie, chyba świat się skończył — mruknęła do siebie.
— Francję reprezentować będzie monsieur François Chevalier.
— Kto to w ogóle jest? — wyszeptał Albus do ucha Rose, udając, że klaszcze.
— Nie wiem. — Wzruszyła ramionami. — Pierwszy raz go na oczy widzę. Pewnie jakiś pracownik francuskiego Ministerstwa Magii, jakiś departament sportu czy coś. Nie mam pojęcia.
Prawdę mówiąc, wcześniej nawet nie zwróciła na niego uwagi. Chevalier wyglądał dość przeciętnie. Nie grzeszył wzrostem; dosięgał zaledwie do ramion profesor McGonagall. Obracał w palcach melonik (zapewne tik nerwowy), którym zakrywał łysinę. Bure szaty leżały na nim jak druga skóra. Spoglądał niezbyt przytomnie na siedzących przy stołach uczniów; Rose odniosła wrażenie, że nie podoba mu się zadanie, do którego go oddelegowano.
— Angielskie Ministerstwo Magii będzie reprezentował Oliver Wood!
W oczach dyrektorki błyszczała duma. Rose domyśliła się, że to dlatego, że Wood był jej wychowankiem. Gdy jeszcze chodził do Hogwartu, należał do domu, którym się opiekowała. Nic dziwnego, że dyrektorka teraz się cieszyła z jego obecności.
Sala wybuchła aplauzem. Uczniowie Hogwartu znali Wooda dosyć dobrze, ponieważ nierzadko pojawiał się na trybunach, gdy rozgrywano mecze Pucharu Domów. Zwykle po każdej grze rozmawiał z zawodnikami — gratulował zwycięzcom, pocieszał przegranych i dawał wskazówki na kolejne zawody. Do tego zajmował się organizacją wszelkich imprez sportowych.
— W porządku, moi drodzy, czas na parę ważnych ogłoszeń. — McGonagall wyjęła z kieszeni złożoną na pół kartkę. — Przypominam, że za pięć dni odbędzie się drugi etap turnieju tanecznego. Uczestnicy będą proszeni na zebranie, które będzie miało miejsce za trzy dni. Przypomnimy na nim zasady obowiązujące na zawodach oraz poinformujemy o tym, jak będzie przebiegać drugi etap. Pozostałych uczniów uprasza się o nieprzeszkadzanie reprezentantom w przygotowaniach. Przypominam również, że w tym zamku obowiązuje coś takiego jak cisza nocna. Parę osób już o tym zapomniało, zdaje się. To wszystko na dzisiaj, chyba że macie jakieś pytania. Nikt? Wspaniale. Smacznego.
Wraz z nowymi jurorami usiadła przy stole nauczycielskim, dołączając do pozostałych profesorów i dając tym samym znak, że można się zabierać za jedzenie oraz rozmowy.
— Nie wiem, na jakiej zasadzie dobierali członków komisji. Wszyscy są dziwni — skomentował Scorpius, nakładając sobie na talerz zapiekankę. Od rana miał na nią ochotę. — No może poza Woodem, on był dosyć oczywistym wyborem.
— TenSzewalienapefffnojesztdzywnyyyy… — powiedziała Rose z ustami pełnymi sałatki.
Blondyn rzucił jej rozbawione spojrzenie.
— Najpierw zjedz, potem mów.
— Ten Chevalier na pewno jest dziwny — powtórzyła dziewczyna, tym razem wyraźniej. — A Schmitt… Cóż, jest specyficzna, ale ma wybitne osiągnięcia. Zajmuje się w Stanach zielarstwem, napisała na ten temat dużo książek i prac naukowych… Mam nadzieję, że uda mi się z nią porozmawiać!
Albus przewrócił oczami, niezbyt zdumiony jej wywodem. Rose była typową Krukonką z zamiłowaniem do czytania i wiedzy.
— Bardziej mnie zastanawia, dlaczego wybrali zielarkę do komisji. Co to ma wspólnego z tańcem albo jakimkolwiek sportem?
— Nie wiem. Może się tym interesuje prywatnie? Może nie mieli pod ręką nikogo innego? Nie zapytasz jej, to się nie dowiesz.
— Chyba nie chcę ryzykować. — Al skrzywił się, dochodząc do wniosku, że dodał do herbaty zbyt dużo cytryny. — Tak na marginesie, Rosie, chyba za bardzo polubiłaś stół Slytherinu. Może powinnaś zmienić dom?
— Zamknij się.
— No tak, zapomniałem, że twój ukochany przeciąga cię na złą stronę.
Widok czerwonych wypieków na policzkach Rose napełnił go satysfakcją. Wyglądała teraz tak uroczo, rumieniąc się, że Potter nie mógł sobie odmówić przyjemności zawstydzania jej.
— Sugerujesz, że ty stoisz po tej dobrej stronie barykady? — spytał ironicznie Scorpius, pomagając Rudej.
Albus nie dał się wciągnąć w pułapkę. Oparł podbródek na dłoni, taksując wzrokiem siedzącą obok parę.
— Nie — odparł swobodnie. — Tego nie powiedziałem. Przecież zawsze byłem złym Ślizgonem i zawsze sprowadzałem ludzi na złą drogę. Ty za to zawsze byłeś chodzącą niewinnością, Scorp, więc ta odmiana mnie dziwi.
Rose widziała prowokację aż nazbyt dobrze i zamaskowała śmiech kaszlem, wiedząc, że tym razem to blondyn się zirytował. Ku jej zdumieniu, Scorpius nic nie odpowiedział. Przewrócił tylko oczami i wbił widelec w mięso na talerzu, wyładowując złość.
— Al, myślę, że powinieneś się nauczyć, kiedy powściągnąć swoją jadaczkę, i przestać prowokować ludzi dokoła — stwierdził po chwili. — To jest zabawne tylko do pewnego momentu.
Scorpius równie dobrze mógłby próbować zrobić z diabła anioła.
— W porządku, w takim razie zmieńmy temat — zaproponował szybko Potter, nie chcąc powodować kłótni. — Jak idzie realizacja planu? Powoli kończy nam się czas. Zostało tylko pięć dni do kolejnego etapu.
— Ciężko powiedzieć. Ta ostatnia część będzie trudniejsza do przeprowadzenia, niż myślałam. 
Blondyn przestał katować zapiekankę i podniósł głowę, uzupełniając słowa Rose:
— Prawdę mówiąc, sądziliśmy, że sprawa po części rozwiąże się sama, ale wygląda na to, że trzeba jej odrobinę pomóc.
— Co wymyśliłeś?
W głosie Krukonki brzmiała ciekawość.
— Napiszemy malutki, anonimowy liścik do McGonagall.
— Przecież pozna wasze pismo! Nieważne, czy napiszesz to ty, czy Rose! — Albus zmarszczył brwi. — Albo sprawdzi, kto jest autorem tego listu. Wystarczy jedno zaklęcie i…
— To wysoce prawdopodobne — zgodził się Scorpius, nie kryjąc uśmiechu wyższości. — Ale, drogi przyjacielu, od czego są zaklęcia zmieniające charakter pisma?

Głośne pukanie do drzwi sprawiło, że Earie oderwała się wreszcie od sprawdzania prac domowych. Przy poprawianiu musiała się wspierać ciepłą herbatą z pomarańczami i goździkami, bo jej cierpliwość szybko się kończyła — wprost proporcjonalnie do ilości wypisywanych przez uczniów głupot.
Możliwość odłożenia pióra zdawała się być wybawieniem.
— Proszę! — zawołała.
Ku swojemu zdumieniu ujrzała kobietę, która przyjechała jako wysłanniczka amerykańskiego Ministerstwa Magii. Wyglądała znajomo, choć Earie miała pewność, że nigdy się nie spotkały — te charakterystyczne, czerwone włosy i fiołkowe oczy przecież na pewno by skojarzyła.
— Earie!
Podniosła się z miejsca i wyciągnęła rękę do gościa. Kobieta jednak jej nie uścisnęła, tylko okrążyła biurko i przytuliła mocno nauczycielkę eliksirów, jakby się znały od wieków. Kiedy się odsunęła, Earie dostrzegła w jej oczach łzy, powstałe zapewne w wyniku ogromnego wzruszenia.
Skonsternowana patrzyła na Amerykankę.
— Nie poznajesz mnie? — Kobieta zrobiła smutną minkę i zaraz odwróciła się w stronę ściany, na której wisiały rodzinne fotografie Shearwoodów. — Masz tutaj nawet nasze zdjęcia? Jejku, jaka byłam pyzata!
Earie zamrugała, wstrząśnięta.
— Danielle? To naprawdę ty?
— Heh, nie sądziłam, że nawet moja starsza siostra mnie nie pozna! — westchnęła, opadając na krzesło. — Ale w sumie się nie dziwię. To już tyle lat, a ja się zmieniłam…
— Gdzie byłaś przez te wszystkie lata? Co się z tobą działo? Co robiłaś?
Nauczycielka usiadła za biurkiem, wciąż oszołomiona. Prawdę mówiąc, pamiętała Danielle jako małą, pyzatą i rezolutną dziewczynkę, która zarażała wszystkich dokoła swoim wesołym uśmiechem. Wyglądała jak anioł ze swoimi jasnymi lokami i niebieskimi oczami, przypominającymi swoją barwą czyste, wiosenne niebo. Earie doskonale wiedziała, że jako dzieciak Danielle miała rękę do roślin — w ich domu zawsze było dużo kwiatów, pięknie wyglądających pod okiem najmłodszej latorośli Shearwoodów. Obie zawsze się trzymały blisko siebie, zresztą dzieląca je różnica nie była zbyt duża: tylko dwa lata. Poszły do Hogwartu, gdzie trafiły do różnych domów. Earie znalazła się w Slytherinie, Danielle w Hufflepuffie.
Krótko po skończeniu siódmej klasy, kiedy jej starsza siostra chodziła już na praktyki, Danielle zniknęła. Zostawiła rodzicom list, w którym prosiła, żeby jej nie szukali, i odeszła. Od tamtego czasu nikt z rodziny nie miał z nią kontaktu.
A teraz jak gdyby nic pojawiała się tutaj, w Hogwarcie…!
— Podróżowałam. Zwiedzałam Europę, Azję, Afrykę i zbierałam okazy rzadkich roślin, badałam je, opisywałam… — wyjaśniła cicho, składając palce w piramidkę. — W końcu trafiłam do Stanów. Opublikowałam tam swoje prace. Dostałam pracę w Ministerstwie i wciąż pracowałam jako badacz. W sumie nic nadzwyczajnego… Podczas jednej z wypraw do Niemiec poznałam faceta, z którym się zaręczyłam i w końcu wyszłam za niego za mąż, dlatego przyjęłam nazwisko Schmitt.
— A Laura to twoje drugie imię — wyszeptała Earie. — Zawsze je wolałaś od pierwszego.
Jej siostra przytaknęła.
— Tak. Potrzebowałam zmiany. Dlatego też trwale przefarbowałam włosy na czerwono i zmieniłam kolor oczu.
— Dlaczego się od nas odcięłaś? Dlaczego nie mogłaś nam o wszystkim powiedzieć, tylko tak znienacka zniknęłaś? Nie, jeden cholerny list niczego nie wyjaśniał. Dlaczego, Danielle? Czy może też powinnam cię teraz nazywać Laurą? — spytała gorzko nauczycielka. — Zrobiliśmy ci krzywdę? Miałaś do nas żal o coś?
— Nie, to nie tak — zaczęła z wahaniem, szukając odpowiednich słów. Jej dłoń drgała nerwowo. — Byłam młoda i głupia, chciałam podróżować na własną rękę i zwiedzać świat, odkrywając kolejne nowe gatunki roślin. Po prostu… Wiedziałam, że gdybym wam o tym powiedziała, spróbowalibyście mnie powstrzymać. Rodzice przecież chcieli, żebym poszła na kurs aurorski… Nie odpowiadało mi to. Chciałam się wyrwać.
— I nie mogłaś z nami o tym porozmawiać?
— Mówiłam ci już, że byłam młoda, głupia i żądna przygód. W tym wieku nie myśli się rozsądnie.
— Dlaczego do nas nie wróciłaś, gdy już zmądrzałaś?
— Nie czułam się na to gotowa. — Zwiesiła głowę. — Wiesz, uciekłam. Bałam się powrotu, bałam się tego, jak mnie przyjmiecie po tylu latach…
— Danielle, jesteśmy twoją rodziną. Kochamy cię bezwarunkowo, bez względu na to, co zrobisz i co zrobiłaś. Szkoda tylko, że nas nie poinformowałaś o swoich planach i że nie odezwałaś się później. Naprawdę czekaliśmy na jakąkolwiek wiadomość od ciebie. Na jakąkolwiek informację, że żyjesz i masz się dobrze. Piętnaście lat, Danielle, piętnaście lat… Tata prawie zawału dostał, gdy się o wszystkim dowiedział. Strasznie to przeżył.
— Jak… Jak się czują teraz?
— Dobrze. Trzymają się równie dobrze, jak zawsze. Twoje zniknięcie ich załamało, ale się z tego podnieśli. Chyba się już z tym pogodzili.
— Myślisz, że powinnam się do nich odezwać?
— Jeżeli tego chcesz. — Earie wzruszyła ramionami. — I tak się już nie spodziewają wiadomości o tobie.
— Earie… Masz do mnie żal o to, że uciekłam?
— Miałam — przyznała szczerze. — Byłaś najbliższą mi istotą pod słońcem. Nikogo innego tak nie kochałam, jak ciebie. Dlatego twoje odejście zabolało, zwłaszcza że nic mi o nim nie powiedziałaś. Ani jednego słowa. Byłam na ciebie wściekła. Czułam się zraniona.
— Przepraszam, że przysporzyłam wam tyle bólu.
— Przeszłości już nie zmienisz. Nie istnieje taka magia, która zmieni to, co się już wydarzyło.
— Wybaczysz mi kiedyś?
Earie nie odpowiedziała, tylko spojrzała prosto w zmienione oczy siostry. Pomimo jej nowego wyglądu twarz Danielle wciąż wyglądała znajomo. W głębi duszy wciąż była tą samą małą dziewczynką, która biegała po ogrodzie i szukała kwiatów.
— Wybaczam ci, ale błagam, nie znikaj już tak więcej…
— Dobrze.
Po raz kolejny padły sobie w ramiona. Tym razem Earie uścisnęła Danielle równie mocno, jak ona ją. Przez chwilę trwały przytulone do siebie, po czym starsza z sióstr się odsunęła.
— Powiedz mi, dlaczego wysłali akurat ciebie do Hogwartu? Przyznam, że botanik nie do końca mi pasuje do wizji sędziego w konkursie tanecznym — stwierdziła z uśmiechem Earie, żeby przerwać ciszę.
— Och! To częściowo na moją własną prośbę. Chciałam tutaj przyjechać, wiesz, sentyment, te sprawy… No i podczas pobytu w Wiedniu razem z moim mężem zainteresowałam się tańcem. To naprawdę idealne miasto do nauki! No i tak wyszło, poprosiłam przełożonych, żeby wsparli moją kandydaturę… No i przyjechałam.
— Wiedziałaś, że tu pracuję?
— Nie. To był przypadek, choć mogłam się tego spodziewać. Pamiętam, jak mi mówiłaś, że chciałabyś być nauczycielką. No i od razu cię poznałam! W ogóle się nie zmieniłaś od czasu, kiedy cię ostatnio widziałam. Wyglądasz równie pięknie.
— Dziękuję.
Zwyczajny komplement z ust siostry znacznie poprawił jej humor.
— A ty, droga siostro, znalazłaś już sobie jakiegoś wybranka?
— Daj spokój.
— Nikt nie okazał się godny?
— Nikt. Naprawdę nie ma o czym mówić. Dasz się zaprosić na herbatę? Skrzaty robią naprawdę dobrą, z pomarańczami i goździkami…
— W sumie to bardzo chętnie. Dawno nie piłam dobrej herbaty.
— Fantastycznie. W takim razie chodźmy do kuchni.

Trochę rzeczy już się klaruje, jak widzicie, jest też wątek Jona i Gabrielle, więc gorąco zachęcam do głosowania w ankiecie! Jestem ciekawa Waszego zdania! ^^ Na deser też mały wątek drugo czy nawet trzecioplanowy (xd). Jeśli ktoś uważnie czytał, wzmianka o siostrach była już w dwudziestym rozdziale, gdy Brian i Dominique włamywali się do gabinetu Earie. Chciałam to trochę pociągnąć, żeby tak nie zostawiać, więc macie taką odskocznię od głównych wątków. XD // Jeśli ktoś jest ciekawy, może zajrzeć do dziewiętnastego rozdziału i posłuchać piosenki, która mnie zainspirowała do stworzenia tego wątku. W paru innych rozdziałach również dodałam teksty piosenek, poprawiłam też drobne błędy. Zabieram się za przeczytanie Tańca od nowa i możliwe, że będę trochę zmieniać, ale to raczej kosmetyczne poprawki (mam nadzieję...). // Kochani, jako że kolejny rozdział będzie zaraz po świętach, już teraz życzę Wam wszystkiego dobrego! Bawcie się dobrze, odpocznijcie trochę i nacieszcie się piękną pogodą! :D // Z roztrzepania zapomniałam o dacie publikacji kolejnego rozdziału: 20.04!

5 komentarzy:

  1. Dwa pierwsze fragmenty stanowiły wobec siebie spory kontrast, to bardzo mi sie spodobało. Dobrze, ze Gabrielle zerwała z Jonem. Nawet jesli go wybierze, to potrzebują teraz przerwy od siebie. Co prawda Malcolm tez sie o nia bił, ale jednak ta jego szczerość ma cos w sobie. On w ogole ma cos w sobie i na niego wlasnie zagłosowałam. Pierwsza czesc była ładna, zgrzytnelo mi tylko to dopytywanie sie chłopaka o eliksir; w końcu robią go dla niego, mógłby pomoc :D czesc przy stole Slizgonow była chyba najlepsza, uwielbiam przekomarzanie sie Albusa z reszta, No i wciąż trwa akcja konkurs, ktora jest b wciągająca. A końcówka...niestety Danielle nie zrobiła dobrze, ale chce naprawić swoj blad i to sie liczy. Mysle, ze mogłaby sie pokazać rodzicom. Zapraszam serdecznie na Niezaleznosc i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też właśnie z tego powodu bardzo lubię Malcolma, ale byłam ciekawa Waszego zdania, tym bardziej, że wiele osób się nie odzywa i nie komentuje. Stąd ankieta, choć plany pewne już mam, część nawet napisałam podczas ataku weny.
      A to już nawet nie wiem, co Danielle zrobi, bo nie planowałam ciągu dalszego tego wątku. :D Chciałam tylko pokazać, o co chodziło z tymi fotografiami zauważonymi przez Briana. :D

      Pozdrawiam ciepło i dziękuję za komentarz. <3

      Usuń
  2. Z Gregiem jest naprawdę źle. Warzenie eliksiru pewnie trochę jeszcze potrwa, więc się zastanawiam czy uda się go skończyć zanim będzie za późno. I czy w ogóle wyjdzie.
    Dobrze się stało, że Gabrielle zerwała z Jonem. Jon przez ten czas przemyśli swoje zachowanie, a Gabrielle wszystko sobie poukłada i dokona wyboru.
    I ujawnia się więcej szczegółów dotyczących planu. Już się domyślam, że ten eliksir miał się pojawić u kogoś z komisji. Ciekawe jak Rose i Scorpius pomogą w zakończeniu planu. A może wcale nie będą musieli pomagać i samo się to jakoś rozwiąże.
    Danielle popełniła błąd, że zniknęła bez wyjaśnień, ale dobrze że teraz chce go naprawić i spotkała się z siostrą.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  3. Greg to typowy przykład męskiej dumy xddd Choćby umierał, to się nie przyzna, że jest mu źle, za to kiedy będzie miał gorączkę 37,2, to już będzie jedną nogą w grobie :D
    Mam nadzieję, że wreszcie uda im się go uleczyć :)
    Ta błyskawiczna prędkość z jaką rozchodzą się plotki w Hogwarcie rzeczywiście jest zastanawiająca... Może to wszystko wina Grubej Damy i jej koleżaneczek z obrazów? Niby taki delikwent sobie śpi w ramach, a tak naprawdę słucha 24/7 xD
    O borze zielony, Jon tak teraz mnie wkurza! Nadęty bubek, który myśli, że jest lepszy od Malcolma (hahaha, dobre sobie!) i jeszcze chce zabronić Gab się z nim spotykać. Z tą amortencja też pojechał... Bardzo dobrze, że go rzuciła! :D
    Dziwne, że aż tak się zmienił albo aż tak dobrze ukrywał swój paskudny charakter. Poczułam taką satysfakcję, kiedy dowiedział się, że Malcolm pozwolił mu wygrać xD
    Hahah, nie dziwię się, że Gabrielle woli smoczki od niego!
    Fajnie, że Oliver jest sędzią. Może jeśli to Conrad jest wielbicielem, a Oliver wie o słabości syna, to będzie przychylniej oceniał Rose? ;D Nie sugeruję, żeby był nieuczciwy, ale... :D
    Btw, często mam wrażenie, że do takich imprez wybierają strasznie na odwal xD Tu akurat nie wszystkich, ale Chevalier jest serio taki trochę nieogarnięty :D
    W ogóle lubię w twoich opowiadaniach to, że kiedy zaczniesz jakiś wątek, to go konsekwentnie prowadzisz i nigdy nie dajesz wzmianki o czymś bez powodu. Tak jak właśnie ta Schmitt była wcześniej w gabinecie Sherwood.
    Oj, Al chyba znowu nie ma humorku xDDD
    Trzymam kciuki za powodzenie planu!
    " Heh, nie sądziłam, że nawet moja starsza siostra mnie nie pozna! — westchnęła, opadając na krzesło. — Ale w sumie się nie dziwię. To już tyle lat, a ja się zmieniłam…"- może to tylko moje osobiste odczucie, ale "heh" nie do końca tu pasuje. Jest jakby... za mało literackie, zbyt potoczne. W smsie czy na czacie byłoby w porządku, ale tu mi nie gra. Może lepiej będzie wyglądało "Ach", 'och" czy coś w tym guście? ;)
    Ta młoda Laura musiała być trochę głupia xD Kurczę, tak zaginąć bez śladu, bez pomyślenia o rodzinie... Trochę słabo, no ale przynajmniej teraz się ogarnęła :D
    No cóż, zabieram się do czytania spin-offa! <3
    Pozdrawiam i życzę weny!
    ~Arya ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Cholera, zaraz dodasz kolejną część spin-offa, a ja mam takie haniebne zaległości. Trzeba coś po sobie zostawić :P
    Fajnie, że mamy trochę wiecej o Gregu i Ellie, lubię tą wielowątkowość u ciebie :) Troche rozumiem chłopaka, że nei chce sie przyznawać do słabości, facei chyba juz tak mają... Mam nadzieję, że z eliksirem wszystko pójdzie jak trzeba :)
    A Gabrielle bardzo dobrze zrobiła, że zerwała z Jonem, zasłużył sobie. "Malcolm chciał cię odbić", no dobry Boże...
    I właśnie tak sie zachował, jakby Gab nie miała kompletnie nic do gadania, a męskie dumy są ważniejsze, a głupi pojedynek wszystko roztrzygnie :/ I że miał czelność w ogóle mówić do niej w ten sposób, jak z tym tekstem o amortencji, dżizaz, aż mnei ręce świeżbiły, jak to czytałam po raz pierwszy :D
    Dobrze, że mu przygadala i powiedziała, że Malcolm dał mu wygrać. Aż sie lepiej poczułam :d
    Mam nadzieję, że między nia i Malcolmem będzie teraz iskrzyc aż miło :D
    Ci członkowie komisji rzeczywiscie jakoś dziwnie zostali wybrani, nie potrafie sobie wyobrazić, jakimi kryteriami się przy tym kierowano xd
    Ja na miejscu Rose bym była nieco skrępowana tymi żartami Albusa o "niewinności" Scora... Moze powinni uciąć sobie pogawędkę o jego niegdysiejszym skakaniu z kwiatka na kwiatek :D
    Ostatnia scena też mi sie podobała i cieszę się, że rozwinęłaś trochę ten watek, ale nie będę się już nad tym rozwodzic, gdyz czeka na mnie jeszcze jeden rozdzialik do skomentowania :D

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje