czwartek, 18 maja 2017

26. Spacer po linie

Don’t say a word while we dance with the devil
You brought a fire to a world so cold
We’re out of time on a highway to never
Hold on, hold on, hold on
— Duke Durmont, Ocean drive

Siedem godzin przed rozpoczęciem turnieju, o piątej nad ranem, Rose miała ochotę kogoś zamordować. Obudziła się już po raz kolejny tej nocy i leżała bezsennie, wpatrując się w wiszący nad jej głową baldachim. Przewracała się z boku na bok, usiłując odnaleźć tę resztkę snu, która pozostała jej do śniadania, ale na próżno.
Ostatecznie odrzuciła kołdrę i wstała, starając się nie obudzić swoich współlokatorek. Narzuciła na siebie bluzę, po czym z różdżką w ręku wyszła z dormitorium.
Za oknami panowała jeszcze ciemna, głucha noc; nic nie zapowiadało nadejścia świtu. Ruda widziała tylko kontury chatki Hagrida oraz drzew Zakazanego Lasu — wszystko inne zlało się w atramentową czerń.
O tej godzinie już nie powinna przebywać poza wieżą, przynajmniej teoretycznie. Nie miała dzisiejszej nocy żadnego patrolu i gdyby Filch ją zgarnął, z pewnością dostałaby szlaban, chyba że akurat madame Rosebourgh byłaby łaskawa.
Z uniesioną różdżką i migoczącym na jej końcu zielonym światłem rozpraszającym nieco ciemność, Rose ruszyła w stronę swojej sali tanecznej. Gdzie mogła tej nocy odnaleźć odrobinę spokoju, jeśli nie tam?
Serce podeszło jej do gardła, kiedy zobaczyła na ścianie rosnące cienie. Z oddali dobiegało miauczenie i tupot łapek, więc Rose szybko uskoczyła w bok, do jakiejś wnęki — zupełnie jak tej nocy, kiedy podczas późnej wędrówki po zamku spotkała Scorpiusa. Tym razem jednak była sama i dyszała ciężko, przylegając plecami do zimnej ściany i starając się wsiąknąć w kamień. Zatkała sobie usta obiema dłońmi, żeby nie wydać się przypadkowym dźwiękiem.
Dopiero po chwili, gdy echo kroków przebrzmiało, odważyła się wyjść z ukrycia. Rozglądając się uważnie, przebiegła do swojej sali. Serce w jej klatce piersiowej biło szybko i nierówno, zapewne z powodu adrenaliny i niedawnego przerażenia.
Tak jak się spodziewała, w środku nie było nikogo. Po ich wieczornym treningu Scorpius stwierdził, że wraca do dormitorium się solidnie przespać przed drugim etapem. Jej zresztą radził to samo — i skorzystałaby z tej rady, gdyby nie to, że nie mogła zasnąć.
Wcześniej tego dnia przeniosła tutaj swoją sukienkę do tańca oraz buty. Uznała, że woli się przebrać tutaj, a nie w sypialni, gdzie dziewczyny na pewno by jej nie wypuściły, dopóki nie wyglądałaby absolutnie perfekcyjnie. Potem by musiała przejść przez pokój wspólny i pozwolić na to, żeby wszyscy tam siedzący zobaczyli ją przed turniejem. To nie tak, że wstydziła się swojej figury czy zakładania sukienek; po prostu nie czuła się komfortowo ze spojrzeniami innych ludzi, zwłaszcza płci przeciwnej, z byciem w centrum uwagi. Mogła być dobrą przywódczynią, ale gwiazdą — nigdy.
Sukienka na razie wisiała na wieszaku, ale już teraz wyglądała prześlicznie. To była ta sama, którą wyczarowała dla niej madame Malkin na początku roku szkolnego, gdy Rose wraz z Hermioną poszły na zakupy na Pokątną. Dziewczyna miała ją na sobie tylko jeden jedyny raz. Dopiero teraz nadarzyła się okazja, żeby się w niej pokazać na sali tanecznej.
Rose pogładziła dłonią lśniący materiał, po czym kucnęła obok drewnianej, misternie ozdobionej szkatułki leżącej na podłodze. Zwykle trzymała w niej swoją biżuterię, tym razem jednak wszystko, czego nie będzie jutro potrzebować, zostawiła w dormitorium. Teraz na mięciutkiej poduszeczce spoczywała tylko złoto-czerwona róża, klamra do włosów, którą otrzymała pewnego dnia od tajemniczego wielbiciela. Ruda wyjęła ją ostrożnie i podniosła do oczu. Kwiat w dotyku był ciepły i zdawał się pulsować, zupełnie jakby dotykała drugiego, małego serduszka. Uśmiechnęła się czule, już nie mogąc się doczekać, kiedy róża znajdzie się w jej włosach. Musiała poczekać tylko parę godzin…
Odłożyła ozdobę z powrotem do szkatułki. Objęła sukienkę ostatnim, tęsknym spojrzeniem. Już naprawdę nie mogła się doczekać drugiego etapu. Była zdenerwowana, to prawda, ale też i podekscytowana. Po raz pierwszy miała zatańczyć przed wszystkimi ze Scorpiusem. To też budziło w niej mieszane uczucia: jednocześnie się bała reakcji znajomych, sędziów, ale też i wiedziała, że taniec ze Ślizgonem będzie o wiele bardziej ekscytujący niż z Brianem.
W końcu długo na to pracowali.
Odetchnęła, próbując uspokoić rozbiegane myśli. Przywołała z pamięci znajomą melodię i dała jej się porwać. Skupiła się całkowicie na niesłyszalnej muzyce. Jej nogi wkrótce zaczęły się poruszać same. Rose zupełnie nieświadomie odtworzyła układ, który dopracowywali ze Scorpiusem przez ostatnie dni. Znała go perfekcyjnie, ale i tak się stresowała, że pomyli kroki.
Stoczyli dość długą batalię o to, co powinni zatańczyć. Rose rozważała tango, ale Scorpius uznał, że najlepsze najlepiej zostawić na koniec i że zatańczą je w trzecim etapie. (O ile się dostaną, ale blondyn nawet nie chciał o tym słyszeć). Ślizgon proponował mambo albo jive’a. Ostatecznie stanęło na paso doble. W jakiś przewrotny sposób ten taniec do nich pasował.
Powtórzyła układ dwa razy. Tyle wystarczyło, żeby się porządnie zmęczyła i była w stanie zasnąć. Po całym dniu nogi wreszcie odmówiły posłuszeństwa, więc szybko przyniosła spod okna poduszki, które zostały jeszcze z nocy, kiedy razem ze Scorpiusem zasnęli na podłodze. Jedną z nich przetransmutowała w cienki materac, a kolejną w koc — noc była dość chłodna.
Tym razem zasnęła natychmiast.

— Dobrze się spało?
Jeszcze zamroczona snem uniosła głowę. Zamrugała, widząc kucającego nad nią Scorpiusa. Odruchowo rozejrzała się za zegarem; już zaczynała panikować.
— Która godzina…?
— Jedenasta. Masz godzinę, żeby się ogarnąć.
— Merlinie, a ja nie jadłam śniadania… Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
— Na szczęście o wszystkim pomyślałem i przyniosłem ci śniadanie. — Uniósł brew, patrząc, jak dziewczyna szybko rzuciła koc i niemalże wyrwała mu z ręki talerz z kanapkami i jajkami. — Nie było cię na śniadaniu, a dziewczyny powiedziały, że wyszłaś z dormitorium. Logiczne więc, że musiałaś przyjść tutaj.
— Dziękuję — powiedziała z pełnymi ustami. Przeżuwała pospiesznie, wiedząc, że nie ma zbyt wiele czasu na uszykowanie się do turnieju. — Ech, i pomyśleć, że niewiele brakowało, żebym zaspała na nasz taniec. Merlinie, a tak się cieszyłam, że zatańczymy razem!
— W końcu się doczekaliśmy — zaśmiał się.
— Dobra. — Zjadła ostatni kęs bułki, po czym odłożyła talerz na parapet, obiecując sobie, że później odniesie go do kuchni. — Idę wziąć szybki prysznic i się przebrać, ty też już mógłby się ogarniać. Jeju, mam nadzieję, że zdążę…
Zabrała swoją sukienkę i zniknęła w łazience.
Scorpius wykorzystał jej nieobecność, żeby samemu też się przebrać. Nie musiał się zbyt długo przygotowywać; jego strój zasadniczo się nie zmienił od drugiego etapu. Za to Rose… Gdy wreszcie wyszła z łazienki, blondyn wpatrywał się w nią z oszołomieniem przez dłuższą chwilę. Wyglądała przepięknie. Sukienka należycie podkreślała kolor jej oczu oraz włosów, upiętych teraz w zgrabnego koka. Założyła również duże kolczyki w kształcie kółek. Scorpius jednak zwrócił większą uwagę na to, w jaki sposób materiał opływał jej ciało, uwydatniając biust i eksponując boską figurę. Nie mógł podziwiać tylko jej długich nóg, skrytych za szeroką spódnicą.
Przypominała boginię.
— Wiem, że kolor średnio pasuje do tańców latynoamerykańskich — stwierdziła krytycznie, zdając się nie zauważać, jakie wrażenie wywarła na Scorpiusie — ale musiałam ją założyć. Poza tym czerwony źle na mnie wygląda… Musiałabym chyba zmienić kolor włosów, żeby to jakoś pasowało.
— Wyglądasz wspaniale, Rosie.
Zarumieniła się, zawstydzona komplementem, lecz zaraz na jej twarz wypłynął uśmiech.
— Cieszę się. Pomożesz mi?
Wyciągnęła do niego dłoń, w której tkwiła czerwono-złota róża. Wziął ją z wahaniem i obrócił w palcach.
— Rosie…
— Wepnij mi ją we włosy, proszę.
Ruda, prawdę mówiąc, zastanawiała się, jak Ślizgon zareaguje, widząc ozdobę. Teraz miała okazję to sprawdzić i przy okazji dowiedzieć się, czy dostała kwiat od niego oraz czy to on był tajemniczym wielbicielem przesyłającym liściki.
Na jego twarzy na ułamek sekundy pojawiły się zagubienie i niepewność (albo pewien rodzaj zawahania, Rose nie potrafiła tego dokładnie określić). Zniknęły równie szybko, jak się pojawiły, i nieuważnemu obserwatorowi na pewno by umknęły. Rose miała przeczucie, że Scorpius rozpoznał trzymany w palcach przedmiot, ale nie wiedział, co powinien powiedzieć. Nie odezwał się w końcu, ona też nie.
Przysunął się nieco bliżej i pochylił, żeby ostrożnie wpleść ozdobę we włosy Rudej.
— Pasuje ci — przyznał z delikatnym uśmiechem, dotykając policzków Rose. — Nie sądziłem, że aż tak bardzo ci się spodoba.
Rose poczuła, że jej miękną nogi.
— A więc miałam rację! — stwierdziła triumfalnie. — Wiedziałam, że ta róża musi być od ciebie! Chociaż przyznaję, że mnie zmyliłeś na początku, bo moje urodziny były wtedy, gdy jeszcze na siebie warczeliśmy. Zupełnie się nie spodziewałam, że mogłabym cokolwiek tak ładnego dostać właśnie od ciebie!
Roześmiał się, kładąc dłonie na talii Rose i przyciągając dziewczynę do siebie.
— Daj spokój, byłem młody, głupi i zachowywałem się jak idiota. Ale cieszę się, że trafiłem z prezentem.
— Gdzie ją znalazłeś?
— Wierz mi lub nie, ale zobaczyłem ją na wystawie jakiegoś mugolskiego sklepu ze starą biżuterią, kiedy się szlajałem podczas wakacji po Londynie. Wyglądała przepięknie i od razu skojarzyła mi się z tobą, dlatego ją kupiłem i czekałem na okazję…
— W czasie wakacji? — spytała z niedowierzaniem. — Nie sądziłam, że już wtedy… W życiu bym się nie domyśliła, że cokolwiek…
— Cóż, jestem dobrym aktorem. — Wzruszył ramionami. — Poza tym gdybym wtedy wiedział to, co wiem teraz, zachowywałbym się inaczej. Trochę mi odwaliło na początku roku. Przepraszam.
Objęła go za szyję, odsłaniając w uśmiechu wszystkie zęby.
— Nie przepraszaj. To było całkiem słodkie.
— Skoro tak mówisz — westchnął pokonany. — Dobra, chyba powinniśmy się już zbierać, jeżeli mamy się nie spóźnić na turniej. Jest późno.
Wypuścił ją z objęć i odwrócił się w stronę wyjścia. Rose jeszcze przez parę sekund stała w miejscu, przygryzając wargę. Zastanawiała się gorączkowo, czy teraz zadać palące ją pytanie, czy poczekać z tym na bardziej dogodny moment.
— Scorp…
— Tak?
Spojrzał na nią przez ramię.
— Uch… Czy ty… Czy ty mi wysyłałeś te liściki, które dostawałam rano? — wypaliła wreszcie, wbijając wzrok w podłogę.
— Chciałbym, ale nie. Przykro mi, Rosie.
— To nic… nic takiego. — Przełknęła szybko łzy rozczarowania. — Tak tylko pytam, bo byłam ciekawa, kto to taki…
Pokręcił głową i zacisnął pięści. Możliwość wystąpienia kolejnego konkurenta sprawiła, że jego krew zawrzała. Nie miał zamiaru oddać nikomu jego Rosie.
— Sam chciałbym wiedzieć.
— Dobrze, chodźmy już. Najwyższa pora…
Wzięła go za rękę i pociągnęła do wyjścia. Wciąż czuła się niepewnie, widząc gniew malujący się na twarzy blondyna. Żałowała, że w ogóle zadała pytanie — z drugiej strony jednak teraz miała stuprocentową pewność, że tajemniczą osobą był ktoś inny, być może Brian albo jakaś osoba, której o to zupełnie nie podejrzewała… Zresztą teraz i tak nie miało to aż takiego znaczenia, nawet jeżeli była nieco rozczarowana tym, że to nie od Scorpiusa dostawała te karteczki zawsze poprawiające jej rano humor. W końcu byli razem, prawda? Teraz tylko to się liczyło.

Dotarli do Wielkiej Sali w chwili, gdy pozostali zawodnicy wchodzili już do środka. Odetchnęli z ulgą dopiero wtedy, gdy wraz z innymi zajęli miejsca na ławkach ustawionych przed podium zajmowanym przez komisję sędziowską. Za ich plecami rozsiedli się podekscytowani widzowie, tłoczący się na ławach pod ścianą i szepczący z podekscytowaniem.
Rose ścisnęła mocno dłoń Scorpiusa, czując niepokój. Posłał jej uspokajające spojrzenie, ale nie sprawiło to, że się zrelaksowała.
Zwróciła głowę z powrotem na podium. Stali na nim wszyscy sędziowie, dyskutujący o czymś szeptem. Oprócz nich z boku siedziało również paru hogwarckich nauczycieli, zapewne mających pilnować porządku. Rose dostrzegła profesora Nicksa, który puścił do niej oczko. Obok niego, z prawej strony, siedziała madame Shearwood, z wyraźnym napięciem wpatrująca się w rozmawiającą grupę, natomiast z lewej profesor Abbott, emanująca spokojem. Nad nimi wisiały godła wszystkich trzech szkół biorących udział w turnieju oraz ta sama fotografia, która zdobiła ścianę podczas pierwszego etapu, jak zauważyła ze zdumieniem Ruda.
Wreszcie sędziowie doszli do porozumienia, bo usiedli za stołem przykrytym fioletowym suknem; tylko McGonagall pozostała na środku, trzymając w dłoni różdżkę.
— Kochani, witamy was serdecznie na długo wyczekiwanym drugim etapie turnieju. Zanim zaczniecie szaleć na parkiecie, przypomnę zasady. Każda para otrzymuje od każdego członka komisji dowolną liczbę punktów w skali od zera do dwudziestu. Dziesięć par z najwyższą punktacją przechodzi do ostatniego etapu i będzie walczyć o puchar. Tak jak podczas poprzedniego etapu, na parkiecie w danym momencie może tańczyć tylko jedna para; pozostali jednakże mogą dołączyć do widowni lub poczekać na korytarzu. Czy macie jakieś pytania? Nikt? Bardzo dobrze. Myślę, że możemy rozpocząć zmagania.
Skinęła głową, dając sygnał pierwszej parze, wobec czego pozostali się rozeszli. Ławki ze środka zniknęły w magiczny sposób, robiąc miejsce na parkiecie, na którym zostało tylko dwóch uczniów Ilvermorny.
Rose i Scorpius usiedli obok Albusa, który przyszedł im kibicować. Obdarzył ich współczującym spojrzeniem; nieco dłużej patrzył na Rose, która widocznie zbladła.
— Wyglądasz jak wampir, Rosie.
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, Potter padłby już martwy.
— Aleś pocieszył, Al, nie ma co — odparła szeptem, przechylając się przez kolana Scorpiusa. — Nie powinieneś właściwie być teraz na zajęciach?
Wzruszył ramionami.
— Zostały odwołane. Poza tym chciałem na was popatrzeć. W końcu dzięki mojemu genialnemu i szatańskiemu planowi możecie razem tańczyć, więc powinnaś być raczej wdzięczna, Rosie. Nie śmiej się, Malfoy.
— Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem twoja głowa urodziła coś tak szatańskiego. — Scorpius pokręcił głową, uśmiechając się szeroko. — Naprawdę zasłużyłeś na miano Ślizgona. Jak to się w ogóle stało, że Dominique usłyszała o eliksirze?
— Och, kazałem Malcolmowi i naszemu wspólnemu znajomemu Peterowi odrobić we wspólnym pokoju pracę domową z eliksirów, gdy Dominique również tam będzie, nic szczególnego. A że gadali wybitnie głośno, to już na to nic nie poradzę. Znasz Malcolma; ma tendencje do paplania o byle czym, byle jak najwięcej osób go usłyszało.
— Mam przez ciebie wyrzuty sumienia — oświadczyła Rose z westchnieniem. — Jesteś wyrachowany, podstępny i genialny. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem. W sumie też nie miałam jeszcze okazji, żeby ci należycie podziękować, więc dziękuję, Al.
— Dla ciebie wszystko! — Uśmiechnął się szeroko. — Po wszystkim stawiacie mi duże piwo kremowe i największą czekoladę, jaką znajdziecie.
— Stoi.
Rose potrząsnęła dłonią kuzyna, śmiejąc się. Dzięki niemu poczuła się dużo lepiej. Napięcie gdzieś zniknęło, zostawiając szczęście krążące w żyłach niczym bąbelki najlepszego szampana.
Umilkli, zwracając wreszcie uwagę na tańczącą parę. Wybrali cha-chę i widać było, że ciężko nad nią pracowali. Starali się perfekcyjnie zgrać swoje ruchy, lecz dziewczyna za bardzo skupiała się na tym, żeby się nie pomylić. Zaciskała mocno usta, które utworzyły wąską linię, podczas gdy jej partner szeroko się uśmiechał — najwyraźniej czerpał ogromną przyjemność z tańca. Ich nogi szalały na parkiecie, a brązowa spódniczka tancerki, ozdobiona białymi kropkami, unosiła się i opadała, gdy dziewczyna wykonywała kolejne piruety. W pewnym momencie straciła równowagę, ale zaraz ją odzyskała, wspomagana przez dłonie chłopaka. Stało się to zbyt szybko, żeby ktoś nieuważny zauważył wpadkę, ale Rose zorientowała się natychmiast. Uniosła brwi, ciekawa, czy komisja obniży za to punktację.
Gdy tylko muzyka ucichła, występująca para została nagrodzona hucznymi brawami oraz łącznie dziewięćdziesięcioma punktami. Ruda posłała Scorpiusowi porozumiewawczy uśmieszek, gdy oboje spostrzegli, że Redmayne nagrodził swoich uczniów najwyższą notą, krzycząc w uniesieniu: „Brawo, brawo!”.
— Nie, żebym się spodziewał, że sędziowie nie będą stronniczy — szepnął do niej blondyn, gdy oklaski nieco ucichły — ale coś czuję, że Redmayne przejdzie samego siebie podczas tego turnieju.
Rose skinęła głową, zgadzając się z nim.
Robiło jej się coraz bardziej gorąco i nie wiedziała, czy wzrosła temperatura w pomieszczeniu, czy po prostu jej organizm w ten sposób przygotowywał się do nadchodzącego zadania. Albo zaczynała panikować.
— Muszę stąd wyjść — oświadczyła wreszcie, czując natychmiastową potrzebę odetchnięcia świeżym powietrzem.
— Iść z tobą?
— Jeśli chcesz.
Nie zwracając na siebie niczyjej uwagi (oczy zebranych były skupione na tancerzach występujących na parkiecie), wyszli z Wielkiej Sali i podążyli w stronę okien znajdujących się nieco dalej. Rose stanęła przy jednym z nich. Oparła się o parapet, wdychając do płuc świeże powietrze. Od razu poczuła się lepiej, choć nadal miała wrażenie, że w chwili, w której znajdą się na środku pomieszczenia, zaczną spacer po linie. Każdy nieostrożny ruch mógł oznaczać upadek, a każdy krok naprzód stanowił część ich tanecznego układu; to oznaczało też nieustanną walkę o zachowanie równowagi.
— Scorpius? Nie tańczyliście jeszcze?
Spojrzała przez ramię, słysząc znajomy głos. Nie od razu zidentyfikowała jego właścicielkę, stało się to dopiero wtedy, gdy ją zobaczyła.
Dominique Grimmer.
— Nie, jeszcze nie. Wchodzimy dopiero jako dwunasta para.
— Och. Chciałam przyjść już wcześniej i wam kibicować, ale zaspałam. Bałam się, że nie zdążę. W takim razie bardzo się cieszę.
Rose przez chwilę myślała, że się przesłyszała. Dominique naprawdę chciała im kibicować, nawet jeśli sama została zdyskwalifikowana i do tego jej nie znosiła? Tych kilka miesięcy musiało sprawić, że się zmieniła o sto osiemdziesiąt stopni; Ruda wszakże wiedziała, że Ślizgonka próbowała zdobyć serce Scorpiusa, ale ostatecznie została z niczym. Dosłownie.
Współczuła jej. (I poniekąd czuła się winna).
— Dzięki za wsparcie — odezwała się, otrzymując w zamian wdzięczne spojrzenie młodszej dziewczyny. Nie musiała dodawać nic więcej.
— Są jeszcze miejsca na ławkach, jak chcesz wejść do środka — dodał Scorpius. — My tu chwilę jeszcze postoimy i też wrócimy, bo pewnie za niedługi czas nadejdzie nasza kolej, a raczej nie możemy przegapić własnego tańca.
— W porządku.
Dominique uśmiechnęła się nieśmiało i zaraz pobiegła do Wielkiej Sali. Kiedy zniknęła im z oczu, Rose skomentowała:
— Nie do końca rozumiem, co tu się zadziało. Nigdy nie widziałam Dominique tak innej, tak… zmienionej.
— Ja też nie, ale wiesz… Uważam, że cała ta sprawa z eliksirem wyszła jej na dobre. Została ukarana za swoje czyny, to prawda, ale pogodziła się z tym i chyba też nauczyła brać odpowiedzialność za swoje pomysły. Teraz będzie się starać, hm, wkładać więcej wysiłku w to, co robi, i przyjmować wszelkie konsekwencje. Po prostu… nauczyła się, że nie warto grać nieczysto i nie zawsze się zdobywa to, czego chce.
— Dostała nauczkę na przyszłość. Los ją kopnął w tyłek… Choć po części to też nasza wina.
— Tak. Dlatego się zmieniła. No dobrze, madame — wyciągnął do niej dłoń — myślę, że już najwyższy czas, byśmy wrócili.
— Pewnie masz rację.
Ósma para właśnie schodziła z parkietu, nagradzana oklaskami. Wnioskując z ich zadowolonych min, musieli uzyskać całkiem pokaźną sumę punktów.
Rose pomyślała, że przydałaby się tutaj jakaś tablica pokazująca wyniki — z drugiej jednak strony bałaby się zobaczyć na niej swoje nazwisko.
W milczeniu odczekali, aż zaprezentują się dwie kolejne pary. Po trzeciej mieli wchodzić i oni, więc Ruda zaczęła dygotać. 
— Gotowa?
Dłoń Scorpiusa odnalazła jej własną i ścisnęła ją uspokajająco.
— Nigdy.
— Daj spokój, Rosie, będzie dobrze. — Odwrócił dziewczynę ku sobie, wodząc wolną ręką po jej karku. — Oboje dobrze tańczymy, więc nie ma się czego obawiać. Wejdziemy, zatańczymy i z marszu dostaniemy się do trzeciego etapu, zobaczysz.
— Boję się Redmayne’a — mruknęła ze wzrokiem wbitym w ziemię. — I Chevaliera. Zaleźliśmy im za skórę podczas ostatniego zebrania. Ich opinia może zaważyć na naszym wyniku…
— Rosie, nie przejmuj się nimi. Proszę. Jeśli się stresujesz tym, że wszyscy będą na ciebie patrzeć, wyobraź sobie, że tylko my tutaj jesteśmy. Albo że tańczymy w twojej ukochanej salce. Dobrze?
— Jeśli myślisz, że to takie łatwe…
— Chociaż spróbuj. Proszę.
Zawahała się, ale wreszcie skinęła głową.
— Zapraszamy na scenę dwunastą parę, reprezentującą Hogwart! Przed wami Rose Weasley i Scorpius Malfoy!
Blondyn pociągnął za sobą rudą. Weszli na środek parkietu, nagrodzeni szczególnie hucznymi brawami ze strony Ślizgonów, Krukonów oraz Gryfonów. Rose nieco dygotała, czując na sobie wzrok tylu ludzi, lecz starała się to zamaskować uśmiechem i lekkim dygnięciem w stronę publiczności.
— Chyba nie będzie łatwo — szepnęła do Scorpiusa, kiedy czekali, aż zagra muzyka. Stali naprzeciwko siebie, wciąż jeszcze utrzymując kontakt wzrokowy. Już za kilka sekund mieli dać się porwać samemu tańcowi; wtedy zabraknie czasu na spojrzenia zdające się wnikać w głąb ich dusz.
Paso doble miało przypominać corridę, słynną hiszpańską walkę byków. Z założenia było więc widowiskowe i dynamiczne, a tym samym nie takie łatwe do zatańczenia, dlatego Rose modliła się teraz w duchu, żeby się nigdzie nie pomylić.
Uniosła do góry głowę, prostując się dumnie.
Zaczęli paroma szybkimi piruetami i dopiero wtedy intensywniej rozbrzmiały dźwięki gitary oznaczające początek polowania. Scorpius podchodził do niej powoli, miękko stawiając nogi, tak jakby się skradał do płochliwego zwierzęcia. Czuła dreszcz, gdy widziała jego błyszczące determinacją zielone oczy; próbowała uciec temu magnetycznemu spojrzeniu, ale ostatecznie dała mu się złapać i porwać do kolejnego szalonego piruetu, ugięcia nogi i uniesienia jej wysoko w powietrze, a potem do jeszcze jednego pościgu. Napięcie powoli rosło, gdy zbliżali się do punktu kulminacyjnego tańca — zabicia byka.
Scorpius uciekł od niej w stronę ściany i tam się zatrzymał, nie spuszczając z niej wzroku. Na chwilę zamienili się rolami: teraz to ona miała go dogonić, choć czuła się tak, jakby blondyn ją wabił prosto w pułapkę. Rozejrzała się szybko, szukając pomocy, ale wreszcie do niego podbiegła, prosto w jego ramiona. Ta część ich tańca była najbardziej ryzykowna i gdyby tańczyli ze swoimi poprzednimi partnerami, na pewno by się nie udała — tak samo jak zresztą cały taniec. Podczas występów z Brianem Rose nigdy nie czuła takiej gamy emocji, jaką doświadczała teraz, nie potrafiłaby też aż tak bardzo się zaangażować w każdy ruch, poczuć go całym ciałem. Nie żałowała ani przez sekundę tego, że uknuli intrygę mającą na celu eliminację Grimmerów, bo teraz oficjalnie mogła sobie pozwolić na to, żeby być sobą i się nie hamować.
Uśmiechała się, gdy palce Scorpiusa wędrowały po jej twarzy i plątały się we włosy. Musnął nimi różę, która tkwiła wśród rudych kosmyków. Podczas całego tańca mieli dla siebie tylko tę jedną chwilę; tyle jednak wystarczyło, żeby postronny obserwator mógł wyciągnąć prawidłowe wnioski o ich bliskości.
Wraz z następnymi krokami znacznie przyspieszyli, by wreszcie się od siebie oddalić. Stanęli zwróceni twarzami do widowni, w odległości około czterdziestu cali. Rose mogła wykorzystać swoją efektowną suknię i unieść jej brzeg parokrotnie, odsłaniając długie, zgrabne nogi; Scorpius zaś się popisywał znajomością elementów flamenco. Płynnie unieśli ręce w górę, ponad głowy, i zaczęli rytmicznie klaskać.
Rose już dyszała, a mokre kosmyki przyklejały się do jej twarzy. Mimo to nadal trzymała postawę i dumnie wyprostowana dokończyła dzieła.
Uwielbiała wyrazistość i dynamikę tego tańca, a także sposób, w jaki ich ciała ocierały się o siebie podczas każdego energicznego ruchu. Pomimo że musiała zachowywać nieustanną uwagę, zdecydowanie cieszyła się z wysiłku.
Ich walka faktycznie dobiegała końca; został już tylko marsz triumfalny, jak go dziewczyna nazwała podczas długich godzin treningów, czyli proste przedstawienie zwycięstwa torreadora nad bykiem.
Tu już emocje opadały, napięcie też, więc wystarczyło tylko efektownie zakończyć cały występ.
Przy zejściu z parkietu zostali pożegnani hucznymi brawami, większymi nawet niż przy poprzednich parach. Oboje ciężko dyszeli; Rose czuła, że z wysiłku miękną jej nogi. Jeden z chłopców z trzeciego roku nawet do niej podbiegł i wręczył jej białą różę, więc mu podziękowała uśmiechem.
Zamiast usiąść z powrotem na swoich miejscach na ławce, wyszli na korytarz, gdzie panował mniejszy zaduch. Po nich miało tańczyć jeszcze osiemnaście par, więc mieli wystarczająco dużo czasu, żeby odsapnąć. Tym razem Albus podążył za nimi, pogratulowawszy świetnego występu. Zresztą nie mieli chwili wytchnienia, bo zaraz potem dopadli ich znajomi i przyjaciele, dzielący się wrażeniami z widowiska.
— Poczekajcie z tymi gratulacjami na wyniki — poprosiła Rose, opierając się o ścianę. — Nie wiemy nawet, czy przeszliśmy do kolejnego etapu. Jeszcze wiele par po nas.
— Daj spokój, Rosie — żachnął się Albus. — Byliście świetni! Nie ma szansy, żebyście nie przeszli dalej.
— Nie uwierzę, dopóki nie usłyszę.
Cóż, naprawdę nie mogła uwierzyć w to, co ogłosiła profesor McGonagall prawie dwie i pół godziny później:
— Trzecie miejsce zajmuje para numer dwanaście, Scorpius Malfoy i Rose Weasley z Hogwartu... Z wynikiem stu punktów. Gratulacje!
Spojrzała z niedowierzaniem na Scorpiusa, słysząc słowa Laury. Wydawało jej się, że śni, ale reakcja chłopaka upewniła ją w tym, że to nieprawda. Doskoczył do niej i mocno ją uścisnął. Cała sala już wiwatowała na stojąco, gdy ogłaszano kolejne nazwiska par, które przeszły do kolejnego etapu.
— Zrobiliśmy to, Rosie! Zrobiliśmy! Mamy trzecie miejsce!
Wypełniała ją euforia.
Godziny ciężkiej pracy i planowania naprawdę się opłaciły.
— Założę się o co chcesz, że dostaliśmy mniej punktów od Redmayne’a i Chevaliera! — wykrzyczała do ucha blondyna, chcąc zagłuszyć hałas panujący w Wielkiej Sali. — Ale i tak nie mogę w to uwierzyć!
— Ja też nie, Rosie, ale jedno jest pewne: dzisiaj czeka nas impreza, jakiej Hogwart nie nigdy nie widział. Już Al się o to postara.


Już czwartek? Ale jak to...?! :O // No i drugi etap już za nami, z czego osobiście się bardzo cieszę. Pisanie Tańca ostatnio idzie mi jak po grudzie i nie mogę odzyskać weny ani chęci do pisania - ktoś ma na to jakieś lekarstwo? :c // Nowy rozdział 1.06! (Ten czas naprawdę szybko leci...)

3 komentarze:

  1. Kurczę; nie moge przeżyć tego niesmaku związanego z intryga, dzieki ktorej Rose i Scor tańczą razem. I to moze nie samej intrygi, ale przede wszystkim ich stosunku do tego. Naprawdę mogliby sobie odpuścić te uwagi na temat zachowania dominiqi i niby chwalić ja za zmianę, skoro sami zachowali się podobnoie... to hipokryzja. Ale ponadto ciesze sie, ze poszło im tak dobrze, i ze ich uczucie coraz bardziej kwitnie. Podobał mi sie sposob, w jaki przedstawiłaś ich taniec, naprawdę magicznie. Szkoda, ze nie było prawie nic o innych, ale coz, w jakims sensie to zrozumiałe. Choc nie powiem, ze chetnie przeczytałabym cos na temat tych występów, ktore niby były lepsze :p zapraszam do mnie i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetnie. :D
    Może to dziwne, ale wolałabym, jakby na tym etapie zajęli nieco niższe miejsce. Nie może być wiecznie tak pięknie, no nie? :D Co nie zmienia faktu, że chciałabym, żeby wygrali cały turniej.
    Pewnie ten tajemniczy adorator pojawił się już w "Tańcu", tak? :D Wątpię, żeby był to Brian.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że Scorpius i Rose przeszli dalej. Ciekawe jak im pójdzie w ostatnim etapie.
    Jeżeli chodzi o cichego wielbiciela od liścików to coraz częściej myślę, że mógł to być Conrad. Brian jakoś mi do tych liścików nie pasuje.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje